Dziennik Gazeta Prawana logo

Koniec Europy, koniec euro

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Klęska referendów konstytucyjnych we Francji i Holandii zadała decydujący cios idei zjednoczonej Europy - twierdzi Emmanuel Todd. Milczenie wokół konstytucji jest tego najbardziej wyraźnym symptomem. Zachód (a zwłaszcza Francja) przeżywa głębokie rozczarowanie Europą i zdaje się powracać do tradycyjnego dyskursu "tożsamościowego", którego centrum stanowi państwo narodowe. "Nawet najbardziej europejscy z proeuropejczyków zmienili front i nie wierzą w Unię. Formalnie system nadal opiera się na Europie. Natomiast w praktyce jest to temat, o którym się już nie rozmawia". Sytuacja gospodarcza niektórych krajów europejskich jest na tyle zła, że mogą one zrezygnować z udziału w strefie euro. Unia Europejska jako pewna "przestrzeń ochrony" i jednolity organizm ekonomiczny powoli przestaje istnieć, co zdaniem Todda spowoduje, że państwa europejskie będą miały ogromne kłopoty w rywalizacji z nowymi gospodarczymi potęgami - Chinami i Indiami.

p

Jest całkowicie jasne, że w umysłach Francuzów Unia już po prostu nie istnieje. I właśnie dlatego ludzie polityki nie odważają się podejmować tego tematu. Nawet najbardziej europejscy z proeuropejczyków zmienili front i nie wierzą w Unię. Ludzie, dla których idea europejska jeszcze niedawno była wszystkim, mówią dziś w rozmowach prywatnych: "Tak naprawdę Europa mnie nie interesuje, trzeba najpierw zreformować społeczeństwo francuskie". To naprawdę zaskakujące. Widzimy, że dyskurs narodowy, tożsamościowy zyskuje coraz większe znaczenie. Sarkozy prawie nie mówi o niczym innym - ta powtarzalność ma charakter maniakalny. A kiedy Villepin posłużył się wyrażeniem "patriotyzm ekonomiczny", było jasne, że to tylko boczna furtka, aby powrócić do dyskursu patriotyzmu narodowego.

To prawda: formalnie system nadal opiera się na Europie. Natomiast w praktyce jest to temat, o którym się już nie rozmawia. Jedynym wydarzeniem europejskim, które ostatnio zainteresowało Francuzów, była przeprowadzka słoweńskiej niedźwiedzicy w Pireneje. Ale nie dlatego, że niedźwiedzica była słoweńska, zastanawiano się jedynie, ile pożre owiec.

Dziś Francja jest w fazie zamknięcia, skupienia na samej sobie i permanentnego kryzysu. W ostatnich latach polityka francuska była serią katastrof. Mieliśmy referendum konstytucyjne, które oznaczało przejście klas średnich do opozycji wobec klasy rządzącej. I - powiedzmy to sobie jasno - oznaczało także odrzucenie idei europejskiej. Zaraz potem, ledwo klasa rządząca zapadła w drzemkę, przekonana, że sytuacja znowu jest stabilna, wybuchły zamieszki na przedmieściach. Potem mieliśmy odrzucenie CPE [kontraktu pierwszego zatrudnienia - przyp. red.], gdzie po raz kolejny to klasy średnie protestowały najgłośniej. Dziś odrzucają one rządzących z taką samą stanowczością jak warstwy ludowe skupione głównie wokół Frontu Narodowego. Jednocześnie ludzie u władzy, prawica francuska, jest naprawdę w tragicznym stanie. Już sam fakt, że w rządzie znajduje się dwóch polityków, którzy śmiertelnie się nienawidzą, Sarkozy i Villepin, daje sporo do myślenia. Nie bardzo wiem, jak dotrwamy do kolejnych wyborów. Nie dziwi więc, że w podobnym kontekście sprawy europejskie po prostu nikogo nie interesują. I widać, że taka sytuacja - skupienia na własnych sprawach, kryzysu i paraliżu, istnieje po trosze wszędzie w Europie. Rząd angielski ma swoje własne problemy. Gospodarka włoska jest w stanie fatalnym, gdzieś między śpiączką a śmiercią kliniczną.

Tyle że zmienił się też sens Europy. Kiedy Europa była akceptowana, stanowiła projekt ekonomiczny bardzo ściśle powiązany z ideą preferencji wspólnotowych (a więc protekcjonizmu) i dobrobytu. To zresztą odpowiadało prawdzie - Wspólnota Europejska była wielkim wytwórcą dobrobytu. Potem stopniowo, krok po kroku, sens Europy zaczął się zmieniać. To się zaczęło pod koniec lat 60., ale prawdziwego tempa zaczęło nabierać w latach 70. Wtedy projekt europejski zaczął być utożsamiany z projektem wolnej wymiany i globalizacji.

Ludzie nie od razu zauważyli tę zmianę - to zabrało sporo czasu. Jednak dziś już nie myślą o Europie jako o systemie dobrobytu czy przestrzeni ekonomicznie chronionej. Myślą o niej jako o systemie dominacji, który ułatwia wprowadzanie norm ultraliberalnych. W czasie referendum konstytucyjnego wypowiadałem się w sposób bardzo gwałtowny, wręcz histeryczny, przeciwko "nie" lewicy, które opierało się na odrzuceniu nowych członków ze wschodu Europy. Walczyłem przeciwko nieodróżnianiu rynku wewnętrznego i zewnętrznego, ukazywaniu Polaków czy Węgrów jako najbardziej niebezpiecznych konkurentów Francji. Uważałem, że potrzebujemy zjednoczonej Europy, aby sprostać globalizacji, razem stawić czoła konkurencji - chińskiej czy indyjskiej. Nadal podtrzymuję tę argumentację. Jeżeli Europa nie będzie funkcjonowała jako pewna przestrzeń ochrony, stanie się po prostu martwa. Mamy dziś dwie możliwości: albo definiujemy projekt Europy protekcjonistycznej i wprowadzamy jakiś model regulacji, a także definiujemy w wyraźny sposób granice Europy - czyli bierzemy Bułgarię i Rumunię, a potem nie postępujemy ani o krok dalej...

Następuje koniec euro. Publikacje na ten temat są coraz liczniejsze. I nic dziwnego. Sytuacja, w której istnieje strefa euro, ale nie ma wspólnej polityki gospodarczej i realnej solidarności narodów, jest czymś absurdalnym. Dziś we Francji rodzą się ogromne wątpliwości co do sposobu zachowania się Niemiec. Bardzo długo mieliśmy zupełnie fałszywą wizję tego kraju. Jedyną rzeczą, którą dostrzegano, był fakt, że Francja i Niemcy są solidarne w obliczu amerykańskiej inwazji na Irak. W rezultacie Niemcy wraz ze swoim kanclerzem socjaldemokratą miały fantastyczny image kraju lewicowego. Tymczasem to Anglia najwięcej inwestowała w służby publiczne - ale z racji swego zaangażowania w Iraku miała image kraju bardzo na prawo. Niemcy prowadzili zupełnie inną politykę - dostosowania strukturalnego, liberalizacji na rynku pracy, obniżania płac. Chodziło o zwiększenie konkurencyjności, dzięki czemu Niemcy znowu stały się pierwszym eksporterem na rynku światowym.

Taka sytuacja jest dysfunkcjonalna dla Europy. Niemcy są ekonomicznym sercem kontynentu. Tymczasem zachowują się tak, jakby chciały działać przeciwko Europie. Polityka reform strukturalnych rzeczywiście bardzo negatywnie zaważyła na gospodarce francuskiej czy włoskiej. I w takiej sytuacji Francuzi nie mają najmniejszego powodu, by pozostać w strefie euro. Jeżeli nie ma wspólnej polityki ekonomicznej, jeżeli Niemcy nie uważają, że interesy ich partnerów są rzeczą priorytetową, Francja wręcz powinna zrezygnować z euro i postąpić tak jak każdy kraj, którego gospodarka jest słabsza - dokonać dewaluacji, żeby ochronić się przed konkurencją.

Tak, w ogólnej opinii pierwszym krajem, który wycofa się z euro, są Włochy. O tym czytamy dziś wszyscy. Ale okazało się, że Berlusconi jest fałszywym twardzielem. On przecież nic w tej sprawie nie zrobił. Poza tym ludzie zawsze potrzebują pewnego czasu, aby dostrzec prawdę. I jakiekolwiek byłoby przywiązanie Prodiego do euro, zważywszy wyraźnie większościowy charakter opozycji anty-euro i jej coraz gwałtowniejszą formę, jest bardzo prawdopodobne, że nastąpi kolejny kryzys polityczny i zmiana rządu. Wtedy Włochy mogą wyjść ze strefy euro. Co oznacza, że wszystko będzie skończone.



Dziś wolę powiedzieć, że jesteśmy w sytuacji, gdy mamy dwie możliwości: europejski protekcjonizm ekonomiczny albo koniec euro. Następnie mogę określić poziom prawdopodobieństwa: 10 proc. - protekcjonizm, 90 proc. - koniec euro.



Po pierwsze taka analogia jest fałszywa, bo Ferguson przywołuje czasy wojen. Tymczasem dzisiejszy klimat w Europie jest wolny od przemocy. Europejczycy nie żyją już w nienawiści, którą generowały nacjonalizmy powstałe w XIX wieku. Po drugie oznacza to przede wszystkim kryzys w Stanach Zjednoczonych. Dla ich kapitalizmu finansowego byłoby to po prostu straszne. Kiedy przestrzeń ekonomiczna rozpada się na kawałki, lepiej jest mieć środki produkcji niż środki konsumpcji. A Stany Zjednoczone mają więcej środków konsumpcji niż środków produkcji.



Jest - tak jak na początku XX wieku panuje dziś zautomatyzowana myśl ultraliberalna. Tłumaczy się, że ochrona narodowej gospodarki jest niemożliwa, a fabryki przenoszone są gdzie indziej. Konsekwencje protekcjonizmu są sztucznie dramatyzowane przez zwolenników wolnej wymiany. Oni mówią: "Protekcjonizm to ksenofobia". Albo: "Protekcjonizm to wojna". Podczas gdy jedynym krajem rozwiniętym, który toczy dziś wojnę, są Stany Zjednoczone, kraj, który jak żaden inny został przeorany przez system wolnej wymiany. Ultraliberalizm to ideologia, która ma w nosie np. fakt, że śmiertelność dzieci jest w USA dwa razy wyższa niż we Francji. Wybór francuski - odrzucenie ultraliberalizmu jest czymś bardzo rozsądnym. Francja jest krajem świetnie utrzymanym, w którym żyje się bardzo dobrze. Nie mamy niepokojów związanym z kryzysem naftowym. Opieramy się na zasobach nuklearnych i ze spokojem możemy przyglądać się wzrostowi cen ropy. To jest kraj, który się obroni. Na dodatek Francja jest krajem żywym - z najwyższym wskaźnikiem urodzin w Europie, pomijając Irlandię. Jednocześnie to kraj, w którym coś się wykluwa. Być może Francja odnajduje dziś swą rolę z 1848 roku...



Myślę, że Francja wyprzedza innych, jeśli chodzi o kontestację polityczną. Taka zawsze była jej rola. Francuzi nigdy nie byli liderami w gospodarce, za to byli liderami w kwestii rewolty. Po jednej stronie mamy we Francji klasę rządzącą, której dyskurs utrzymany jest w stylu sowieckim, `a la Brecht: lud jest niedobry i trzeba go zmienić. Po drugiej populację, która nie lubi swej klasy rządzącej, która nie lubi jej jako takiej, nie zważając na polityczne podziały. Francuskie klasy rządzące mówią: Francuzi są ludem zapóźnionym, który nie chce się dostosować do reguł globalizacji. Ale przecież nikt w Europie nie jest już tak entuzjastyczny wobec tego uniwersum strachu, niepewności i niestabilności, które niesie ze sobą globalizacja. Uniwersum, w którym nikt nie chce już rodzić dzieci, bo nie wie, jak będzie w przyszłości wyglądało jego życie. I można spytać, czy to aby lud francuski nie ma racji, czy to Francuzi nie wskazują drogi...



Sen klas wyższych o globalizacji wygląda tak: wszystkie kraje muszą się wyspecjalizować w rzeczach, do których są najbardziej zdolne, w zależności od kosztów pracy. My, kraje rozwinięte, będziemy skupiać się na działaniach na wysokim poziomie intelektualnym i naukowym. Cała praca niewykwalifikowana powinna być wykonywana gdzie indziej. Państwa skandynawskie stanowią spełnienie tego snu. Są małe, spójne pod względem narodowym i socjalnym. Pozbawione aroganckiej klasy rządzącej. Z punktu widzenia edukacyjnego mają się fenomenalnie. Już w XVIII wieku poziom analfabetyzmu był tam niski. Odsetek ludzi, którzy mają poziom inteligencji odpowiadający ukończeniu uczelni wyższej, jest większy od odsetka absolwentów z dyplomami, co świetnie świadczy o szkołach. Duńscy chłopi mają na przykład aż za wysoki poziom wykształcenia i od XIX wieku akceptują ideę wolnej wymiany. W przypadku takich narodów nie jest rzeczą absurdalną wyobrażać sobie, że cała populacja będzie uczestniczyć w wyborze nowych specjalizacji.

Ale Francja nie jest krajem tego typu. Ma mnóstwo odmiennych od siebie regionów, wrodzone nierówności. I 20 proc. populacji, której poziom edukacyjny wcale nie jest wyższy niż Chińczyków. Nie można zakładać, że Francuzi czy Polacy - zważywszy ich poziom wykształcenia - wyspecjalizują się wyłącznie w zadaniach bardzo trudnych. Znajdą się raczej na pierwszej linii masakry dokonywanej przez chińską konkurencję.



Wbrew temu, co się mówi, to wcale nie będzie dramatyczne. Będzie się sprowadzało do przyznania, że nie ma narodowego poczucia europejskości. Co w żaden sposób nie wyklucza np. kooperacji Francji i Niemiec. Te kraje i tak będą ze sobą współpracować - istnieją przecież wspólne cele strategiczne i ekonomiczne. Będzie to więc swego rodzaju Europa narodów, dość giętka i elastyczna w swoim kształcie.

Poza tym w tego typu scenariuszach trzeba uwzględnić to, co się wydarzy w USA. Co roku przybywa tam 200 miliardów deficytu handlowego. Biorąc pod uwagę stan osłabienia przemysłu i zależności finansowej USA, jestem przekonany, że w ciągu najbliższych 15 lat nastąpi moment, w którym światowy system amerykańskiej kontroli finansowej i militarnej po prostu się zawali. To oczywiście stworzy zupełnie nową sytuację w Europie. Jeszcze nie wiemy jaką.



Może zabrzmi to paradoksalnie - bo to w końcu Zachód zbudował Unię - na Zachodzie Europy nie spowoduje to prawdziwych problemów, choć rozpad strefy euro i powrót do Europy narodów będzie rzeczą smutną. Natomiast - jeżeli Europa załamie się jako pewien kolektyw, jeżeli powrócimy do gry, w której są tylko poszczególne państwa, będzie to stanowiło prawdziwy problem dla krajów Europy Wschodniej. Dla Polski na pewno. Polska, która myślała o włączeniu się w przestrzeń europejską, jednolitą i zewnętrzną w stosunku do Rosji - znowu stanie w obliczu swojego tradycyjnego historycznego problemu: znowu będzie krajem między Niemcami a Rosją.

Ta sprawa nie dotyczy w takim samym stopniu Węgrów czy Czechów. Oni, jeżeli nie zintegrują się z Europą, zintegrują się z niemiecką przestrzenią ekonomiczną. Będzie to zgodne z ich własną historią. Zresztą w debacie europejskiej, po kilku wahaniach, Czesi i Węgrzy wybrali raczej postawę umiarkowania. Nie chcą awantur.



To prawda. Ale w przypadku Czechów nie odnosiło się wrażenia, że wchodzą oni do Europy z jakimiś szczególnymi roszczeniami. Tymczasem Polska od razu stwierdziła, że jest krajem, który ma takie samo znaczenie jak Niemcy, Francja czy Anglia. Jednocześnie stwierdziła, że tym, co naprawdę się dla niej liczy, nie jest Europa, tylko Stany Zjednoczone. To była prawdopodobnie jedna z przyczyn odrzucenia konstytucji w referendum we Francji. Europejczycy z Zachodu usiłowali coś stworzyć i zaczęli mieć co do tego ogromne wątpliwości. I nagle dowiadują się, że to zupełnie nie obchodzi Europejczyków ze Wschodu, a zwłaszcza Polaków. Tak więc Polska ma pewien udział w poczuciu beznadziei, które dzisiaj staje się coraz bardziej widoczne.

Myślę, że postawa nowych członków zaostrzyła kryzys, który pojawił się już wcześniej, w okresie ratyfikacji traktatu z Maastricht, gdy na Zachodzie zaczęła się formować antyeuropejska świadomość. Już wtedy Europa zaczęła być postrzegana jako "system zarządzania" - jak mówi Pierre Manent - a nie jako przestrzeń ochrony. Na dodatek niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że Bruksela przemawia do nas z hiperprzestrzeni.



Niedawno komisarz europejski z Estonii powiedział, że Francja niewystarczająco stara się w kwestiach gospodarczych. I dał wskazówki odnośnie jakiegoś kierunku zmian. Proszę mnie zrozumieć - większość Francuzów nawet nie wie, że Estonia istnieje.

Francuzi są przeciwko własnym inspektorom finansowym. Ludziom, którzy kończą grandes écoles, są aroganccy i pogardliwi. Ale kiedy Trichet czy Lamy nas napominają, przynajmniej rozumiemy, dlaczego tak się dzieje. Nie sposób ich słuchać, ale można to wrzucić w stary schemat francuski - arystokracji, która ciemięży całą resztę. Francuzi myślą sobie: zrobimy 1789 rok i znowu pozbędziemy się naszej arystokracji. Ale Estończyk? To pokazuje, do jakiego stopnia system stał się szalony. Począwszy od chwili, gdy komisarz kraju, którego nie znamy, mówi tak, jakby miał władzę nad ludem francuskim, wszystko jest skończone. Nie mam nic przeciwko Estonii. Ale tak po prostu jest.



Być może. Trzeba sobie jednak zdać sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Ludzie Zachodu, np. tu we Francji, nie rozumieją za dobrze, czym jest polska polityka. Przypuszczają, że Kościół katolicki sprawuje faktyczną władzę. Niezwykle drażni ich wszystko, co jest ideologicznie i moralnie skostniałe. Francuzi nigdy nie uczynią wysiłku, by zrozumieć, że ze społecznego punktu widzenia partia bliźniaków, PiS, jest raczej na lewo. Na dodatek dziś do rządu weszła skrajna prawica. Ale te wszystkie pretensje nie miałyby takiego znaczenia, gdyby wcześniej Polska nie powiedziała zachodnim Europejczykom: "Nie interesujecie nas".Wszystkie dzisiejsze pretensje są przede wszystkim pretekstem do wyrażania resentymentu. Francuzi czepiają się wszystkiego, co się da - bo przecież niczego nie rozumieć to najłatwiejsze rozwiązanie. No i na dodatek jest polska aktywność na Ukrainie. Tego we Francji też nikt nie rozumie...



Jest czymś całkowicie normalnym, że Polska interesuje się Ukrainą. Nie na tym polega problem. Zresztą Europejczycy na Zachodzie wcale nie mówią: "To hańba, że Polacy prowadzą dziś swoją politykę na Wschodzie". Oni mówią tylko: "To oznacza, że Polska nie znajduje się w tej samej przestrzeni umysłowej, bo Europa ją nie bardzo interesuje, natomiast Ukraina owszem". Na dodatek 2/5 Ukraińców to Rosjanie i Rosja nigdy się nie zgodzi, by Polska wywierała tam znaczący wpływ. Cała polska aktywność na Ukrainie postrzegana jest tu w następujący sposób: Polska bije się z Rosją. A Francja nie ma najmniejszego zamiaru bić się z Rosją. Co więcej - wszystkie strategiczne interesy Rosji, Francji i Niemiec są absolutnie do pogodzenia.



Historia gazociągu niemiecko-rosyjskiego to tylko początek problemów, o których tutaj mówimy. To tylko sposób, by powiedzieć, że Europa nie istnieje do końca, a Polska nie jest w Europie.



Nie wiem, co można i co należałoby zrobić. Wiem tylko, że jeżeli jakiś kraj nie ma żadnego interesu w rozpadzie Europy, to jest to właśnie Polska. Polska nie może się rozstać z Rosją. Za to jasne jest, że Francja może się rozstać z Polską bez żadnego wysiłku - w dzisiejszym stadium rozwoju sytuacji problemy Polski nie są już problemami Francji. Jeżeli nie będzie Europy, będziemy gdzie indziej.

p



ur. 1951, historyk, demograf, antropolog. Stał się sławny w wieku 25 lat, publikując "La chute finale" (1976), książkę, w której wbrew powszechnie panującym opiniom przepowiadał upadek ZSRR. Jeden z pierwszych krytyków neoliberalizmu, przewidywał, że niczym nieskrępowana wolna wymiana doprowadzi do dramatycznego zwiększenia nierówności społecznych w Europie. W roku 2003 wydał "Zmierzch imperium" (wyd. polskie 2004), światowy bestseller - manifest wyemancypowanej Europy, prowadzącej swą politykę niezależnie od USA. Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 41 z 12 października ub.r. zamieściliśmy jego komentarz "Groźna Ameryka".
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj