W ciągu ostatnich miesięcy bojów Prawa i Sprawiedliwości o narodziny IV RP trzy fronty politycznej batalii stały się kluczowe dla tej partii.

Pierwszy – to przejęcie kontroli nad sądownictwem. Co ma w końcu otworzyć drogę do narodzin nowego państwa.

Drugi – to podniesienie kwestii reparacji wojennych od Niemiec. To pomysł na jednoczesne szachowanie Berlina i rodzimej opozycji. Każde wystąpienie rządu Niemiec w obronie praworządności w Polsce napotka teraz na kontrargument w postaci żądań odszkodowań. A jeśli opozycja będzie szukać wsparcia u kanclerz Angeli Merkel, to nie dość, że potwierdzi oskarżenia o zdradę interesu narodowego, to jeszcze narazi się na zarzut odbierania Polakom szansy na pozyskanie okrągłego biliona dolarów.

Trzeci – to potęgowanie lęku przed imigrantami. Wobec nacisków Komisji Europejskiej i wraz z doniesieniami mediów o kolejnych zamachach i gwałtach to czynność banalnie prosta. W efekcie rząd PiS jawi się jako jedyna tama zdolna obronić Polaków przed inwazją dziczy z Trzeciego Świata.

Po takim rozstawieniu figur na politycznej szachownicy z początkiem lata prezes Jarosław Kaczyński miał prawo liczyć, iż jesienią powie obozowi liberalnemu sakramentalne „szach” lub nawet „mat”.

Do tej partii trzeba trojga

„Szanowny Panie Prezydencie, pragnę podziękować za postawę zajętą w sprawie ustawy o SN i KRS” – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki do Andrzeja Dudy, gdy ten ogłosił dwa weta. Dla kierownictwa PiS był to początek niespodzianek. W zeszłym tygodniu biskupi z zespołu ds. kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec ogłosili, że polsko-niemieckie pojednanie „to wielka wartość, którą udało się osiągnąć i którą podtrzymujemy dzięki wysiłkowi nie tylko polityków, ale licznych ludzi dobrej woli po obu stronach granicy. Mamy jednak świadomość, że łatwo można ją utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa”.

„Skończył się czas bezwarunkowego poparcia Episkopatu dla działań PiS. Coraz więcej polskich biskupów pokazuje Jarosławowi Kaczyńskiemu, że w swym rewolucyjnym zapale zabrnął za daleko” – stwierdził Andrzej Stankiewicz w artykule na portalu Onet.pl. Kościół katolicki słynie z dyskrecji i zdolności do zakulisowego wpływania na elity władzy. Nie jest też monolitem, dzieląc się na liczne frakcje, zaś biskupów łączą niezliczone nici towarzyskich powiązań ze światem polityki i biznesu. Stąd w Polsce rzadko udaje się uchwycić coś do końca jednoznacznego w postawie Kościoła wobec obozu rządzącego. Tym razem jest jednak inaczej. Dla PiS sytuacja jest niezręczna. Kościoła nie da się potraktować jak opozycji. W grę nie wchodzą ataki ze strony prorządowych mediów ani otwarty konflikt. Również ignorowanie na niewiele się zda, bo wygląda na to, że hierarchowie postanowili grać w jednej drużynie z Andrzejem Dudą. Co jest zrozumiałe, bo prezydent jest jedyną osobą posiadającą dość władzy, by blokować poczynania Prawa i Sprawiedliwości.

Tak zamiast prostej partii szachów Kaczyńskiego czeka zderzenie z instytucją, która wraca do – nieco zapomnianej – roli arbitra. Którego trzeba pozyskać. Prezydent Duda może ją wykorzystać do legitymizowania swoich poczynań przed elektoratem. Opozycja (poza programowo antyklerykalną) jest skazana na zabieganie o względy hierarchów, bo jedynie tak może znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń. Przy czym w korytarzach biskupich pałaców może natknąć się także na przedstawicieli władzy. Bo rząd również jest skazany na starania o sympatię arbitra.