Izabela Leszczyńska: Jakie kwestie dotyczące instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce Amerykanie wciąż negocjują z Polakami?
Patrick O'Reilly*: Generalne porozumienie dotyczące rozmieszczenia elementów tarczy osiągnęliśmy już w umowie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską. Zostało ono podpisane i wymaga ratyfikacji przez polski parlament. Jest jednak jeszcze wiele szczegółów, które będziemy negocjować. To takie detale, jak zasady użycia gruntów, wymogi bezpieczeństwa, ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa w tamtym rejonie.

Czy może pan podać przykłady rzeczy, które wciąż uzgadniacie?
Tak. Na przykład w ostatnią środę byliśmy w Słupsku i mieliśmy bardzo udaną rozmowę z przedstawicielami władz lokalnych. Pytali nas o wszystko: czy zamierzacie używać naszych instalacji wodno-kanalizacyjnych? Czy chcecie korzystać na naszej energii elektrycznej? Odpowiedź brzmi: nie. Na te pytania potrafiliśmy bezpośrednio odpowiedzieć. Wszystkie instalacje, których będziemy używać, zbudujemy sami. Baza to mały obszar. Jest tylko trochę większy niż boisko do gry w piłkę nożną.

Czy zamierzacie wytwarzać własną energię elektryczną?
Tak, zamierzamy postawić własne agregaty, produkujące energię. Musimy mieć niezależne źródła energii, systemy zapasowe, żeby zepewnić absolutne bezpieczeństwo. Chcemy być pewni, że one są niezawodne.Jakkolwiek będziemy także zachęcać władze lokalne do tego - tak robiliśmy na całym świecie, np. w Japonii czy w innych krajach - aby pewne rzeczy zrobić wspólnie. Możemy np. przeciągnąć do Redzikowa dodatkowe linie energetyczne, z których lokalna społeczność także będzie mogła korzystać.

Lokalni liderzy mieli obawy czy ścieżki, którymi dzieci chodzą do szkoły, nie będą kolidować z naszymi zasadami bezpieczeństwa. Nie będą kolidowały, damy im dostęp. Martwili się też, czy nie zniszczymy dróg. Zwykle wzmacniamy drogi. Zamiast jakiejś drogi możemy wybudować np. jedną większą albo trzy inne, po to, by lokalna społeczność mogła ich używać. Będzie to więc dla niej korzystne. Wszystkie zagadnienia, które podnoszą lokalni liderzy, nie są dla nas problemem. Naszym pragnieniem jest nie tylko posiadanie bazy z rakietami przechwytującymi. Dla nas jest także ważne, aby baza była zaakceptowana przez społeczność lokalną.

Będzie zaakceptowana?
To mała baza. Nie będziemy w niej przeprowadzać testów. System testujemy w Kalifornii. Baza może być użyta tylko w jednej sytuacji: gdy wybuchnie konflikt międzynarodowy. Jeśli nie będzie zagrożenia atakiem rakietowym antyrakiety nie zostaną wystrzelone. Miejmy nadzieję, że mieszkańcy Redzikowa zobaczą, że to jest uśpiona baza, nie zobaczą zbyt wielu aktywnych ludzi, nie będzie samolotów latających tuż nad nią. Przez większość czasu będzie to cicha baza operacyjna.

Lokalne władze chcą zachęcić przedsiębiorców do inwestowania w Redzikowie, chcą, aby postawili tam fabryki, założyli firmy. Czy inwestycje w tej miejscowości będą obwarowane jakimiś restrykcjami? Czy jakichś ograniczeń może się spodziewać mieszkająca tam ludność?
O tym także rozmawialiśmy w środę. Przedstawiciele władz lokalnych przedstawili nam plany rozwoju gospodarczego tych terenów. Mogę powiedzieć, że w bardzo małym stopniu kolidują one z naszymi planami. Na przykład tuż na przeciwko bazy ludzie mają uprawy, ogródki. Obawiali się, czy będą one zanieczyszczone. Nie będą. Słyszeli, że wysiedlimy ludzi z tych terenów. Nie wysiedlimy. Będą natomiast pewne restrykcje, jeśli będą chcieli zbudować bardzo wysokie budynki tuż obok bazy.

Na ile wysokie mogą być te budynki?
Te tuż obok bazy mogą mieć maksymalnie siedem pięter. Czyli mogą być dużo wyższe, niż te, które teraz widzieliśmy w Redzikowie. Jest ważne, abyśmy kontynuowali nasze rozmowy. Wrócimy do Słupska, do Redzikowa i będziemy kontynuowali nasze rozmowy na temat tych szczegółów, do czasu, aż lokalni liderzy poczują się komfortowo i zrozumieją, że budowa bazy może być dla nich korzystna.

Czy będą jeszcze jakieś ograniczenia?
Oczywiście mamy pewne ograniczenia dotyczące bezpieczeństwa ponieważ prawo amerykańskie wymaga, aby taka baza była wybudowana według amerykańskich standardów. Musimy stosować się do naszych regulacji dotyczących bezpieczeństwa czy ochrony środowiska. Stosujemy się do tych zasad na całym świecie. Ograniczenia dotyczą samych baz. Np. w promieniu 300 metrów od każdej wyrzutni będzie strefa bezpieczeństwa porośnięta trawą, nie będzie można do niej wchodzić. Żeby nie było obaw, że ktoś tam jest w chwili, w której baza miałaby zostać użyta.Ograniczenia dotyczące lotów będą obowiązywać tylko bezpośrednio nad bazą. Gdy rakieta jest wystrzeliwana, idzie wysoko w górę. Te ograniczenia będą wynosić 4 tysiące metrów. Wszyscy - zarówno rząd Stanów Zjednoczonych, jak i lokalne władze uznały, że te ograniczenia nie będą miały znaczącego wpływu. Ponadto zbudujemy ogrodzenia, które dla bezpieczeństwa będą trzymały ludzi z dala. Bezpieczeństwo w bazie zapewni polskie wojsko.

Dyskutujecie także status amerykańskich wojsk w Polsce. Gdzie są punkty sporne pomiędzy stroną amerykańską a polską?
Nie jestem uczestnikiem tych rozmów, więc nie mogę dokładnie odpowiedzieć. Ale negocjacje idą szybko i ich uczestnicy oczekują, że szybko będą wyniki. Tu także negocjowane są głównie szczegóły. Upewniamy się czy polskie prawo uwzględni to, co jest w prawie amerykańskim, czy jest możliwe zawarcie porozumień.

A jeśli np. amerykański żołnierz popełni przestępstwo, będzie odpowiadał według polskiego czy amerykańskiego prawa?
Po pierwsze tam będzie mało żołnierzy amerykańskich. Mniej niż pięćdziesięciu. Większość będą stanowić obywatele amerykańscy na kontraktach. Oni muszą przestrzegać polskiego prawa. Gdy mówimy o cywilach, oni bezwzględnie muszą przestrzegać polskiego prawa. Gdy mówimy o wojsku, nie możemy ingerować w pracę waszej policji. Jeżeli żołnierz czy cywil popełni przestępstwo - polskie organy ścigania będą miały prawo natychmiast go aresztować, tak samo jak czynią to z obywatelem polskim. W tym punkcie się zgadzamy. Natomiast to, co się będzie działo potem - kto będzie prowadził śledztwa, kto przeprowadzi proces sądowy i skaże, wciąż jest negocjowane w ramach porozumienia o statusie wojsk. Tutaj są takie opcje: albo będą robić to Stany Zjednoczone, bo sprawa dotyczy naszego żołnierza, albo rzecz będzie negocjowana w niektórych przypadkach, w niektórych natomiast sprawą może się zająć lokalny wymiar sprawiedliwości.

Czy Polacy będą mieli jakikolwiek wpływ na podjęcie decyzji o zestrzeleniu wrogiej rakiety?
Tak, będą mieli. Jednak ten system jest oparty na oprogramowaniu. Będziemy rozwijać to oprogramowanie i strona polska będzie w tych pracach uczestniczyć. Będziemy ćwiczyć jego użycie.

Czyli będziemy decydować, ale pośrednio. Ale czy będziemy mogli także podejmować decyzje bezpośrednio, gdy z wrogiego państwa zostanie wystrzelona rakieta?
Podczas ataku będzie najwyżej kilka minut na decyzję - nie będzie wtedy czasu, żeby wypracowywać taką decyzję. My ją wypracowujemy zawczasu, ćwiczymy i analizujemy. Tak robimy ze wszystkimi naszymi partnerami - z Danią, Wielką Brytanią, Polską, Czechami. Budujemy oprogramowanie, dzięki któremu działa system. Za jego pomocą dokonujemy analiz, decydujemy. W tym polskie wojsko będzie współuczestniczyć. Robimy to także wspólnie z NATO, żeby Sojusz też rozumiał, jak działa system.

Ilu polskich żołnierzy będzie miało dostęp do bazy?
Wszystko będzie zależało od decyzji polskiej strony - ilu żołnierzy będzie potrzebnych, żeby zapewnić bezpieczeństwo bazy. Dwustu? Stu? Nie wiem.

Ale ilu żołnierzy będzie miało dostęp do najpilniej strzeżonej części, z wyrzutniami?
Polski dowódca będzie miał dostęp do wewnętrznej części bazy. To on będzie decydował, jak dużo osób musi mieć dostęp do tej części. To będzie jego baza, nie nasza. Ze względów bezpieczeństwa będziemy jednak kontrolować, kto ma ten dostęp.

*Patrick O'Reilly - generał dywizji, od 22 listopada będzie dyrektorem amerykańskiej Agencji Obrony Rakietowej, obecnie jest jej wiceszefem