ANNA NALEWAJK: Jak długo będzie pan prezesem TVP?
PIOTR FARFAŁ:
Trudno powiedzieć, jak długo to potrwa. Rada nadzorcza podjęła uchwałę na trzy miesiące. Czasami rozwiązania tymczasowe okazują się najbardziej trwałe. I mówię to zachowując jednocześnie duży dystans do siebie i stanowiska, które zajmuję.

Nie wierzę, że nie myśli pan o tym, czy jest tu na chwilę, czy na dłużej.
Prezes, który nie podejmuje decyzji, obojętnie w jakich warunkach działa, wystawia sobie najgorsze świadectwo. Będę podejmował wszystkie decyzje, które bez względu na ich wagę, okażą się niezbędne dla funkcjonowania spółki.

Czyli jakie?
Ze spraw bieżących najważniejsza jest ramówka wiosenna. Już jesteśmy po spotkaniu z dyrektorami anten. W tym lub w przyszłym tygodniu ją zatwierdzimy. Na razie nie chcę mówić o szczegółach, bo nie chciałbym komunikować pracownikom telewizji za pośrednictwem gazety, który program zostanie, a który nie. Dwie rzeczy są istotne.

Priorytetem jest stworzenie pluralistycznej telewizji i wzmocnienie pasma publicystycznego. Mam nadzieję, że to się uda i namówimy do pracy przy tych programach osoby z ogromnym potencjałem, a które wcześniej zostały z jakichś powodów zmarginalizowane. Są to osoby, które udowodniły swoim warsztatem i doświadczeniem, że znakomicie nadają się do pracy w TVP. Z drugiej strony chcemy powrócić do tego, co powinno różnić telewizję publiczną od stacji komercyjnych, czyli np. dobrego pasma edukacyjnego i młodzieżowego.

Co z programem "Misja Specjalna" Anity Gargas, który pan krytykował i zdjęcia którego pan się domagał od prezesa Andrzeja Urbańskiego?
Na razie nic pani ode mnie nie usłyszy w tej sprawie.

A kto będzie szefem "Wiadomości"?
Obecnie szefem jest Krzysztof Rak. Jeśli ktokolwiek w spółce straci pracę, to dowie się o tym od swoich przełożonych. Nikogo przez gazety zwalniać nie będę.

"Wiadomości" się panu podobają?
Potrzebne jest wzmocnienie tego programu kilkoma dobrymi dziennikarzami. Ingerować w materiały przez nich robione nie będę. Chodzi o to, żeby "Wiadomości" nie skupiały się jedynie na najważniejszych aktorach sceny politycznej, czyli PO i PiS i tym, kto komu zabrał krzesło, a kto komu nie dał samolotu, bo to z punktu widzenia istoty sporu politycznego w naszym kraju w ogóle jest nieistotne.

A na kim mają się skupiać? Na LPR, Samoobronie, lewicy?
Spór między PO a PiS o rzeczy błahe jest jednocześnie zabójczy dla rzeczowej i merytorycznej debaty publicznej. Zastępuje ją PR i sztucznie wykreowane konflikty. Media powinny się zajmować istotnymi z punktu widzenia obywatela tematami, bez względu na to, kto je prezentuje. Chciałbym Panią prosić żebyśmy skończyli te metapolityczne dywagacje, bo informacje i publicystyka to tylko część telewizji.

Kto stoi za panem? Słychać, że Roman Giertych.
Nikt. Wiem, że zabrzmi to jak truizm i banał, ale chcemy stworzyć telewizję pluralistyczną. Z pewnością nie doskonałą, bo na ziemi nie ma rzeczy doskonałych, a każda instytucja jest żywym organizmem, z setkami, nieraz tysiącami bieżących codziennych decyzji.

Zaraz, zaraz. Ale pan pracuje tu nie od wczoraj, tylko zasiada w zarządzie od prawie trzech lat.
Tak. Ale zawsze wtedy, gdy dochodziło do łamania zasad pluralizmu, protestowałem. Że przypomnę te słynne konferencje w czasie których miały być emitowane mecze, te powtórkowe konferencje z zatrzymania posłanki Sawickiej, tą nieproporcjonalność jeżeli chodzi o dostęp do czasu antenowego partii politycznych. Starałem się bardzo głośno o tym mówić. Od ostatnich wyborów parlamentarnych do grudnia ubiegłego roku sytuacja wydawała się zmieniać na lepsze. Choć pewne rzeczy nadal mi się nie podobały, byłem tylko jednym z czterech członków zarządu. Mój wpływ na sprawy programowe był ograniczony. Protestowałem zawsze, kiedy przekraczana była granica pomiędzy uprawnioną sympatią, np. w stosunku do polityka, a ordynarną propagandą.

Tym przekroczeniem granic było dla pana odsunięcie Hanny Lis od prowadzenia "Wiadomości"?
Nie tylko. Myślę także o sprawie pewnego programu i robieniu pseudoaudytów, ktore miały wykazać, że ten program nie jest w TVP potrzebny. Myślę o planach wymiany w pewnych obszarach kierownictwa wiernych jednej z partii politycznych na jeszcze bardziej wiernych tej samej partii.

Przecież pan nie wziął się znikąd. Trzy lata temu znalazł się pan w zarządzie dlatego, że był pan powiązany z Ligą Polskich Rodzin.
Znać polityków to jedno, a ulegać im to drugie. Znam polityków z różnych opcji, pewnie podobnie jak prezes Walter czy Solorz, czy tak jak redaktorzy naczelni największych gazet w Polsce. W tym nie ma nic złego. Natomiast jest ważne to, jak później realizuje się w codziennej pracy. Oceniajcie mnie państwo po tym.

No w każdym razie prezydent daje panu małe szanse. Powiedział o tym w rozmowie z Moniką Olejnik.
Trudno. Pan Prezydent ma prawo do własnych ocen. Przyjmuję z pokorą te słowa, jednak nie mogą mieć one wpływu na podejmowane przeze mnie decyzje.

Jakie są dziś pana związki z LPR?
Powtarzam, nieważne jest to kogo ja znam. Oceniajcie mnie po tym co robię dla telewizji publicznej. Co robię dla programu.

Czy pana poglądy pozwalają kierować TVP? Czy pana przeszłość negatywnie nie rzutuje na pana dzisiejszą pozycję?
Pewnie rzutuje. "Gazeta Wyborcza" przypisała mi poglądy, których nigdy nie miałem. Można było powiedzieć, że miałem poglądy radykalne, mocno prawicowe, ale gazeta nazywając mnie "nazistą" zrobiła mi dużą krzywdę. Sprawę sądową przegrałem, złożyłem apelację, ale wyroku sądu publicznie komentować nie będę. Zwróćcie uwagę na to, co zrobiłem w telewizji i co robię teraz. I za to mnie oceniajcie. Swoje poglądy zostawiam za drzwiami telewizji.

Ja nie mówię, że to jest moja telewizja, w odróżnieniu od prezesa Urbańskiego. To nie jest telewizja moja, to nie jest telewizja prezesa Rudomino, ani nawet rady nadzorczej. To jest telewizja 38 mln Polaków. Nieważne jest czy ja się zgadzam z poglądami tego czy innego redaktora. Ważne jest czy ludzie chcą go oglądać. W TVP powinno być miejsce dla całego spektrum poglądów. I tego będę się trzymał.

Czy za przewrotem na Woronicza stoi minister skarbu?
Nie rozmawiałem z ministrem skarbu. Do wtorku, czyli 6 stycznia nie widziałem się z ministrem Gradem, ani z nikim z Platformy Obywatelskiej. Sugestie, pochodzące z PiS, że wszystko było zaaranżowane w budynkach ministerialnych, są nieprawdziwe, powiem nawet dobitniej - to są bzdury.

Rozmawiał Pan z Romanem Giertychem?
Dostalem gratulacje od wielu osob, też od polityków. Nie wymienię nikogo, bo nie chciałbym nikogo pominąć. Jednocześnie mam duże wątpliwości, czy oni by chcieli, żebym wymieniał ich nazwiska. Mogę powiedzieć jedynie, że przynajmniej od niektórych dostałem szczere i bezinteresowne gratulacje.

Trudno uwierzyć, że samodzielnie złapaliście PiS w ich własną pułapkę.
Decyzję podjęła Rada Nadzorcza TVP. Ja nie jestem jej członkiem, więc trudno mi się wypowiadać w tym temacie. Powiem jedynie, że pewne środowisko, reprezentowane w radzie nadzorczej i zarządzie, przygotowywało się do całkowitej dominacji w telewizji. Wiem, że taki plan istniał i miał być zrealizowany w najbliższej przyszłości. Pycha, arogancja i zachłanność nie są najlepszymi doradcami.

To dlaczego nie odwołuje pan Patrycji Koteckiej, która robiła wszystko, żeby programy informacyjne były korzystne dla PiS?
Nie mam na to dowodów, choć wiem, że o takich sytuacjach pisała prasa. Osoby, które zostały zatrudnione podczas ostatnich dwóch, trzech lat w TVP mają często niekorzystne dla spółki kontrakty. Narażają spółkę na wypłatę dużych kwot pieniędzy w ramach odszkodowania wypowiedzianego kontraktu. Do takich umów musimy podchodzić bardzo ostrożnie. TVP, ze względu m.in. na kryzys i pogłębiający się spadek wpływów abonamentowych, jest w nienajlepszej sytuacji finansowej, choć nie tak złej, jak początkowo myśleliśmy. Najważniejszą rzeczą dla obecnego zarządu jest skupienie się na finansach spółki. Wstępny projekt budżetu, pozostawiony przez zawieszony zarząd oznaczał tylko jedno - że w roku 2010 Telewizja Polska utraciłaby najprawdopodobniej płynność finansową.

Niezrywanie kontraktu z Patrycją Kotecką ma uratować finanse TVP?
Zmiany będą, ale jestem bardzo daleki od decyzji, że nagle zwolnimy dużą część dyrektorów. W sytuacji kiedy każda złotówka jest ważna nawet pojedyncze zwolnienia kadry kierowniczej muszą być przemyślane. Utrata mojego zaufania do pewnych osób nie wzięła się znikąd. Zresztą, żeby była jasność zmiany kadrowe w ogóle nie są naszym celem, z drugiej strony żaden prezes nie może sobie pozwolić na obstrukcję w spółce, którą zarządza. Ci ludzie identyfikowali się ze starym zarządem, razem z nim przyszli do spółki, więc nie rozumiem skąd te larum w mediach.

Chce mi pan powiedzieć że nie zwolnicie tych osób, o których pisze prasa, czyli m.in. szefową biura prawnego, rzecznika prasowego czy dyrektora biura zarządu i kadr?
Nie chcę tego komentować. Zmiany być może będą, ale ważne są tu czynniki zupełnie od nas niezależne, na przykład zwolnienia lekarskie czy urlopy. To też nam daje do myślenia. Ja nie mam oczywiście podstaw podejrzewać, że ktoś zrobił to umyślnie i ucieka przed zwolnieniem. Ale jest to niewątpliwie ciekawy przypadek socjologiczny, jak wiele osób się nagle rozchorowało.