Wielbię Benny’ego Hilla. Nie tak jak Jasia Fasolę, ale wielbię. W jednym ze skeczy Benny – zapalony kibic - wpada jak bomba do domu celem obejrzenia powtórki meczu w telewizji. Musieliście widzieć to arcydzieło. Benny podczas bezpośredniej transmisji siedział niestety w pracy, ale na retransmisję zdążył. Wpada więc jak bomba, uruchamia odbiornik i spazmatycznie rozedrganym głosem błaga kręcącą się po mieszkaniu żonę: "Tylko nie mów, jaki był wynik! Tylko nie mów, jaki był wynik! Proszę! Nie podawaj mi wyniku!" Żona - mistrzowską rolę upiornego babona kreuje, ma się rozumieć, aktor-mężczyzna - pozornie stosuje się do prośby, krząta się w milczeniu; trzaska sobie bez jednego słowa garami; stopniowo wszakże napięcie jej milczenia rośnie, potem staje się nie do zniesienia, trzaskanie garami przeistacza się w werble apokalipsy, babon czyni wokół siedzącego przed telewizorem i bezgranicznie roznamiętnionego Benny’ego coraz ciaśniejsze spirale, w końcu staje tuż-tuż i warczy mu nad głową: "Oglądaj! Oglądaj! Gap się! I tak nie zobaczysz żadnej bramki!"

Ilekroć w TVP oglądam (próbuję obejrzeć) jakąkolwiek powtórkę meczu, zwłaszcza zaś ilekroć oglądam (próbuję obejrzeć) powtórki i skróty Ligi Mistrzów, tylekroć czuję się jak Benny Hill: taką samą mam nędzną nadzieję, tak samo zrozpaczoną minę i tak samo błagam komentatorów: Tylko nie podawajcie wyniku! Proszę! Nie mówcie, jaki był wynik! I przebrane za redaktorów sportowych syte i znające wynik babony spełniają moją prośbę - nie podają wyniku.

Od lat oglądam skróty i powtórki i od lat jestem poniżany przez przebrane za redaktorów jadowite babony. Nie widziałem jeszcze skrótu, żeby telewizyjne żony Benny’ego Hilla z całym swoim niewyszukanym komedianctwem nie dały mi odczuć, jaki był rezultat. Jak nawet jakimś cudem siedzącym w studio uda się (zupełnym przypadkiem) nie zasugerować wyniku - babonowi komentującemu skrót uda się to na sto procent. Od początku wymowna jest intonacja, wiadome rozłożenie akcentów, ostentacyjne lekceważenie takich jak ja Bennych Hillów. Jakby był jakiś ogólnoświatowy konkurs: jak pokazywać fragmenty widowisk sportowych tak, by wydestylować z nich jakiekolwiek emocje - wygramy ten mundial. Mamy do dyspozycji batalion ucharakteryzowanych na dziennikarzy sportowych żon Benny’ego Hilla - jest to siła, na którą nie ma siły.

I jest to potęga nie tylko – powiem ryzykownie – merytoryczna; jest to też potęga finansowa. Jechaliście nieraz pilotem po kanałach, wiecie przeto, na których od sponsorów gęsto. Prognozę pogody sponsoruje, wieczorynkę sponsoruje, wiadomości sponsoruje, "Teleexpres" sponsoruje, "Na własne oczy" sponsoruje itd. Same giganty. Ze sportem tak samo. Tysiąc razy słyszeliście mantrę: Sponsorem Ligi Mistrzów jest, sponsorem transmisji jest, sponsorem skrótów Ligi Mistrzów jest, sponsorami babonów komentujących ligę mistrzów są… itd. Tak jest. Zatrudnione w redakcji sportowej i robiące was notorycznie w trąbę żony Benny’ego Hilla mają takich sponsorów, o jakich wam się nie śniło. Weźcie im dorzućcie po 17 złotych miesięcznie, bo jak tego nie zrobicie, one wprawdzie zostaną, ale orkiestra radiowa padnie.

Oczywiście sam sobie jestem winien. Sam się upokarzam oglądaniem skrótów i powtórek (oglądanie retransmisji, ergo oglądanie z nadzieją i ciekawością wydarzeń już dokonanych, jest matką wszelkich upokorzeń), sam jestem Bennym Hillem. A skoro nim jestem, skoro jestem błaznem – niechże nie mam pretensji, że robi się ze mnie durnia. I w żadnym wypadku nie mówię, że jak się robi ze mnie durnia, to żądanie, bym za to ekstra płacił, zdaje mi się nieco wygórowane. Tak nie mówię, w żadnym wypadku. To, że oglądam skróty Ligi Mistrzów, ergo robię z siebie Benny’ego Hilla, to jest w końcu mój wybór. Mógłbym wybrać inaczej. Powinienem.

Powinienem wyposażyć się w odpowiednie dekodery, anteny satelitarne, przekaźniki i co tam jeszcze; i - jak rasowemu kibicowi przystało – oglądać wyłącznie transmisje bezpośrednie. Można też chodzić do odpowiednich lokali, gdzie w miłym towarzystwie i przy szklance coli da się na wszelkich jakich dusza zapragnie platformach obejrzeć wszelkie jakich dusza zapragnie mecze. Stefan Szczepłek tysiąc razy do redakcji "Rzeczpospolitej" na mecz zapraszał: "Ramię w ramię" - powiada - "z Bronkiem Wildsteinem mecz obejrzymy, będzie wesoło!" Jest wiele różnych możliwości. Tysiąc opcji. Czasy przyszły takie, że można wybierać. Niektórzy robią wprawdzie wszystko, by ich nie wybierać - ale to jest zawsze: demonstracja siły. Nie tylko sponsorskiej. Ktoś w końcu wybierze. Nawet żony Benny’ego Hilla nie muszą się martwić, że nikt ich wybrać nie chce - prędzej czy później jakiś Benny Hill się znajdzie.

Aktor ów zmarł wprawdzie na fotelu przed telewizorem, ale z symboliką tej tragedii nie ma co przesadzać - prawdopodobieństwo, że oglądał przygotowane przez redakcję sportową TVP skróty Ligi Mistrzów zdaje się nikłe. Nie tylko dlatego, że było to przed laty.