Kiedy pierwszy raz przyjąłem propozycję nauczania filozofii w jednym z krakowskich liceów, moi znajomi pukali się w głowę. Powtarzali: "Chłopie, przecież to orka na ugorze. Skoro nawet duża część studentów na wydziałach filozoficznych tylko udaje, że filozofia ich zajmuje, to co dopiero licealiści”.

Dobrze się jednak stało, że nie uległem podszeptom przyjaciół i rozpocząłem pracę. Już po kilku pierwszych lekcjach okazało się, że filozofię za kulę u nogi w szkole postrzegają chyba tylko znużeni swą pracą urzędnicy Ministerstwa Edukacji Narodowej, bo na pewno nie uczniowie, którzy nie kryli radości z możliwości wtedy kompletnie pozaprogramowego studiowania dziejów europejskiej myśli. Musi więc dawać do myślenia, dlaczego kolejne ekipy rządowe edukację humanistyczną - a filozofię w szczególności - traktują tak niepoważnie?

Ministerstwo u progu nowego roku szkolnego przeraża przede wszystkim to, że - jak donosi DZIENNIK - absolwenci liceów nie potrafią wziąć kredytu ani wybrać funduszu emerytalnego. Dlatego zapewne pani minister Katarzyna Hall, jak mówi, chce "zredukować w nauczaniu treści pamięciowe i położyć nacisk na umiejętności, które rozwijają nauki przyrodnicze i matematyka”. Ciekawe jednak, dlaczego analogicznego przerażenia w minister Hall nie budzi to, że uczniowie nie mają bladego pojęcia, kim był Sokrates, kto jest założycielem liceum, do którego notabene uczęszczają, albo kto jest autorem powtarzanego przez nich zdania: "Cogito ergo sum”?

Odpowiedź narzuca się sama: filozofia jako królowa nauk humanistycznych zdaniem ministerstwa do niczego w życiu się nie przydaje. Nie pomoże młodemu człowiekowi w kupnie samochodu albo nowej plazmy, ani tym bardziej nie pomoże wypełnić prawidłowo PIT-a. Jaki jest więc sens zaprzątania głowy młodemu człowiekowi tym, że Eros - jak poucza w "Uczcie” Platon - jest synem biedy i dostatku? Cóż to za wierutne bzdury? Już na pierwszy rzut oka widać, że nauczanie filozofii musi przypominać zawracanie kijem Wisły. A jeśli tak, to czy może dziwić, że w Polsce edukację filozoficzną uznaje się za rodzaj ekstrawagancji, na który decydują się tylko nieliczni dyrektorzy szkół?

A przecież z filozofią jest tak jak z dobrym ciastkiem. Na początku, gdy ktoś nam proponuje kawałeczek, mówimy, że nie, dziękujemy, ale nie jemy słodkości. "Jesteśmy na diecie” - rzucamy na odczepkę. Kiedy jednak ulegniemy pokusie i spróbujemy, zaraz prosimy o dokładkę.

Czy więc filozofia rzeczywiście będzie dla uczniów kolejnym obciążeniem, co tłumaczyłoby, że w najbliższych latach nie uzyska pełnego prawa obywatelstwa w systemie edukacyjnym? Nic z tych rzeczy. Po pierwsze dlatego, że gdy w trakcie edukacji filozoficznej uczniowie zaczęli dostrzegać, iż są intelektualnymi spadkobiercami i dłużnikami Sokratesa, Platona czy Arystotelesa, szybko pojęli, że brak znajomości ich myśli czyni z nich intelektualnych analfabetów. Że nie można mówić bez zażenowania, iż jest się Europejczykiem, gdy zdradza się metodyczną ignorancję wobec klasycznych tekstów najwybitniejszych umysłów naszej kultury. Brak jakiejkolwiek wiedzy na temat koncepcji Platona czy Kartezjusza budził w słuchaczach, szczególnie na początku, zażenowanie. Ale, jednocześnie, ciekawość i chęć głębszego studiowania.

Zgłębiając bowiem tajniki myśli europejskiej uczniowie widzą, że nie tracą już czasu na otwieranie dawno otwartych drzwi. Bo, po drugie, okazuje się, że pewne kwestie zostały już dawno sformułowane i przedyskutowane. Historia filozofii pokazuje jak na dłoni, że nie wszystko zaczyna się od nas. Że idee, jakie młody człowiek w sobie czasami nosi, żyjąc w błogim przekonaniu, że gdy je ogłosi publicznie, to dokona odkrycia niemal na miarę Ameryki, są tylko owocem złudzenia wynikającego ze zbyt dobrego samopoczucia i niewiedzy. Inaczej mówiąc: filozofia zmusza młodego człowieka do intelektualnej pokory.

Jedno z najsłynniejszych zdań Sokratesa, które uczniowie z dziką namiętnością lubią przywoływać, brzmi: "Wiem, iż nic nie wiem”. Stwierdzenie to nie należy czytać li tylko jako kurtuazyjny slogan. To myśl, która zrodziła się w filozofie z pokornego przyznania się przed samym sobą, że wciąż jeszcze ma wiele do przeczytania i jeszcze więcej do przemyślenia, by ewentualnie na końcu swej drogi zbliżyć się do prawdy. Jasne, że zawsze można wybrać drogę na skróty. Tyle że tak robią ci, którzy z ignorancji czynią cnotę. Programowo więc nic nie czytają, nie mówiąc już o tym, by skalali się jakimkolwiek głębszym namysłem. Czy jednak polska szkoła może sobie dłużej pozwalać na to, by kształcić humanistycznych ignorantów? Czy stać nas na to jako społeczeństwo, by w dobie medialnej bezmyślności i medialnego show jeszcze po macoszemu traktować filozofię, której żywiołem jest intelektualny ferment i powaga myślenia?

A jednak tak się dzieje. Skąd więc bierze się ten opór, skoro o powrocie filozofii do szkół mówi się już od kilku lat, by nadal z dala trzymać ją od polskiej szkoły i uczniów? A jeśli nawet już musimy filozofię wprowadzić, zdają się sądzić politycy, to zróbmy to w jak najmniejszym zakresie? Kiedy jednak przyglądam się polskim debatom publicznym, szczególnie w wykonaniu rodzimych polityków, zaczynam rozumieć tę strategię. Edukacja filozoficzna - wbrew temu, co się powszechnie sądzi - przygotowuje młodych ludzi do zaangażowania obywatelskiego i merytorycznych dyskusji. Ale dlaczego to miałoby przerażać polityków? Czyż raczej nie powinni się cieszyć?

Pamiętam doskonale, kiedy grupa uczniów, ochotników, miała przeczytać na zajęcia "Ucztę” Platona. Ku mojemu zaskoczeniu nie była to sucha prezentacja głównych tez platońskiego dialogu. Uczniowie przygotowali prawdziwą biesiadę. Zasiedliśmy wygodnie przy zrobionym z ławek wielkim ogromnym stole syto zastawionym owocami. Co prawda nie było wina, które - jak wiemy - w małych ilościach służy namysłowi filozoficznemu. Będąc w szkole, ograniczyliśmy się do soków. Najpierw główni mówcy biesiady (tu odgrywani przez uczniów Agaton, Sokrates...) wygłosili swoje mowy ku czci Erosa. A potem zaczęła się żywa, twórcza i merytoryczna dyskusja.

Przyznam, że w TV nie oglądałem i nie słuchałem tak ciekawej dyskusji, jaką wówczas zafundowali sobie nawzajem i mi moi uczniowie. Ta intelektualna biesiada była możliwa tylko dlatego, że studiowanie filozofii wyrabia w człowieku biegłości w sporach i debatach. Kładzie nacisk na oddanie sprawiedliwości cudzym tekstom, gdyż - jak pouczał nas już niemiecki filozof, Immanuel Kant - dramat "nie polega na tym, że nasze argumenty zostaną obalone, ale na tym, że nie zostaną zrozumiane”. Jestem więc gotów postawić wszystkie pieniądze na to, że po kilku latach edukacji filozoficznej w liceum uczeń w konfrontacji z wirtuozem ponoć słowa, za jakiego uchodzi poseł Jacek Kurski z PiS, zagoni go w kozi róg. Ba, zrobi to nie tylko skutecznie, ale również z klasą, której akurat zupełnie brakuje posłowi.

Myli się też ten, kto sądzi, że filozofia odciąga ludzi od zaangażowania społecznego i politycznego. Że filozof to z natury intelektualny samotnik. To oczywiście prawda, że pisze się w samotności. Ale, jak błyskotliwie zauważył ks. Józef Tischner, są chwile, kiedy filozof "nie myśli o tym, o czym by chciał myśleć, ale o tym, o czym w danym momencie należy”. Że są chwile w życiu społeczeństwa, kiedy filozof nie może zamknąć się w czterech ścianach, ale - w imię dobra wspólnego - chce i musi się zaangażować, wprowadzając do debaty publicznej powagę i racjonalność. Innymi słowy: filozof nie myśli tylko dla siebie, ale przede wszystkim myśli dla innych i z innymi. Trochę patetycznie, ale trafnie pisał Platon, że filozofowie są postawieni przez bogów "jakby na posterunku”. A św. Paweł, człowiek pochodzący z tradycji judeochrześcijańskiej, w podobnym duchu dodawał: "nie sobie żyjemy, nie sobie umieramy”.

Co to znaczy? Jednym z kluczowych zagadnień filozoficznych jest pytanie, jak sensownie i szczęśliwie przeżyć życie. Ale również, a może przede wszystkim - jak przeżyć je razem. Dokładniej: jak dobrze żyć razem? Czy moim celem życiowym ma być tylko osobisty sukces i kariera, do której dążę za wszelką cenę, czy też są ważniejsze sprawy niż moje pieniądze, mój seks i moja wygoda? Seneka pouczał, że "nie samo życie jest dobrem, ale życie dobre”. A jeśli tak, to jest duża szansa, że - dla kogoś, kto przemyśli i przejmie się słowami Seneki - drugi człowiek nigdy nie będzie środkiem, ale zawsze celem podejmowanych w życiu decyzji i działań. Także sukces i dzika konsumpcja nie będą ważniejsze od współczucia i solidarności. Czy filozofia, która podpowiada, jak dobrze przeżyć życie wspólnie, może być dłużej traktowana jako balast dla polskiej szkoły?

Ekipa rządząca, która zdecyduje się w końcu, aby filozofia zyskała w szkole pełne prawo obywatelstwa, a nie tylko podrzędną rolę, skręci na siebie bicz. To oczywiste. Jednocześnie to, że systematyczna i pełna edukacja filozoficzna wpłynęłaby pozytywnie na zaangażowanie obywatelskie młodych ludzi i podniosła poziom debaty publicznej, jest pewne. Czy znajdą się więc politycy, którzy podjęliby tak kontrowersyjną decyzję?

Jarosław Makowski jest filozofem i publicystą "Newsweeka”. Uczył filozofii w liceach w Krakowie i w Pszczynie