Richard Perle*: Już od jakiegoś czasu Putin i jego towarzysze chcieli przywrócić wpływ, jaki ZSRR miał niegdyś nad republikami radzieckimi. Ten ostatni atak, który poszedł dużo dalej niż
jakikolwiek dotychczasowy, jest dla mnie po prostu potwierdzeniem tego, że tak wyglądać ma rosyjska polityka. To krok wstecz, do czasów imperium radzieckiego i zimnej wojny. Atak na Gruzję to
nie koniec. To dopiero początek.
Putin to były agent KGB, który wielu ze swoich ludzi z tego okresu wprowadził do administracji. Wartości, które wyznaje, niewiele różnią się od tych, które w czasie zimnej wojny wyznawało
KGB. Jestem zaskoczony, że nie wszyscy to dostrzegają.
Kreml będzie w dalszym ciągu wywierał potężny nacisk na rząd w Tbilisi przy użyciu najnowszej wersji doktryny Breżniewa - doktryny Putina. Można ją streścić następująco: Rosja ma prawo,
by "chronić" Rosjan żyjących poza granicami kraju. Porównanie tej strategii do roszczeń Hitlera wobec Czechosłowacji w 1939 nie jest przesadzone. Mechanizm działania jest ten
sam. Moskwa chce "chronić" Rosjan, nawet jeśli są oni obywatelami innego kraju.
Gruzja nie jest jedynym krajem zastraszanym przez Moskwę. To samo widzieliśmy na Ukrainie, w Mołdawii, w republikach centralnej Azji. Kreml chce na przykładzie Gruzji udowodnić, że pewne ruchy
po stronie rosyjskiej, nawet jeśli łączą się z użyciem brutalnej siły, nie spotkają się ze sprzeciwem. Ta wojna była po to, by przekonać byłe republiki sowieckie, że Rosja może się
zdecydować na atak - dzięki temu atak nie będzie potrzebny, by te kraje przestraszyć i podporządkować sobie.
Putinowi nie chodzi o Osetię Południową. Chodzi mu o Gruzję. Dlatego nie wydaje mi się, żeby zadowolił się przejęciem kontroli tylko nad tą prowincją. Najbardziej niebezpieczną
konsekwencją polityczną tego konfliktu jest to, że przywódcy innych krajów regionu zaczną zadawać sobie pytanie czy bliskie związki z USA są bezpieczne.
Rosjanie nigdy nie zatrzymali propagandowej maszynerii, która działa nieprzerwanie od czasów ZSRR, ale zarzuty, że to Amerykanie przygotowali prowokację, są po prostu absurdalne.
Rosja nie spodziewa się tego. Warunki są dziś zupełnie inne. NATO jest w porównaniu z czasami zimnej wojny bardzo słabe. Nie wiem, ile ruchów do przodu planują Rosjanie. Nie wydaje mi się,
żeby konfrontacja z Zachodem była celem Kremla. Moskwa zauważyła możliwość sprawdzenia na gruzińskim przykładzie, do czego może się bezkarnie posunąć i właśnie to robi.
Usprawiedliwienie było rzeczą drugorzędną.
Wątpię, by Unia zdecydowała się na jakikolwiek krok. Jeśli ktoś może przejąć inicjatywę, to a pewno nie kraje Unii, tylko USA.
Ta inicjatywa mówi bardzo wiele o wewnętrznych podziałach w Unii. Gdyby w UE istniała symetria między Wschodem i Zachodem, inicjatywa polskiego prezydenta mogłaby pociągnąć za sobą bardziej
zdecydowany ruch ze strony starej Europy. Nie doszło do tego. Zależność od rosyjskiej ropy i gazu paraliżuje Europę. Putin odkrył, że kontrola nad ropą i gazem jest dziś równie skuteczną
bronią, jak posiadanie głowic nuklearnych w czasach zimnej wojny. Używa dostępu do tych surowców do osiągnięcia politycznych celów. Wykorzystuje ogromne zapotrzebowanie po to, by całkowicie
uzależnić od siebie Europę. Konflikt gruziński jeszcze dobitniej świadczy o tym, jak ważne jest znalezienie alternatywnych źródeł energii. Jeśli świat będzie na to pozwalał, to już
wkrótce będą nami rządziły te kraje, które są w stanie dostarczyć innym energię albo jej pozbawić. Nie chodzi tylko o Rosję, ale kraje arabskie, Wenezuelę - niestety, wszędzie tam mamy
do czynienia z systemami politycznymi dalekimi od demokracji. Unia jest słabą instytucją, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i politykę zagraniczną. Unia nie jest alternatywą dla amerykańskiego
przywództwa, ale niestety w tym przypadku nie widzieliśmy zbyt dużo inicjatywy ze strony Waszyngtonu. Ale to w jakiś sposób zrozumiałe - administracja Busha jest już zmęczona. Poza tym
prezydent Bush przez cały czas swojej prezydentury niewłaściwie oceniał Putina.
*Richard Perle, amerykański politolog z nurtu neokonserwatywnego, pracował w administracjach Ronalda Reagana i George’a W. Busha