Antoni Dudek*: Myślę, że to porównanie idzie chyba za daleko. Niemniej w polskiej polityce zagranicznej na pewno nie dzieje się dobrze. Po roku 2004 – kiedy zakończyła się
realizacja strategicznego projektu, jakim było wejście Polski do NATO i Unii - zabrakło nowego precyzyjnego planu polskiej polityki zagranicznej. Teraz właśnie widzimy tego efekty. Panuje zgoda
co do tego, że Polska powinna być w Unii i NATO. Ale nie zostało jasno określone, czego od tego członkostwa oczekujemy i co to tak naprawdę w praktyce oznacza.
Jest jeszcze jedna. Nazywam ją klątwą roku 90. Właśnie wtedy przesądzono, że prezydent będzie wybierany w wyborach powszechnych. Nastąpiło coś, co można nazwać pęknięciem egzekutywy.
To właśnie powoduje, że mamy tak naprawdę dwa ośrodki decyzyjne: nie mamy ani systemu prezydenckiego, ani parlamentarno-gabinetowego. Po jednej stronie jest premier i jego minister spraw
zagranicznych, a po drugiej prezydent.
Oba te ośrodki próbują oddziaływać na politykę zagraniczną i dochodzi do takich sytuacji jak teraz. Wadliwy system konstytucyjny niejako wymusza takie sytuacje jak ta, którą obecnie obserwujemy. Gratuluję DZIENNIKOWI, że zrekonstruował przebieg burzliwych rozmów między stroną prezydencką i rządową. Jednak to, że dziennikarzom się to udało, jasno dowodzi, że jest coś nie tak z bezpieczeństwem państwa. Zakładam przy tym oczywiście, że nie jest tak, że któraś ze stron celowo dała dziennikarzom ten materiał. Jeśliby tak było, oznaczałoby to, że politycy mają już autorytet państwa za nic.
Nie chciałbym oskarżać ani prezydenta, ani premiera, ani ministra spraw zagranicznych, o to że zupełnie zatracili instynkt państwowy lub że nie mają przekonania, iż interes państwowy jest
sprawą nadrzędną. Mam wrażenie, że po prostu inaczej rozumieją to, co składa się na ten interes. Może po części związane jest to z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi, w których - co
tu ukrywać - mówi się i o kandydaturze premiera, i o starcie obecnego prezydenta. A nawet zaczyna się wspominać o kandydaturze Radosława Sikorskiego. Mam wrażenie, że ci trzej politycy,
myśląc o własnej prezydenturze, zbyt mało myślą o interesie Rzeczypospolitej.
Sytuacja dojrzała już do kolejnego spotkania w Juracie. Potrzebna jest nowa, długa, spokojna rozmowa prezydenta z premierem. Rozmowa, która na nowo określi pewien plan gry. To, że Lech
Kaczyński i Donald Tusk nadal będą rywalizować, jest oczywiste, ale mimo wszystko ten spór można trzymać pod kontrolą. Potrzebne jest kolejne spotkanie na szczycie - z dala od dziennikarzy i
wszystkich PR-owców - na którym panowie spróbują ustalić kilka fundamentalnych kwestii niepodlegających bieżącej grze politycznej.
Obawiam się, że znajdziemy się na swoistej równi pochyłej. Będziemy zmierzać do sytuacji, w której konflikt jeszcze bardziej się zaostrzy. Grozi nam też daleko idąca kompromitacja na
arenie międzynarodowej.
Może to doprowadzić do zjawiska wypłukiwania demokracji – utraty autorytetu przez wszystkie ośrodki władzy i wszystkie ugrupowania polityczne. W dłuższej perspektywie może to
oznaczać, że poparcie dla głównych ugrupowań politycznych zacznie spadać. To powinno być dla polityków czerwone światło. Bo takie zachowanie w politologii jest uważane za pierwszy sygnał
ostrzegawczy przed rządami autorytarnymi.
*Antoni Dudek, dr hab. nauk politycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, doradca prezesa IPN