Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że wspomniany spektakl bardzo wiernie oddaje atmosferę w kierownictwie PPR i mechanizmy jego funkcjonowania. Opisane w nim
wydarzenia związane ze śmiercią dwóch pierwszych sekretarzy PPR Marcelego Nowotki i Bolesława Mołojca są prawdziwe. Autorzy przedstawienia ciekawie odtworzyli także mentalność i język tej
grupy. Część dialogów to po prostu cytaty z relacji i dokumentów. Jest jedna zasadnicza różnica. Sztuka z oczywistych względów musiała być umiarkowana w słownictwie. Pierwowzór był w
tym względzie nieporównywalnie bardziej wulgarny. Pod wieloma względami kierownictwo PPR przypominało nieco grupę typowo mafijną, pod innymi zwykłą grupę bandycką lub psychopatyczna sektę,
która dzięki sowieckim bagnetom zdobyła władzę w Polsce.
Sprawa ta jest niewyjaśniona do dziś i wątpię, czy kiedykolwiek uda się w sposób precyzyjny odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Mogły to być rozgrywki wewnątrzpartyjne, mogła to być
likwidacja niebezpiecznego komunisty, a zatem wroga Polski, przeprowadzona przez polskie podziemie. Mniej prawdopodobne jest, że to jakaś gra pomiędzy sowieckimi służbami specjalnymi, które
organizowały i kontrolowały "operację PPR". Tajemnicą poliszynela jest, że znaczna część aktywu partii była agentami NKWD i GRU i pracowała przede wszystkim dla tych
struktur. Tak jak na przykład dwóch członków trójki kierowniczej PPR Małgorzata Fornalska czy Pinkus Finder (później używający imienia Paweł - red.). Nie można też wykluczyć Niemców
ani bandyckich porachunków, bowiem kierownictwo partii żyło z pospolitego bandytyzmu i miało różne kontakty z podziemiem typowo kryminalnym.
Pierwsze realne działania do reaktywacji partii komunistycznej w Polsce podjęto po ataku Niemców na ZSRS. Ale sprawa powstania PPR bezpośrednio łączy się nie tyle z działaniami politycznymi,
ile dywersyjnymi. Moskwie chodziło o wybudowanie partii, która wywoła w Polsce powstanie i przerwie niemieckie linie zaopatrzeniowe. Oblicze ideowe partii miało wówczas drugorzędne
znaczenie.
Wszystko to opisałem w mojej książce o konspiracyjnej PPR. Inicjatorem powstania, ale także autorem nazwy nowej partii był Józef Stalin. To on 27 sierpnia 1941 r. wezwał do siebie szefa
Kominternu Georgija Dymitrowa i kazał zakładać PPR. Polscy komuniści byli tylko wykonawcami poleceń swoich przełożonych. Nawet pierwsza odezwa nowej partii została napisana we wrześniu 1941
r. w Kominternie. Oczywiście po przerzuceniu ich do Polski komuniści z tzw. grupy inicjatywnej udawali, że powstanie partii jest dziełem "krajowych działaczy politycznych".
Większość członków kierownictwa partii to zawodowi rewolucjoniści, dobrze płatni funkcjonariusze sowieckiego aparatu partyjno-państwowego. Cechował ich, może poza Finderem, niski poziom
intelektualny i moralny, a także niebezpieczny fanatyzm. Większość z nich siedziała przed wojną za działalność antypaństwową. Realizowali zadania zlecane im przez sowieckich przełożonych
i z interesami społeczeństwa polskiego mieli niewiele wspólnego. Mentalność większości z nich dobrze oddaje relacja Marcelego Nowotki o tym, jak w 1941 r., wsiadając do samolotu lecącego
"na robotę partyjną" do Polski. Nowotko wspominał: "Na pożegnanie naszej sowieckiej ojczyzny zaśpiewaliśmy pieśń <Zyroka strana maja
radnaja>".
Ryszard Nazarewicz to przede wszystkim funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, o którym trudno powiedzieć "historyk". On całe swoje życie poświęcił fałszowaniu i
mistyfikowaniu historii PPR, więc do cechu naukowców raczej nie należy. A teza o "krajowcach" i "zaufanych Stalina" jest dość skomplikowana. Tu w znacznej
mierze decydowały nie poglądy, a życiorysy. Znaczenie tego podziału jest jednak przesadzone. A o wszystkim zawsze decydowała Moskwa.
Dokładna liczba jest trudna do ustalenia, bowiem szkolenia tego typu w sposób tajny prowadziły i NKWD, i GRU, czyli sowiecki wywiad wojskowy. Uczono na nich, prócz klasycznych zajęć wojskowych,
także taktyki walki w mieście czy zamachów terrorystycznych. Łącznie przeszkolono nie mniej niż kilkaset osób, z których wiele, jak Władysław Gomułka czy Wacław Komar, zdobyło w
powojennej Polsce znacząca pozycję.
Kiedy w drugiej połowie 1942 r. zaczęła powstawać GL, większość aktywnego elementu polskiego była już w niepodległościowej konspiracji. Z konieczności komuniści musieli zadowalać się
rozmaitymi zbiegami, którzy trafiali do lasu, m.in. sowieckimi jeńcami i uciekinierami narodowości żydowskiej. Bardzo często byli oni zainteresowani głównie przeżyciem, a nie walką z
Niemcami, zaś element sowiecki był strasznie zdemoralizowany. Do GL przyjmowane były też rozmaite luźne grupy przestępcze, których morale było również bardzo niskie. Nierzadko kierowali
nimi zawodowi, jeszcze przedwojenni bandyci. Jeden z najsłynniejszych dowódców GL/AL miał być, wedle książek z czasów PRL, zasłużonym przedwojennym komunistą. Znalazłem jego teczkę z
więzienia w Radomiu. Cztery wyroki kryminalne, w tym kradzieże i paserstwo. To nie jest odosobniony przypadek. Kadry to jeden z zasadniczych powodów, dlaczego oddziały GL zupełnie nie nadawały
się do walki z Niemcami, parając się głównie pospolitym bandytyzmem.
Wielu członków GL trafiło do milicji i UB, a używając ponadawanych sobie stopni oficerskich, zajmowali oni kierownicze stanowiska w aparacie partyjnym i państwowym. Jednak w końcu lat 40.
przyszły dla nich złe czasy. Zaczęto ich inwigilować, wielu znanych GL-owców trafiło do więzień za mordowanie Żydów w czasie okupacji. Najsłynniejszy z nich - Grzegorz Korczyński -
dostał wyrok dożywotniego więzienia za zamordowanie ponad stu Żydów na przełomie lat 1942/1943 na Lubelszczyźnie. Znany jest także przypadek dowódcy GL, który za mordowanie Żydów na
Rzeszowszczyźnie otrzymał po wojnie karę śmierci. Wielki powrót tych ludzi na wysokie stanowiska w aparacie nastąpił po 1956 r. wraz z dojściem do władzy Gomułki.
Odpowiedź jest bardzo prosta. Wraz z aresztowaniem dwóch członków "trójki kierowniczej" Małgorzaty Fornalskiej i Pinkusa Findera zerwała się łączność z centralą. Coś
trzeba było robić, więc doszło do głosowania, w którym ostatecznie wygrał Gomułka. Pod jego przywództwem na skutek nieporozumienia kierownictwo PPR zdecydowało się na realizację kilku
projektów politycznych, o których sądzono, że jest zezwolenie Moskwy. Na przykład powołano do życia KRN, choć w rzeczywistości nie było na nią zgody. W Moskwie nie mogli uwierzyć, że
coś takiego mogło mieć miejsce bez ich polecenia, w związku z tym podejrzewano, że jest to prowokacja, a kierownictwo partii pod kontrolą Gestapo.
W najmniejszym stopniu PPR. To było narzędzie polityki Stalina, a nie punkt odniesienia dla jakichkolwiek kalkulacji.
Informacje takie traktowałbym z dużym dystansem. O tym, komu zostanie przyznany Lwów, decydowały argumenty historyczne, które Stalin brał pod uwagę, patrząc z pozycji po trosze ukraińskiej,
a przede wszystkim wielkoruskiej. Warto pamiętać, że granica polsko-sowiecka na wschodzie przebiega mniej więcej tak jak po IV rozbiorze Polski z 1939 r. Sowieci ustąpili jedynie z
Białostockiego i północnego Mazowsza (!), co do których Moskwa nie miała argumentów etnicznych ani historycznych. W tej konfiguracji przyznanie Lwowa Polsce wydaje się nieprawdopodobne.
Zbyt wielu zagadek tu chyba nie ma. Wieloletni zawodowy funkcjonariusz partyjny nielegalnej KP Polski, pracował również w Kominternie. Równie dobrze pracował wówczas w KP Czechosłowacji i KP
Austrii. Typ radykalnego i hermetycznego stalinowca bez poważniejszych horyzontów intelektualnych.
Władzę w partii objął w 1948 r., kiedy przestał być potrzebny Gomułka. To wiązało się z szerszymi zmianami w komunistycznym obozie. Moskwa powoli zrzucała "liberalną"
maskę, którą przyjęła w latach 1944 - 1945, kiedy do podziału była znaczna część Europy. Wówczas dbano nieco o zachowanie, oczywiście w znacznej mierze sztucznej, pozornej,
wielopartyjności i demokracji. Symbolem tego okresu jest Władysław Gomułka i jego "polska droga do socjalizmu". W 1947 r. nastąpił wyraźny zwrot i państwa regionu
przystąpiły do gwałtownej sowietyzacji i uniformizacji. Na te czasy znacznie wygodniejszy był dla Moskwy Bolesław Bierut.
Trudno orzec, choć mnie wydaje się to mało prawdopodobne.
Jak każdy ruch polityczny, i polski komunizm składał się z bardzo różnych politycznych postaci. Do grona ciekawszych należał bez wątpienia Władysław Gomułka, który próbował być i
komunistą, i Polakiem. Starał się np. pilnować na arenie międzynarodowej polskich interesów na sposób, w jaki je pojmował. Potrafił np. ostro sprzeciwić się dyktatowi Moskwy w 1956 r. To
nie jest typowa kremlowska marionetka i postać jakiegoś marnego politycznie formatu. W przeciwieństwie do Bolesława Bieruta czy - w innej epoce - Wojciecha Jaruzelskiego.
*Piotr Gontarczyk, historyk i politolog, pracownik IPN, współautor trzytomowej publikacji "Tajne oblicze GL-AL, PPR. Dokumenty" oraz książki "Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy"