Spodziewałem się zmiany, bo jednak było kilku dobrych kandydatów, którzy…
Tak. Według mnie lepszych, którzy bardziej by reagowali na trudne sprawy w Kościele. Abp Józef Michalik na pewno ma wiele zalet. Był biskupem w Zielonej Górze, przebywał w Rzymie, teraz jest
arcybiskupem w Przemyślu, więc na pewno ma doświadczenie. W wielu sprawach sprawdził się jako pasterz diecezji. Natomiast jako przewodniczący episkopatu był wyraźnie osobą milczącą.
Powinien jednak zabierać głos w trudnych sprawach. Funkcja przewodniczącego to nie tylko kwestia koordynowania spotkań, ale też zabieranie głosu w ważnych sprawach. Zwłaszcza że po śmierci
papieża Jana Pawła II wyraźnie brakuje w episkopacie jasnego stanowiska, które mogłoby być przekazane świeckim jako wskazanie, jak należy postępować.
>>> Rokita: Polski Kościół nadal bez lidera
Trzeba pamiętać, że sytuacja Kościoła polskiego bardzo się zmieniła. W czasach komunizmu była potrzebna jedna twarz. Był to przede wszystkim kard. Stefan Wyszyński, człowiek o
niesłychanej sile. Przy tym bardzo twardy i zdecydowany, który potrafił trzymać episkopat dość twardą ręką. Ale takie były czasy. Później pojawiła się postać Karola Wojtyły,
człowieka o innym charakterze, posiadającego inne wartości. Obaj świetnie się uzupełniali.
Po śmierci Jana Pawła II w Kościele w Polsce - według mnie - nie ma kryzysu, natomiast Kościół znalazł się na wirażu. Bo szuka kierunku po tym, jak zabrakło głównego duchowego
przewodnika, jakim był papież Jan Paweł II.
Przewodnik jest potrzebny. Oczywiście Kościół to wspólnota wszystkich ludzi ochrzczonych i wszyscy wierzymy, że głównym przywódcą Kościoła jest Jezus Chrystus. Ale przy tak wielkim
zamieszaniu duchowym jak dzisiaj potrzebni są ludzie, którzy by przekładali Ewangelię Jezusa Chrystusa na język zrozumiały dla współczesnych ludzi. Na dodatek nawarstwiają się kolejne
problemy. W czasie, gdy żył papież Jan Paweł II, to jego głos był najważniejszy, był tu dziewięciokrotnie w czasie pielgrzymek, miał stały kontakt z Polską, znał doskonale wszystkie
problemy. Nie wierzę, by teraz narodziła się jedna jedyna indywidualność. Myślę o grupie biskupów, którzy pokazaliby współczesnym Polakom, którędy droga.
Mnie to wielokrotnie zastanawiało. Myślę, że jest tu kilka czynników. Pierwsza rzecz to fakt, że Papież był niesłychaną indywidualnością. Niektórzy przyzwyczaili się do tego, że jest
papież Jan Paweł II i on rozwiązuje za nas problemy…
Tak, że zwalnia nas z podejmowania odpowiedzialności. Często jest tak, że są świeckie instytucje kierowane przez wiele lat przez bardzo silnego szefa. Wtedy podwładni przyzwyczajają się do
tego, że szef rozwiązuje problemy. Pamiętam, gdy w "Tygodniku Powszechnym" napisano - jeszcze za życia Papieża - że trzeba przygotować się na ten czas, gdy zabraknie Ojca
Świętego. Podniosło się straszne larum, że jakim prawem za życia papieża ktoś mówi, że on może umrzeć. To pokazało, że Kościół w Polsce nie przygotował się na tę sytuację. Druga
rzecz jest taka, że zbyt dobre relacje Kościoła z władzą państwową po 1989 r. spowodowały, że Kościół cieszy się przywilejami, a wszyscy politycy liczą się z nim. To było usypiające,
że jest świetnie. Zapanowała pewna błogość.
>>> Watykan: Koniec z lustracją biskupów
Powiedziałbym o rozleniwieniu. Choć nie w znaczeniu ostrej krytyki, tylko na tej zasadzie, że w czasach komunizmu trzeba było sobie wywalczyć autorytet wśród ludzi. A teraz mamy np. przejście
wielu księży na etaty państwowe. Dotyczy to nie tylko katechizacji, ale też kapelanów wojskowych, szpitalnych, nawet kapelanów na lotniskach. Władza państwowa stwarza możliwości tego, że
duchowny jest traktowany przez tę władzę jako ten, który jest przez nią zatrudniony. Oczywiście katecheci szkolni absolutnie powinni otrzymywać wynagrodzenie. Ale zbyt częste korzystanie z
takich przywilejów usypia, bo każda ekipa rządowa kłania się Kościołowi. A wychodzą problemy, które są poza relacją państwo-Kościół. Np. laicyzacja. Bardzo wielu Polaków wyjeżdża za
granicę, spotyka się z tamtejszymi Kościołami lokalnymi, które są różne od polskiego. Spotykają się z Kościołem, który jest zlaicyzowany, zepchnięty do zakrystii, gdzie brakuje
duszpasterzy. Nieraz takie zderzenie w porównaniu z sielską sytuacją Kościoła polskiego powoduje kryzys wiary u tych ludzi. Do tego dochodzi coraz większy kryzys wiary u młodego pokolenia,
brakuje duchowych przewodników, mamy kryzys powołań. Jest dużo trudnych sytuacji, na które trzeba szybko reagować i nie czekać na wytyczne z Watykanu. Nie wszystkie Kościoły miały swojego
papieża, który rozwiązywał za nie problemy.
Papież Benedykt XVI jest osobą godną największego szacunku. Proszę zauważyć, jak on zainterweniował w czasie ogromnego kryzysu w sprawie abp. Wielgusa. Nie ma drugiego przypadku we
współczesnej historii Kościoła, by biskup nominat składał rezygnację w dniu ingresu. To rzecz, która będzie w podręcznikach historii Kościoła. Interwencja Benedykta XVI była próbą
pomocy rozwiązania wielkiego problemu w Kościele polskim. Niemniej jednak nie można liczyć, że za każdym razem będzie nas ratował. Nie widzę, by Polacy śmiali się z Benedykta XVI.
Natomiast elementy narodowe i religijne w osobie Jana Pawła II tak splotły się ze sobą, że często trudno było odróżnić, skąd brał się szacunek dla niego: czy z powodów religijnych, czy
dlatego, że był Polakiem. Ale też był on wielkim patriotą, więc zrozumiałe, że Polacy, nawet niewierzący, widzieli w nim autorytet. Dziś problemy trzeba rozwiązywać samemu. Dlatego
uważam, że wybór przewodniczącego KEP to była jedna z najważniejszych decyzji - którędy iść.
>>> Episkopat wybrał święty spokój
Pismo Święte mówi wyraźnie: obyś był zimny albo gorący…
I to jest zła sytuacja. Paradoksem całej historii Kościoła jest to, że Kościół wpada w kryzys wtedy, gdy mu się dzieje zbyt dobrze. Kościół w trudnej sytuacji, np. Kościół misyjny czy
nawet prześladowany, stoi przed wyzwaniami i się mobilizuje. Wtedy pojawiają się wielcy święci i reformatorzy, a sam Kościół staje się autorytetem moralnym. A gdy jest sojusz ołtarza z
tronem - a u nas jest to przy wszystkich ekipach rządowych - to dochodzi do wielkich problemów.
To konsekwencja zbyt bliskich relacji ważnych duchownych z politykami. Najróżniejszych opcji. Bo gdybym miał powiedzieć, z kim sympatyzują biskupi, to jest od Sasa do Lasa. Biskup musi mieć
dobre kontakty ze wszystkimi przedstawicielami władz, ale nie może wiązać się z jedną opcją polityczną. A widzimy, że część biskupów wiąże się z PO, część z PiS, a inni mają
inklinacje do PSL. Nie może tak być, bo biskup musi być ponad tym wszystkim. Dlatego najlepszym kandydatem jest zawsze ten, kto ma wprawdzie swoje ciche sympatie polityczne, ale nigdy ich nie
pokazuje i nie faworyzuje żadnych polityków. Politycy mają to do siebie, że gdy da im się palec, to chcą całą rękę. Kościół nie powinien wierzyć politykom.
Marek Jurek, którego bardzo cenię, bo jest człowiekiem wartościowym, rzeczywiście nie jest czynnym politykiem. Ale są inne relacje. W Krakowie mogę na co dzień obserwować sojusz tutejszej
kurii z Platformą. To prawie symboliczne, że osobistym sekretarzem kard. Dziwisza jest rodzony brat posła PO Ireneusza Rasia - szalenie aktywnego w Krakowie polityka. Różne gesty, które
kardynał wykonuje wobec PO, jak np. rekolekcje dla parlamentarzystów Platformy, poparcie, jakiego udzielił niektórym politykom z tego ugrupowania, pokazują, że on nie jest wolny od takich
sympatii. To zła droga, gdy biskup wyraźnie pokazuje swoje sympatie i faworyzuje polityków z jednego ugrupowania. Politycy powinni sami zapracować na swój autorytet, a nie podpierać się
wizytami w kurii biskupiej.
Chciałbym, żeby się skończył. Patrząc przez pryzmat Krakowa, widzę, że relacje metropolity krakowskiego z politykami jednej opcji są źle odbierane. Tylko nie chodzi o to, by kończyło się
to przez konflikt. Jest wielu biskupów, którzy się nie angażują i żyją, dobrze funkcjonują. Rozumiem, że biskup przyjmuje każdego polityka, to dobrze, tu nie ma problemu. Jeżeli jednak
wspomniany metropolita krakowski na kilka godzin przed rozpoczęciem ciszy wyborczej przyjmuje kandydata - chodzi o Donalda Tuska - i wyraża przy kamerach życzliwość wobec niego, to wszyscy
wiedzą, że to przejaw poparcia politycznego. Nie czepiam się sympatii politycznych któregoś z duchownych, ale powinna być wypracowana jasna norma: politycy nie będą już popierani przez
poszczególnych hierarchów. Kościół ponosi tylko straty, gdy wyraża poparcie dla konkretnej partii.
>>> Biskupi nie chcą dyskusji o eutanazji
To też jest złe. Choć nie jeździli do tamtejszego biskupa, tylko do rozgłośni radiowej. Jest zresztą osobny problem tej rozgłośni i jej środowiska. Mnie chodzi o oficjalnego przedstawiciela
Kościoła, czyli biskupa zarządzającego daną diecezją.
Podkreślam jeszcze raz: każdy biskup ma prawo do poglądów politycznych. Też je mam i głosuję na konkretnych kandydatów. Natomiast rolą biskupa jest bycie pasterzem diecezji. Biskup musi
sobie zdawać sprawę, że do kościołów chodzą ludzie o różnych poglądach politycznych. Więc sojusz ołtarza z tronem, który początkowo daje pewne korzyści, na dłuższą metę kończy
się źle. Dwa tysiące lat historii Kościoła pokazały, że tak się kończyło wchodzenie w sojusze z władcami.
Nie. Nie widzę, by Kościół był oceniany przez pryzmat sprawy Marcinkiewicza. W końcu to nie jest jedyny polityk, który porzucił rodzinę...
To źle świadczy o nim jako polityku. On skończył się zresztą jako polityk. Marcinkiewicz nie jest oficjalnym przedstawicielem Kościoła. Przez jego pryzmat nie można też oceniać innych
polityków katolickich. Znam takich, którzy są bardzo uczciwi i prawi, należą do różnych partii. Oni są oceniani indywidualnie, nie jako przedstawiciele Kościoła. Marcinkiewicz przez swoje
deklaracje wszedł na wysokiego konia, więc teraz jego upadek jest szczególnie bolesny. Tylko że to jego osobisty problem, nie Kościoła.
Tak, ale jednak sam się waham, czy jest pojęcie "polityk katolicki". Na pewno nie ma czegoś takiego jak partia katolicka. Partie nie mają mandatu ze strony Kościoła, by go
reprezentować. Natomiast jest bardzo dobrze, gdy katolicy świeccy angażują się w działania społeczne i polityczne. Oni dają świadectwo.
Nie, nie tak prędko. Wyraźnie od paru lat pojawiły się bardzo wyraźne problemy czysto duszpasterskie. Mniejsza frekwencja w kościołach, spadek liczby powołań, w tym katastrofalny w
zgromadzeniach żeńskich. Jest też pewien bunt młodych wobec Kościoła. Gdyby Kościół nie bał się zmian, reagował na wydarzenia, to szybciej byśmy rozwiązali takie problemy.
W Kościele panuje przekonanie, że Kościół jest wieczny, i że 20 lat do przodu czy do tyłu nie robi żadnej różnicy. Być może tak było w Średniowieczu. Dziś jednak świat zmienia się
tak gwałtownie - przez media, internet czy globalizację - że nawet dwa miesiące mogą robić różnicę. Piętą achillesową Kościoła w Polsce, przy zaznaczeniu jego wszystkich zalet i
walorów, jest to, że reakcje są bardzo spóźnione. Nie może tak być - przywództwo Kościoła hierarchicznego powinno odczytywać znaki czasu i umieć postawić diagnozę. Dlatego oczekiwałem,
że będzie zmiana przewodniczącego KEP i że pojawią się osoby, które są związane ze środowiskami ludzi świeckich, są zorientowane w problemach współczesności i potrafią
zareagować.
*ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski jest duszpasterzem polskich Ormian, był wieloletnim działaczem opozycji antykomunistycznej przed 1989 r., obecnie prowadzi Fundację im. Brata Alberta zajmującą się opieką nad osobami niepełnosprawnymi. Od kilku lat domaga się lustracji w Kościele katolickim. Jest też poetą i historykiem Kościoła. Kawaler Orderu Uśmiechu