To niełatwe zadanie. Ale przecież stare demokracje mają telewizje publiczne z prawdziwego zdarzenia. Nie bez skandali, jak we Włoszech Berlusconiego czy ostatnio we Francji
Sarkozy’ego. Ale normą jest ulokowanie mediów publicznych poza czystym obozem władzy politycznej.
Nasi politycy nie są w stanie zaakceptować sytuacji, w której media byłyby do pewnego stopnia oddzielnym rodzajem instytucji. Choć jeśli nie są, nie ma mowy o wolnej debacie publicznej.
Tak, to jest paradoks. Ale weźmy przykład wymiaru sprawiedliwości. To politycy mianują sędziów, a jednak powstrzymują się przed sterowaniem nimi. Wiadomo, że menedżerowie kierujący mediami
czy dziennikarze sami się nie powołają. Mają działać w imieniu opinii publicznej, ale legitymacje do stworzenia systemu mediów mają wybrani przez obywateli politycy. Więc całkowite
odpolitycznienie mediów jest nierealne. Ale politycy powinni się samoograniczyć. Ustawa o radiofonii i telewizji z 1993 r. była całkiem dobra, wzorowana na francuskiej, tylko politycy od
początku nie przestrzegali jej założeń.
Trudno osądzać samego siebie. Zostałem wybrany w szczególnym momencie, gdy żadna z sił politycznych nie dominowała bezwzględnie nad innymi. Co by nie powiedzieć o moich późniejszych
ostrych konfliktach z szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Danutą Waniek, ona nadała wyborom prezesa TVP charakter prawdziwego konkursu. Niezależna firma badała kwalifikacje
kandydatów.
No tak, byłem, i nie był to pewnie proces doskonały. Ale o moim wyborze nie decydował tylko jeden obóz polityczny.
To trafna uwaga, ale tylko do pewnego stopnia. Ja od dawna namawiam polityków, aby próbowali jak najszerszego kompromisu. Oddając władzę ludziom nie do końca uwikłanym w politykę. Po
dwudziestu latach wolności istnieją środowiska dziennikarskie, menedżerskie, naukowe, do których można się odwołać.
W każdym razie próbowałem, ścigając się zresztą z czasem. Nie żałuję, że wprowadziłem do TVP Jana Pospieszalskiego czy Anitę Gargas. Tyle że gdybym był dłużej, próbowałbym
pracować z tymi ludźmi tak, aby nie tylko korzystać z różnorodności ich poglądów, ale egzekwować od nich zasady rzetelności dziennikarskiej.
Ja ich zatrudniłem, aby zrównoważyć dominujące wówczas w telewizji środowiska o wrażliwości nawet nie lewicowej, lecz o mentalności postpeerelowskiej. To dlatego za moich czasów weszły
„Warto rozmawiać” i „Misja specjalna”. Ale już pod koniec 2005 r. miałem poczucie, że te programy wymagają baczniejszej dziennikarskiej kontroli. Nie
uważam, że jedyną metodą pracy z dziennikarzami jest dawanie im programów albo ich wyrzucanie, zdejmowanie z anteny. Te programy mogły być wyraziste, a równocześnie nienapastliwe, bez
insynuacji personalnych, lecz poszukujące prawdy. Można debatować o aborcji czy eutanazji z bardzo subiektywnych ideowych pozycji, ale też wysłuchać wszystkich stron sporu.
To prawda, ale nie mam poczucia, że jest w stanie nawet o jotę zmienić swoje początkowe założenie i choć trochę powściągnąć okazywanie tego, co akceptuje, a co uważa za niesłuszne,
głupie. A przecież sam Pan Bóg nie okazuje nam tego na co dzień. Program to nie jest Sąd Ostateczny.
Starałem się otwierać różne okienka i nie odmawiałem nikomu prawa do własnych przekonań, pod warunkiem przestrzegania zasad rzetelności. I powtarzam, nie żałuję, że Pospieszalski się w
publicznej telewizji pojawił. Nie starczyło mi już czasu, aby skłonić go do przestrzegania zasad dziennikarskiej rzetelności.
Jestem zadowolony z ówczesnych „Wiadomości”, których szef Robert Kozak starał się przeszczepiać zasady BBC. Decyzje podejmował tam zawsze dziennikarz, nie polityk, a po
głównym wydaniu programu był oceniany przez kolegów.
Nie widziałem tego zaangażowania. Ale nie chcę tego ciągnąć, trudno osądzać samego siebie. Niech to zrobią inni.
Oczywiście, tego się nie uniknie. Choć można się starać. W zachodnich telewizjach publicznych, na przykład w BBC, próbuje się formułować pewne ogólne zasady redagowania materiałów, ich
kolejności. Taki stylebook pewnie też wszystkiego nie załatwi...
Naturalnie. Ale próba sformułowania jakichś standardów to już połowa sukcesu.
Nie na wszystko starczyło czasu.
Nie chcę ich recenzować. Mogę nie być obiektywny.
Tak. Ja już mówiłem: nie chciałem zarządzać telewizją poprzez wyrzucanie jednych, przyjmowanie drugich. Wolałem tworzyć atmosferę, dzięki której dziennikarze wiedzieli, że są oceniani
za to, co robią, a nie za to, kiedy przyszli do TVP i z kim są kojarzeni. Po moim odejściu ta zasada została podeptana. Wyrzucano ludzi nawet takich, których ściągnęły do TVP firmy
headhunterskie. Tylko dlatego, że zatrudniono ich za moich czasów.
Jednak ja, gdy się z kimś rozstawałem, starałem się zawsze uzasadnić, dlaczego tak się dzieje. Kiedy odszedłem, zapanowała inna praktyka: normą było wręczenia wymówienia. A na pytanie
„dlaczego?” padała odpowiedź: ma pan, czy pani, kontrakt terminowy i nie muszę się z niczego tłumaczyć. To rodziło złą atmosferę, premiowało lizusostwo.
Jeśli ktoś popełnił ciężkie wykroczenie przeciw zasadom dziennikarstwa, to nie mógł liczyć, że go zatrzymam. Jeśli robił wcześniej wywiad z liderem politycznym tak, żeby go nie
dopuścić do głosu i ośmieszyć, nie spotykał się z wyrozumiałością. Ale w takim przypadku można pokazać komuś konkretne taśmy, wytłumaczyć. Z drugiej strony to ja powołałem komisję,
która przywróciła sporo osób usuniętych w czasach Kwiatkowskiego. Na przykład Agnieszkę Romaszewską.
*Jan Dworak, były prezes TVP w latach 2004 - 2006, wcześniej należał do Platformy Obywatelskiej. Był też wiceprezesem zarządu TVP i zasiadał w radzie programowej Telewizji Publicznej
Cały wywiad z Janem Dworakiem można przeczytać w DZIENNIKU z 26.03.2009