W burzliwej sejmowej debacie premier Donald Tusk odmówił politykom innych partii „moralnego prawa” do dyskusji nad oszczędzaniem publicznych pieniędzy, skoro nie chcą się zgodzić na pełną utratę budżetowych subwencji. Mówił przy tym o „nikczemnej hipokryzji” w wystąpieniach przeciwników (jak rozumiem, także i z koalicyjnego PSL). Jarosław Kaczyński odpowiadał, nazywając przemówienie premiera „nikczemnym i bezczelnym”, choć przez kilka ostatnich miesięcy wystrzegał się podobnego języka.
. Wczytując się w sondaże społecznego poparcia dla odebrania partiom budżetowych pieniędzy (a chce tego większość), warto pamiętać o tym kontekście.
Pewien (w ostateczności mogą jednak przegrać wybory).
Tymczasem . To więc w sumie radosna wiadomość, że po wprowadzeniu budżetowych dotacji ich rola trochę się jednak zmniejszyła. Właśnie dlatego, że nie są już dziś jedynymi sprawcami finansowego i organizacyjnego powodzenia partii.
, cokolwiek nie napiszą w tej sprawie zaglądający do kieszeni i partiom, i samym politykom tabloidy. Oczywiście na mniejszą skalę demagogię uprawia także i PiS. Kaczyński ma rację, że dopłacanie do demokracji z budżetu gwarantuje w Polsce większą sprawiedliwość. Ale krzycząc, że jest zagrożony przez partię bogaczy, nie ma racji, gdy chce wszystko wydawać na reklamowe billboardy, a nie na przygotowanie własnej partii do rządzenia. W dobie kryzysu to już nie jest eleganckie wobec wyborców. I to punkt dla populisty Tuska.
Słuchając wzajemnych dramatycznych określeń i odpowiedzi, musimy sobie powtórzyć po raz któryś z rzędu: . Akurat zresztą przy okazji tej sejmowej debaty była to brutalność spora, ale merytoryczna. Bo mówiono jednak o polityce, a nie o tym, jak kto wygląda, jaką ma seksualną orientację i czy załamał się w śledztwie 30 lat temu. Ten spór przypominał podobne debaty z czasów świetności amerykańskiej demokracji, gdzie wzajemne ataki zawsze były „najbardziej wołające o pomstę do Nieba w historii USA”, a każda wypowiedź przeciwnika określana była jako „niemająca precedensu w dotychczasowej historii i szczególnie obrzydliwa” (autentyczne cytaty z wystąpień tamtejszych senatorów i kongresmenów). Mamy więc nie najgorsze wzorce.
. Niespecjalnie mnie to nawet gorszy, zwłaszcza że premier nie ma szans przy obecnym kształcie życia publicznego na przeforsowanie swoich haseł dotyczących finansowania partii.
Bardziej mnie martwi, gdy poprzez swoją minister nauki szef rządu zaczyna się mieszać do magisteriów wydanych na pewnej krakowskiej uczelni. Tu już dotykamy delikatnej materii równowagi między państwem i niezależnymi instytucjami, między polityczną pasją i wolnością naukowych badań. Za to wojna o budżetowe dotacje to tylko efektowny teatr. Tusk będzie miał swoją mołojecką sławę pogromcy politycznej klasy. Kaczyński, Napieralski i Pawlak - swoje billboardy. Polacy trochę mniej pieniędzy z budżetu i mimo wszystko odrobinę więcej wolności wyboru. Niestety między kilkoma partyjnymi bossami.