Piotr Farfał*: Jestem krytykowany przez większość tytułów prasowych, począwszy od "Naszego Dziennika", a skończywszy na "Gazecie Wyborczej". Wszystkie te
ataki mają podtekst polityczny. Przez „Nasz Dziennik" czy „Rzeczpospolitą" jestem atakowany za pozbawienie PiS władzy w TVP, dla „Gazety
Wyborczej" jestem wrogiem publicznym numer jeden za rzekomą przeszłość. Jeśli atakują mnie tak rozmaite tytuły prasowe, to znaczy, że jedni i drudzy traktowali i traktują TVP w
kategoriach stricte politycznych. Dla mnie najważniejsi są widzowie i oferta programowa, jaką największa telewizja w Polsce oferuje, a nie polityczne umizgi wobec którejś ze stron. TVP ma być
pluralistyczna i otwarta na różne środowiska. Ograniczenia wynikające z ideologicznych uprzedzeń w ogóle mnie nie interesują. To problem dziennikarzy i środowiska politycznego skupionego
wokół „Gazety Wyborczej", a nie TVP. Poza tym ten list ma swoje podłoże w zmianach personalnych, jakie dokonały się w Telewizji Polskiej. Pamiętam sytuację sprzed pół
roku, gdy inicjator tego listu, pan Krzysztof Krauze, podczas jednej z wizyt w TVP spotkany przeze mnie przypadkowo na korytarzu naszej starej siedziby...
Nie. Czekał na spotkanie z prezesem Urbańskim, zostałem przedstawiony przez jedną z osób, która mu towarzyszyła, po czym pan Krauze, kiedy dowiedział się, że jestem członkiem zarządu, o
mało nie rzucił mi się w ramiona. Więc kiedy pyta pan o powody tego listu, to pewnie najistotniejszym jest koniunkturalizm. Powiedzmy sobie szczerze, były w telewizji osoby zatrudnione na bardzo
wysokich stanowiskach, które bardziej lub mniej sprzyjały pewnej wyselekcjonowanej grupie producentów, reżyserów etc. I bardzo często odbywało się to tak, że jedni odwiedzali gabinety
drugich z projektami programowymi w ręku, a ci drudzy nawet bez ich czytania zatwierdzali je do produkcji. Teraz to się skończyło. Szanuje całe środowisko twórcze, to wspaniali ludzie, ale
spoufalać się z nikim z osobna nie będę. Tego typu kontakty zawsze mogą być źle odbierane, wywoływać konflikt interesów.
Ja nie mówię o nich, mówię o inicjatorze listu oraz o szeroko rozumianym środowisku „Gazety Wyborczej". Nie znam innych przyczyn, dla których ten festiwal nienawiści wobec
mnie z każdym dniem przybiera na sile. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że są osoby, które mają tu bardzo istotne interesy, które nie chcą zmian i przejrzystości w systemie produkcji
telewizyjnej. Łatwiej w ten sposób faworyzować jednych kosztem drugich. Wokół TVP jest wiele środowisk twórczych. Nie zgadzam się na sytuację, w której tylko ten, kto jest
„znajomym królika" może robić dla TVP program. Mówię tu o czymś, co występuje we wszystkich stacjach telewizyjnych, ale nie powinno mieć miejsca w telewizji publicznej.
Po pierwsze nigdy nie byłem członkiem partii, którą pan wymienia. Po drugie swoje poglądy polityczne jak każdy Polak mam prawo wyrażać co cztery lata przy urnie wyborczej, i robię to. Tylko
tyle i aż tyle. Co do poprzedniej koalicji rządowej, to mogę się wypowiadać na ten temat jako obywatel naszego kraju, a nie prezes TVP. Cała Polska wie, jak wyglądała tamta koalicja. Cieszę
się, że mamy za sobą okres permanentnych oszustw, zbierania haków, prób ograniczania debaty publicznej. Spuścizna, jaką pozostawił po sobie Jarosław Kaczyński, mi nie imponuje.
I to jedyne rzeczy, jakie po tej koalicji oceniam pozytywnie. Nie chciałbym któregoś dnia obudzić się w państwie, w którym Jarosław Kaczyński obwołuje się następnym Piłsudskim, a jedno z
więzień staje się Berezą Kartuską. Szczerze mówiąc, odetchnąłem z ulgą, gdy ten rząd upadł i doszło do przedterminowych wyborów. Jeśliby się przyjrzeć tamtej koalicji, to była to
koalicja dużej partii, która swoich partnerów od początku chciała traktować jak element własnej gry, a później poszukać fikcyjnego pretekstu do wyborów, zsumować elektorat i rządzić
samemu. Dlatego z upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego jestem zadowolony. Ludzie, dla których władza była wartością samą w sobie, na pewno nie wzbudzają mojego zachwytu. Proszę wybaczyć,
ale nie chcę, aby moja dzisiejsza rola sprowadzała się do oceny politycznej poprzedniej koalicji. Mogę ją oceniać w kontekście mediów publicznych i TVP z tamtych czasów.
Bo to jest słowo pałka. „Gazeta Wyborcza" od lat stosuje tą samą taktykę. Kto naraził się jej interesom, ten faszysta, oszołom, ksenofob itd. Poza tym ja jednak widzę
zbieżność interesów Agory i poszczególnych producentów, którzy za czasów mojej prezesury odeszli z niczym.
To po co Rywin przyszedł do Michnika? Po co proponował mu kupno jednego z kanałów Telewizji Polskiej? Po co kilka lat później podjęto nieskuteczną próbę zakupu przez Agorę Superstacji? Dla
mnie odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Najpierw trzeba wytoczyć medialne działa przeciwko TVP, pokazać, jak bardzo jest nieprzydatna i niewydolna, a potem przejąć którąś z jej anten po
atrakcyjnej cenie. A że przy okazji można wykorzystać do tego osobę czy środowiska, które w ostatnim czasie straciły stanowisko czy monopol na produkcję w TVP, to tylko kolejny argument do
tej układanki.
To niech pan zapyta te osoby, czy znają Sławomira Jóźwika, byłego już dyrektora Agencji Filmowej.
Pan mnie wpisuje w pewien scenariusz, pod którym ja się nie podpisuję i którego nie realizowałem. Przywracam telewizję publiczną ludziom, a nie grupom koterii.
Powiem to, co powiedziałem na początku, kiedy obejmowałem tę funkcję, także w wywiadzie dla "Dziennika" - żeby oceniać mnie i telewizję po dorobku programowym. Staram się
- i chyba mi to wychodzi - żeby ta telewizja była bardziej pluralistyczna, bardziej otwarta na różne poglądy polityczne i społeczne. A drugi powód ataków personalnych na mnie jest taki, że
za mną nie stoi żadne środowisko polityczne.
Jeśli nawet przyjmiemy założenie, że przed paroma laty zostałem nominowany dzięki poparciu pewnego środowiska, to mogę brać pełną odpowiedzialność za to, co się dzieje w TVP przez
ostatnie cztery miesiące.
Dobrze. Ale dzisiaj może pan porównać współodpowiedzialność do pełnej odpowiedzialności. W poprzednim układzie zarządu byłem marginalizowany i pewne rzeczy, pod którymi się nie
podpisywałem, i tak wchodziły w życie, bo byłem przegłosowywany.
Chociażby sprawa "Misji specjalnej". W zeszłym roku kończył się kontrakt i trzeba go było przedłużyć. Wtedy powiedziałem "nie".
Uważam, że telewizja publiczna nie jest miejscem do robienia propagandy politycznej, i to w tak ordynarnym wydaniu. Poprzez szukanie haków na ludzi, które w dodatku nie mają żadnego
odzwierciedlenia w rzeczywistości. Niedawno był u mnie dyrektor biura prawnego, który powiedział, że przegraliśmy w pierwszej instancji sprawę dotyczącą materiału wyemitowanego w
"Misji specjalnej". Takie dziennikarstwo absolutnie mi nie odpowiada, a TVP powinna w tym względzie przestrzegać standardów dużo wyższych niż telewizje komercyjne.
.
Obecnie w TVP swoje programy mają Tomasz Lis, Bronisław Wildstein, Jan Pospieszalski czy Andrzej Kwiatkowski. Czy to właśnie nie jest przykład pluralizmu? Publicystyka może być zaangażowana,
ale musi być rzetelna. Musi być robiona przez osoby, które mają charyzmę nawet tak silną, by kształtować czyjeś poglądy, ale nie mogą tego robić w sposób nachalny. Te programy mieszczą
się w tej formule. Nie mam nic przeciwko temu, kiedy audycje robione są z pewnym przekonaniem autora co do określonych wartości, ale nie zgadzam się na programy z odgórnie postawioną tezą, w
których nie ma miejsca na dialog i równoprawną konfrontację dwóch stron. Tego typu rzeczy dyskredytują dziennikarza, a co za tym idzie również stację, która to emituje.
Z programem Bronisława Wildsteina jest inny problem; jest mało popularny. Nie wiem, czy przez prowadzącego, ale takie mam wrażenie, że przez jego zacietrzewienie. Poza tym Wildstein przez wielu
widzów jest odbierany nie tylko jako publicysta, ale również wyrazisty przedstawiciel pewnych idei. Uczciwie mówiąc, mamy z nim w TVP problem. I nie jest on podyktowany względami natury
metapolitycznej. Wildstein porusza ciekawe i istotne z punktu widzenia debaty publicznej tematy, ale sposób ich komunikacji z widzem powoduje, że po dwóch latach obecności w TVP1, w najlepszym
paśmie, jego program jest oglądany na poziomie miliona widzów. To niewiele, biorąc pod uwagę, że Jedynka ma udziały dobowe na poziomie ponad 20 proc.
Pytanie o ocenę Tomasza Lisa mojej osoby powinien pan skierować do niego. My ze sobą na ten temat w ogóle nie rozmawialiśmy.
Ale właśnie, wbrew temu, co pan sugeruje, reformuję telewizję publiczną. Ile mam czasu? Nie wiem i szczerze powiedziawszy, mało mnie to interesuje. To jest kwestia trzeciorzędna, a dla mnie
ważna tylko dlatego, że cały ten czas chcę poświęcić usprawnieniu funkcjonowania TVP, przeprowadzeniu zmian w strukturze, nieodwracalnych bez względu na to, kto będzie moim następcą. I to
się już dzieje. A wszystkim tym, którzy już przebierają nogami na wieści o moim rychłym odejściu, polecam dużo większą wstrzemięźliwość. Ustawa medialna przygotowywana obecnie przez
koalicję PO-PSL-SLD ma bardzo poważne wady prawne, które zostaną zauważone przez Trybunał Konstytucyjny i Komisję Europejską. Dodatkowo ta ustawa wywraca cały system medialny w Polsce na
niekorzyść nadawców publicznych. Szczerze powiedziawszy nie sądzę, aby kiedykolwiek weszła w życie.
Pan jest zaskakująco cyniczny. Ja wierzę w to, że Trybunał Konstytucyjny będzie stał na straży prawa, a Komisja Europejska będzie przestrzegać reguł, które sama ustanowiła.
Nie prowadzę żadnych gier w tej sprawie. W TVP są osoby i programy, które mogą być uznawane za prawicowe, lewicowe czy centrowe. I na tym m.in. polega działalność TVP pod moim kierownictwem.
Jeśli pojawia się w niej program prowadzony przez osoby kojarzone z lewicą czy prawicą, to chciałbym zapytać, czy to argument za otwartością TVP, czy jej cenzurą? Proszę nie wpisywać mnie
i TVP w konwencje, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To również przez was, dziennikarzy z konkurencyjnych mediów, stara się społeczeństwu wmówić, że jak Farfał poszerzył
pole debaty publicznej i dał możliwość wypowiadania się dziennikarzom i publicystom o innych niż on sam poglądach, to zapewne zrobił to z przyczyn koniunkturalnych.
Pan stosuje bardzo zręczną figurę retoryczną, że jak otwieram się na pewne ważne, reprezentatywne środowiska, wcześniej usunięte z debaty publicznej, to muszę się otworzyć na pogląd
każdej jednostki z osobna. Sprzeciw wobec traktatu lizbońskiego i sprzeciw wobec Unii Europejskiej to kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt procent tego społeczeństwa. Nie można tego
porównywać do marginalnych grup, które mają promilowe poparcie.
Declan Ganley doprowadził do odrzucenia przez Irlandię, a tym samym przez całą Unię Europejską traktatu lizbońskiego. To bardzo ważna rzecz, która w Polsce pozostała właściwie bez echa.
Przyjęcie lub odrzucenie tego traktatu rzutuje na sytuację Polski i Europy na wiele lat, a pan mnie pyta dlaczego w telewizji publicznej do głosu dopuszczani są ludzie, którzy w dużym stopniu o
tym zadecydowali? W związku z całą tą sytuacją coraz częściej zastanawiam się, czy dziennikarze w Polsce dobrze spełniają swoją rolę. Przecież prawo do informacji jest fundamentem
każdej demokracji, a wasz zawód polega na tym, żeby pokazywać rzeczywistość, a nie ją przemilczać.
TVN24 notorycznie zaprasza do swoich programów polityków, którzy dziś funkcjonują poza głównym nurtem życia politycznego? Czy dziennikarze konkurencyjnych mediów wytknęli im to kiedyś?
Natomiast jak w TVP pojawi się polityk, który wprawdzie nie zasiada w parlamencie, ale ma istotną rzecz do przekazania społeczeństwu, to odzywają się głosy o promowanie konkretnej partii.
Proszę znać umiar. Cała ta misterna konstrukcja o promocji kogokolwiek, tylko dlatego że został pokazany w TVP, jest niesprawiedliwa i krzywdząca. TVP codziennie relacjonuje kilkanaście
konferencji prasowych partii zasiadających w parlamencie. Politycy tych partii nieustannie występują w naszych serwisach newsowych i programach publicystycznych, a pan pyta o jedno wystąpienie
człowieka, który powstrzymał traktat lizboński?
Nie odpowiada mi słowo "liberalizm", bo liberałem nie jestem. Dla mnie wystarczy słowo demokracja. Dodatek „liberalna" łączy się z pewnym przekazem
ideologicznym. Natomiast nie godzę się z definiowaniem demokracji, w której jedni dyktują, jak ta demokracja ma wyglądać, odbierając innym prawo do reprezentowania własnych poglądów.
Tak. To paradoks. Usiłuje mi się przykleić łatkę, a okazuje się, że robię coś dokładnie przeciwnego. W imię demokracji pewne środowiska starają się wmówić społeczeństwu, kto z
życia publicznego ma być wykluczony, a w imię wolności słowa, kto nie ma prawa przedstawiania własnych poglądów. Żyjemy w czasach medialnego terroru m.in. „Gazety
Wyborczej", która piórem swoich redaktorów chce obwieścić społeczeństwu, kto ma koncesję na prowadzenie debaty publicznej w naszym kraju. Toż to Orwell idealny.
Oczywiście. Tak jak robię to teraz. Paradoks polega na tym, że środowiska gejów czy feministek są najczęściej zapraszane do programów prawicowych publicystów, takich jak „Warto
rozmawiać".
To pana hipoteza. Ja nie wiem, czy Piotr Kraśko się mnie boi i szczerze mówiąc mało mnie to interesuje. Wolę, żeby mnie ludzie szanowali niż się mnie bali.
_________________________
*Piotr Farfał pełni obowiązki prezesa TVP