Przed paru miesiącami, w entuzjastycznym wrzasku lewicy, że nadchodzi oto jej nowy mesjasz, i w przerażonym wrzasku prawicy, że nadchodzi nowy Herod, Chavez czy Castro, . Obama to nie mesjasz lewicy, ale mesjasz postpolityki. Znający się na mediach, PR i personalnych rozgrywkach lepiej niż na Marksie.
. Kryzys już nie tylko finansowy czy gospodarczy, ale już społeczny. Mordujący amerykańską klasę średnią, pauperyzujący amerykański proletariat, rozwarstwiający amerykański naród poza granice bezpieczeństwa. . Właśnie dlatego wielkie uderzenie białych suprematystów, chrześcijańskich fundamentalistów, całej jaskiniowej prawicy, trafia w pustkę. Nie zabija Obamy, rani tylko Partię Republikańską, i to bardzo ciężko. Jej skrzydło umiarkowane albo dla Obamy pracuje, albo wie, że trzeba z nim współpracować. Jej skrzydło radykalne wymachuje zjedzonym przez mole sztandarem Konfederacji i słucha Rusha Limbaughta. To najlepsza droga, nie tylko do tego, żeby Obamę dodatkowo w oczach Amerykanów wypromować, ale także do zniszczenia jakiejkolwiek skutecznej dla niego alternatywy z prawej strony.
Ale . Na horyzoncie nie ma żadnego nowego Ala Gore’a, nie mówiąc już o nowym Noamie Chomskim. A stary Chomsky, sumienie i retoryczna pięść amerykańskiej lewicy, to dzisiaj człowiek zepchnięty do głębszego podziemia, rozczarowany Obamą i ujadający na niego bardziej niż Tomasz Terlikowski. Także ambitna Hillary Clinton nie może zbudować żadnej konkurencyjnej wobec Obamy charyzmy, bo w jego administracji na jego autorytet sama ciężko pracuje. Wszystkich liczących się ludzi i frakcje Partii Demokratycznej Obama skutecznie zaprzągł do swego rydwanu, zrobił z nich zwarte kierownictwo partii i państwa, które w pocie czoła haruje po to, żeby największy w historii kapitalizmu kryzys przetrwały zarówno Stany Zjednoczone, w miarę możliwości bez tracenia mocarstwowej pozycji, jak też Partia Demokratyczna. I to najlepiej u władzy.