Sto dni temu o wiele bardziej niż dziś obawiałem się światowego przywództwa Baracka Obamy. W podwójnej mierze. .
Ale nie wierzyłem także, że zapowiadane szaleństwo astronomicznych wydatków i interwencji rządu w amerykańską gospodarkę zacznie przynosić w krótkim czasie jakieś efekty. .
W polityce światowej Obama nie ma na razie wartych odnotowania sukcesów. Europa (może poza Anglią i Polską) nie dała się prawdziwie zmobilizować do wojny afgańskiej, którą Obama chce wyeskalować i rozstrzygnąć siłą, podobnie jak Lyndon Johnson uczynił niegdyś po objęciu prezydentury z Wietnamem. Tzw. umowy pokojowe władz pakistańskich z talibami niezauważalnie oddają ów kraj w ręce śmiertelnych wrogów Ameryki, razem z jego siłami nuklearnymi. Dwie kluczowe, zlecone przez Obamę misje dyplomatyczne – Mitchella w Palestynie i Holbrooke’a w Teheranie – nie rokują niemal żadnych nadziei. Irak może być politycznie dla Zachodu stracony, jeśli Obama nie znajdzie jakieś formy – mimo wszystko – stałej obecności tam wojsk USA, także po sierpniu 2010.
Dokładnie tak jak należało oczekiwać, . Póki co, wszędzie pozostawia drzwi otwarte, tak właśnie jak w interesującej nas sprawie tarczy antyrakietowej. Również wobec Rosji, której nadzieje na jakiś przełomowy „Grand Bargain” z Ameryką, żywe na Kremlu jeszcze w lutym, teraz już wyraźnie osłabły. Obama-optymista nie narobił (póki co!) istotnych szkód na świecie.
Zaś Obama-socjalista bez dwóch zdań ma wewnątrzamerykański sukces. . Właściciele domów, banki, koncerny samochodowe, internet, emisja dwutlenku węgla, opieka zdrowotna, energetyka i superszybkie koleje... Nawet ekonomiczne czasopisma pogubiły się w owych astronomicznych i zmiennych liczbach, określających skalę pomocy dla różnych sektorów gospodarki.
Amerykański deficyt przekroczył już poziom 12 proc. PKB, a obamowskie bailouty płyną dalej. Rozsądek podpowiada, że rację mieć powinien czeski premier, nazywający tę politykę „drogą do piekła”. Tyle że .
Być może Obama wepchnie Amerykę w drugą, inflacyjną fazę kryzysu. Ale póki co – ekonomiści (łącznie z Alanem Greenspanem) są zachwyceni. Poza najtwardszymi republikanami nikt niemal nie wieszczy przyszłych niebezpieczeństw. Amerykanie mają psychologiczną satysfakcję, że wybrany przez nich prezydent nie na niby walczy z kryzysem.
. Wielka, to znaczy taka, która w złym dzisiaj dla Ameryki świecie mimo wszystko mężnie obroni jej polityczne przywództwo, nie pozbawiając zarazem zwykłych ludzi nadziei, że jest w mocy polityków ów świat uczynić trochę lepszym. Najsilniejszym bowiem punktem Obamy jest ciągle to, że potrafi budzić tę nadzieję.