Czołgowe gąsiennice znowu zachrzęściły na ulicach Tbilisi. Są kraje, które mają dar konsekwentnego kompromitowania się przed resztą świata. Gruzja stała się ich niechlubnym liderem.
Przywykliśmy w Polsce do bronienia go przed agresywną polityką Rosji. Mało tego, skompromitowała amerykańskie zaangażowanie w budowę gruzińskich sił zbrojnych i służb specjalnych. Słowem, im dłużej rządzi Saakaszwili, tym mniejsze szanse na zbliżenie Gruzji do Zachodu.
. Dostarcza garściami argumenty przeciwko traktowaniu jego kraju jako poważnego kandydata do struktur euroatlantyckich. Ze skutkiem. Na ostatnim szczycie NATO w Strasburgu, wspomniano jedynie, że drzwi do Paktu nie są dla nikogo zamknięte, ale wszyscy kandydaci muszą spełniać kryteria Sojuszu. Nic więcej, żadnych konkretów. Rosja powinna poczuć się zadowolona.
Zbawca Gruzji nagle okazał się postsowieckim satrapą tłukącym opozycję pałkami i nasyłającym na nią żołnierzy. Mit reformatora i demokraty prysł. Jeszcze gorsza była decyzja o zbrojnym przywróceniu integralności terytorialnej w Osetii Południowej. Atak sprowokował Rosję do interwencji, armia gruzińska została rozbita, infrastruktura kraju zniszczona. Prezydent poniósł klęskę. Potem zasłynął wywiezieniem Lecha Kaczyńskiego pod pozycje osetyjskie - wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa - gdzie doszło do użycia broni.
Obrońcą kraju. Tymczasem w Gruzji jest dość ludzi, którzy chcieliby jego odejścia. Nie agentów, ale patriotów widzących, że pcha kraj w przepaść. Są wśród nich także wojskowi. Sztab generalny sprzeciwiał się inwazji Osetii, wykonał jednak zgubny rozkaz. Teraz część oficerów powiedziała Saakaszwilemu - dość.