Nie sposób zgodzić się z komentarzem Andrzeja Talagi "Kto nam został na Wschodzie? ("Dziennik", 6 maja 2009 r.) niebywale tendencyjnie ujmującym sytuację w Gruzji. Autorowi obce jest chyba polskie powiedzenie "przyjaciół poznaje się w biedzie". Dziś dumna Gruzja jest w biedzie i czuje oddech Rosji na plecach, obojętnie czy pucz w Muchrowani był autentyczny czy nie.

Reklama

Naczelną zasadą polskiej polityki zagranicznej ma być strategiczna współpraca z Gruzją, Ukrainą i państwami Południowego Kaukazu (unikajmy rosyjskiej terminologii i nie mówmy: Zakaukazie!) - choć oczywiście nie tylko z nimi - bez względu na to, kto w tych krajach rządzi. Wystawianie cenzurek, pisanie o "gruzińskiej awanturze" czy o "groteskowym puczu" jest w gruncie rzeczy niebezpieczną zachętą do ustawiania przez Polaków gruzińskich klocków politycznych. Obojętnie czy Gruzją będzie rządzić Saakaszwili czy obecna opozycja, obojętnie czy karty na Ukrainie rozdawać będzie Juszczenko, Tymoszenko, Janukowycz, a nawet Rinat Achmetow - państwo polskie musi mieć ścisłe relacje z każdą władzą w Tbilisi i Kijowie.

Nie po raz pierwszy red. Andrzej Talaga bawi się w warszawskiego Katona i dokonuje moralno-politycznej egzekucji gruzińskich elit: "Gruzini robią dziś wszystko by skompromitować polskie ambicje". Tak, ja znam ten język. O "gruzińskiej kompromitacji" i "gruzińskich awanturach" systematycznie pisze rosyjska prasa, darowując sobie jedynie "polskie ambicje". Wicenaczelny "Dziennika" śpiewa w dziwnym chórze. Ma prawo, ale też musi wiedzieć, że dyrygent tego egzotycznego chórku urzęduje na Kremlu.

Oczywiście Gruzja nie jest i pewnie długo nie będzie metrem z Sèvres demokracji. Styl uprawiania polityki przez Micheila Saakaszwilego w Wielkiej Brytanii czy Holandii (skąd pochodzi jego żona) zapewne by nie przeszedł. Ale to jest Kaukaz. Z warszawskiego salonu czy redakcji łatwo jest ferować kategoryczne sądy. Ale polityka międzynarodowa Polski i znajdowanie realnych sojuszników to jednak coś zupełnie innego niż wybieranie w restauracyjnym menu czy poszukiwanie idealnych modeli matematycznych. Frustracja zaś nie jest dobrym doradcą. Trzeba być bardzo naiwnym, aby nie wiedzieć, że Rosja tak łatwo nie pogodzi się z oddaniem wpływów geopolitycznych na terenie dawnego ZSRR. Jeśli nawet karta "rosyjskiego straszaka" jest czasem przesadnie rozgrywana przez niektórych polityków ukraińskich czy gruzińskich, nie zmienia to faktu, że Moskwa dalej uparcie walczy o zachowanie czy powrót swojej strefy wpływów. Na tych obszarach Rosja nie jest kolosem na glinianych nogach.

Andrzej Talaga twierdzi: "Czas poszukać sobie bardziej odpowiedzialnych polityków na Wschodzie (…), polityków twardo stąpających po ziemi. (…)". Rzecz w tym, że polityka zagraniczna to nie "koncert życzeń" ani przygotowanie tekstu na redakcyjnym komputerze. Trzeba ją robić z tymi, którzy istnieją realnie i mają realne instrumenty władzy - nawet jeśli nie są świętymi Franciszkami z Asyżu (zresztą w polskiej polityce też ich nie ma). I pamiętajmy, że jest jeden kraj, który też (!) chce zmiany ludzi rządzących pastwami Południowego Kaukazu (poza Armenią). Tym krajem jest Rosja.

Na koniec, po słowach krytyki, jedna rzecz godna uznania w tekście redaktora Talagi. Nie zajmuje się w ogóle życiem osobistym prezydenta Gruzji tak, jak uczyniła to w tekście opublikowanym na łamach "Dziennika" Anna Applebaum - co szereg komentatorów na Wschodzie wręcz uznało za sygnał, że… polski MSZ dystansuje się od władz Gruzji. Cóż, tu jest wyraźny postęp…