Kilka pustych krzeseł, dwóch potwornie zdenerwowanych panów, którzy nie zadawali premierowi trudnych pytań, a chwilami wręcz się z nim zgadzali. Słowem: dwóch słuchaczy i jeden prowadzący. Nie sądzę, że było to dobre dla premiera. Bo z założenia, jak rozumiem, debata miała być merytoryczną dyskusją o problemach Stoczni Gdańskiej. W zamian wyszła pogadanka w wąskim gronie.
Scenariusz miał być zupełnie inny. Dwa największe związki, główni oponenci, zamiast palić opony mieli przedstawić Polakom swoje argumenty.
Cała para przygotowań szła w przeszkolenie premiera do debaty ze związkami, które oskarżają go, że nic nie robi w sprawie stoczni. Gdy główne związki się wycofały, nie było już pomysłu, jak wypełnić po nich przestrzeń w debacie. Zamiast tego mieliśmy okazję widzieć pokrzykującego watażkę związkowego pod namiotem. I takich właśnie obrazków Polacy mają już serdecznie dosyć.
. Dziwi mnie, że nie chcieli skorzystać z okazji dyskusji z premierem. Tym bardziej, że przystępowali do debaty z całkiem solidnej pozycji. Mogli wysłać opanowanych ludzi, którzy zapytaliby premiera, co się stanie z kilkoma tysiącami ludzi i ich rodzinami, jeżeli stracą pracę.
Byś może więc związkowcy rzeczywiście nie chcą rozmawiać. Byłby to fatalny scenariusz. Najpierw widzieliśmy Guzikiewicza, który raczej nieudolnie próbował wytłumaczyć, dlaczego nie usiądzie do rozmowy z premierem. Potem objawił się w roli prowodyra wrzeszczącego pod bramą stoczni.
Związkowcy dobrze się czują walcząc. Kiedy jednak trzeba dyskutować i ścierać się na mocne argumenty, najwyraźniej zaczynają się bać. Jeżeli dojdą do wniosku, że nie, może powinni zrobić referendum w sprawie liderów?
Nie przeceniałbym jednak znaczenia debaty dla losów Stoczni Gdańskie, która działa w końcu w oparciu o przepisy prawa. I na razie rozmowy toczą się w sposób kuriozalny, bo bez udziału właściciela.
Rozumiałem związkowców, kiedy przyjechali do Warszawy na kongres europejskich ludowców. Było to dobre miejsce, żeby wykrzyczeć swoje pretensje pod adresem czołówki europejskich polityków. Natomiast, gdyby ten protest miał zostać powtórzony w tym samym stylu 4. czerwca, wówczas związkowcy przegraliby wszystko. To nie jest dzień na wojowanie i protesty.