Na tyle, na ile się prześlizgnąłem wzrokiem po takich komentarzach, zdążyłem się zorientować, że potrafią być one bardzo bolesne i przykre, bo nikt z nas nie lubi
czytać o sobie rzeczy krytycznych lub przykrych. Szczególnie wtedy, gdy jest się obiektem nienawistnego i jadowitego ataku. Mówię o tym jednak lekko, bo nie czytam takich komentarzy i jak
powtarzam – jedynie się po nich prześlizgnąłem.
Ta sytuacja, o której wspomniałem, miała miejsce w czasie, gdy byłem chory, gdy się leczyłem i poinformowałem o tym widzów. To wtedy właśnie przeczytałem w internecie takie komentarze, po
których zacząłem się zastanawiać nad różnymi ciemnymi zakamarkami ludzkiego umysłu. Bo chyba tylko kompletnie chory umysł mógł dojść do wniosku, że ktoś kartuje własną chorobę po
to, by zdobyć popularność widzów. Człowiek, który wypisywał takie rzeczy, powinien jak najszybciej spotkać się z psychologiem. Nie grzebię jednak w sieci, by dowiedzieć się, co internauci
sądzą o tym, co Durczok powiedział. W opiniach internautów nie szukam potwierdzenia, czy mówię lub robię coś dobrze lub źle. Najważniejsze jest to, bym był w porządku wobec samego.
Nie wiem, skąd się ono bierze, ale pewne jest, że jest to dobry materiał na pracę doktorską z psychologii. Wiem na pewno, że zwłaszcza w komentarzach do rozmaitych informacji, które czytam i
które mnie nie dotyczą, a odnoszą się do rozmaitych zjawisk i wydarzeń, gdzieś 95 proc. opinii stanowi jedynie niezrozumiała wściekłość i jad. Z czego to wynika? Nie wiem. Na pewno taka
śmiałość i odwaga wynika z poczucia anonimowości. Z tego, że kiedy nie ujawniamy swojego imienia, nazwiska i wizerunku, to możemy powiedzieć wszystko.
Oczywiście, że tak jest. Potrafimy dokopać jak mało kto, jeśli nam internet gwarantuje anonimowość. Jeśli mielibyśmy to zrobić pod swoim imieniem i nazwiskiem, to z tych wspominanych 95
proc. kolejne 95 proc. odpadnie, ponieważ nie będzie miało odwagi wygłosić takiej opinii. I to jest coś, co mi się nie podoba, czego nie akceptuję i nigdy nie będę akceptował. Jestem
zdania, że wszystko co w życiu robimy, to robimy na własny rachunek, a ten nie jest anonimowy.
Wydaje mi się, że jest to prawie niemożliwe. Są oczywiście tacy, którzy piszą coś w internecie, firmując to własnym nazwiskiem. Chylę czoło przed wszystkimi, którzy robią to ciekawie,
fajnie, kulturalnie i celnie, nawet jeśli ich działalność jest anonimowa. Wtedy moje pretensje są o wiele mniejsze. To, co budzi mój sprzeciw i czuję, że mam obowiązek o tym mówić, to ta
cała masa, która wiedząc, że jest anonimowa, czuje w sobie siłę i odwagę. Właściciele stron internetowych i portali powinni większą wagę przyłożyć do tego, co się tam ukazuje.
Nie ma to nic wspólnego z cenzurą i tłamszeniem wolności wypowiedzi. Mamy właśnie dziś do czynienia z taką chorą sytuacją, w której jakikolwiek krytyczny głos na temat tego, co znajdujemy
w internecie, jest natychmiast odbierany jako cios w wolność słowa, orędownictwo cenzury i cholera wie, co jeszcze. Chodzi tylko o normalną odpowiedzialność, jaką ponosi redaktor w gazecie
czy stacji telewizyjnej za to, co się w niej ukazuje. Jeśli dziś pozwolimy na to, by debatę publiczną, szczególnie na portalach i formach internetowych, zdominowali anonimowi ludzie, to nigdy
nie nauczymy młodego pokolenia odpowiedzialności za własne słowa i czyny. Tylko wychowamy pokolenie jadowitych krytykantów, którzy schronieni za tarczą anonimowości będą opluwali wszystko i
wszystkich. A to nie jest normalna debata publiczna.
Redakcja DZIENNIKA zdecydowała się wyłączyć wątek forum poświęcony komentowaniu tego wywiadu. Nie chcemy, by na naszego rozmówcę posypał się kolejny grad obelg i inwektyw.