PAULINA NOWOSIELSKA: Jest pan ofiarą internetowych opluwaczy?
TOMASZ RACZEK: Nie, i nie dam nikomu tej satysfakcji. Obskurne anonimowe wpisy na mój temat na forach traktuję dokładnie w ten sam sposób, jak dawniej traktowałem anonimy, które przychodziły do mnie do redakcji „Polityki”. Zasada była taka, że niepodpisanych listów nigdy nie czytałem, ale od razu wyrzucałem do śmieci. Bez zbędnego sentymentu.

Reklama

>>> Dunin: Nie czytam już postów o swym braku orgazmu

Ile trzeba czasu, by przestać myśleć o tym, co się przeczytało?
Ja już od dawna staram się wyłączać emocje, gdy wchodzę do internetu. Gdyby było inaczej, pewnie bym zwariował. Ale miałem kilka lat, by przygotować najbliższych, że wchodząc do internetu, mogą przeczytać o mnie rzeczy, które choć prawdą nie są, pewnie mocno zabolą. Dla mnie najważniejsze jest to, by inwektyw wyrzuconych przez grupę frustratów nie dopuszczać do swojej wrażliwości, nie obciążać nimi własnego układu nerwowego.

>>> Durczok: Trolle drwiły z mojej choroby

Ktoś powie, że to pan sprowokował do takich wpisów, mówiąc publicznie o swoim homoseksualizmie.
Ja nie mam się czego wstydzić i wszystko, co robię w internecie, zawsze podpisuję swoim imieniem i nazwiskiem. A w społecznościowych serwisach, gdzie nie ma takiego zwyczaju, zamieszczam swoje zdjęcie. Zawsze jestem rozpoznawalny. Wszystko, co robię w życiu, robię od początku do końca jawnie. Dlatego nie mam zrozumienia dla ludzi, którzy nie podają swojej tożsamości, bo może im to czymś zaszkodzić. Mam zasadę, że nie słucham ludzi, którzy mówią głupoty. Na blogu, który prowadzę, wszelkie takie wpisy od razu usuwam, a ich twórców banuję. Mam takie narzędzie, żeby adres internetowy IP, z którego przychodzi taki wpis, na trwałe usuwać. Nie dyskutuję potem z tymi, którzy zarzucają mi manipulację. Ja po prostu nie życzę sobie chamstwa dookoła siebie. I mam do tego święte prawo.

Ktoś powie: mamy demokrację i wolno nam mówić to, co myślimy.
To już jakieś kuriozum, niebezpieczna manipulacja. Na korzystanie z pełnej wolności zasługują wyłącznie ci, którzy działają z podniesioną przyłbicą.

A pana rodzina, najbliżsi? Oni pewnie cierpią.
Już nie. Ja w swoim partnerze mam pełne oparcie. Nie boję się, że będzie przeze mnie cierpiał. Mamy układ taki: gdy na mój temat ukaże się wyjątkowo ordynarny wpis i dotrze on do niego, to rozmawiamy i szybko o sprawie zapominamy. Oduczyliśmy się reagować bardzo emocjonalnie. Nie chcemy dawać satysfakcji chorej osobie, która wyrzuciła z siebie wiadro pomyj. Ona tylko czeka na moją nerwową reakcję, a ja nie chcę dawać jej tej satysfakcji. Jako osobnik alfa po prostu decyduję, jak należy w rodzinie traktować takie sprawy. I już. Taki mamy styl postępowania w naszym domu.

>>> Akcja: STOP chamstwu w sieci - przyłącz się

Pana publiczne przyznanie się do homoseksualizmu wywołało pewnie falę agresywnych komentarzy?
Gdybym miał oceniać matematycznie, to jakieś 70 procent ludzi poparło mnie i gratulowało odwagi.

A reszta? Te 30 procent?
To były obszczymurskie wpisy. Najbardziej wymyślne inwektywy. Wezwania, bym się nawrócił, przejrzał na oczy, zaczął się leczyć. Niektórzy wspaniałomyślnie oferowali pomoc medyczną. To były przejawy klasycznego polskiego braku tolerancji. Naczytałem się, że nie mam prawa egzystować w społeczności ludzi zdrowych, normalnych. I jako homoseksualista nie mam prawa wstępu do ich świata.

Dotknęło to pana?
Tylko przez chwilę. Bo byłem na to przygotowany. Mnie jest żal tych ludzi, że mają takie elementarne braki w edukacji. Ale ja na pewno nie będę z nimi teraz tych braków nadrabiać. Nie będę kolejny raz rozpoczynał dyskusji, że homoseksualizm to fakt, a nie czyjaś psychiczna fanaberia. W tym wszystkim jest za to jeden konkretny problem.

Jaki?
Przyczyną tak fatalnej atmosfery na forach internetowych jest to, że to politycy manipulują internautami i pośrednio sterują ich wpisami. Większość tych najbardziej zajadłych wpisów jest inspirowana przez partie i organizacje społeczno-polityczne. To ich sposób wpływania na opinie publiczną i wymuszania istnienia takich tematów w dyspucie społecznej.

To dotyczy też pana?
Jestem o tym przekonany. W naszym kraju działają istne rzesze małych ludków przejętych partyjną ideą. Mają misję i starają się wyświadczyć przysługę swojemu przywódcy, zasłużyć na jego uwagę. Mali wyrobnicy, czynownicy, jak się w dawnym systemie o nich mówiło. To ludzie, którzy na swój mały, ograniczony sposób próbują dokopać się bliżej żłoba. Również o nich jest film, który dostał właśnie Złotą Palmę w Cannes. „Biała wstążka” Michaela Haneke.

Rzecz się dzieje przed I wojną światową, kiedy jeszcze nikt nie wiedział, co to internet. Gdzie tu związek?
To prawdziwa historia. Ludzie w małej niemieckiej miejscowości byli terroryzowani, zastraszani. Aż doszło do morderstwa. Szukano, kto jest inspiratorem tego mordu. Okazało się, że dzieci miejscowego pastora. Były wychowywane w konserwatywny sposób, ich świat pełen był kar i zakazów. Teorie głoszone przez ojca realizowały w całkowicie wypaczony sposób. To był ich sposób na odreagowanie. Dokładnie tak samo jest z internetem. Ludzie i emocje są ciągle tacy sami. To internet jest kolejnym narzędziem w rękach biednych ludzi.

Biednych? Pan im współczuje?
Ja wierzę, że prostackie zachowanie nie bierze się z niczego. Ludzie nie są z natury źli i zdemoralizowani. Moim zdaniem zawsze na początku jest jakaś ludzka krzywda. Internauci to ludzie dogłębnie nieszczęśliwi, zgorzkniali. Współczuję im, choć nie mam w sobie dość siły, by ich uzdrawiać. Nie mam też dość czasu, by powtarzać, co powinni zrobić, by czuli się lepiej, by byli szczęśliwi. Brakuje mi altruizmu. Dlatego wyrzucam efekty ich nieszczęścia do śmieci. Dla mnie to przerażeni ludzie, którzy potrzebują pomocy od silniejszych. Zanim dojdzie do tragedii.

Reklama

Redakcja DZIENNIKA zdecydowała się wyłączyć wątek forum służący komentowaniu tego wywiadu. Nie chcemy narażać naszego rozmówcy na kolejny grad obelg i inwektyw