TOMASZ RACZEK: Nie, i nie dam nikomu tej satysfakcji. Obskurne anonimowe wpisy na mój temat na forach traktuję dokładnie w ten sam sposób, jak dawniej traktowałem anonimy, które przychodziły
do mnie do redakcji „Polityki”. Zasada była taka, że niepodpisanych listów nigdy nie czytałem, ale od razu wyrzucałem do śmieci. Bez zbędnego sentymentu.
Ja już od dawna staram się wyłączać emocje, gdy wchodzę do internetu. Gdyby było inaczej, pewnie bym zwariował. Ale miałem kilka lat, by przygotować najbliższych, że wchodząc do
internetu, mogą przeczytać o mnie rzeczy, które choć prawdą nie są, pewnie mocno zabolą. Dla mnie najważniejsze jest to, by inwektyw wyrzuconych przez grupę frustratów nie dopuszczać do
swojej wrażliwości, nie obciążać nimi własnego układu nerwowego.
Ja nie mam się czego wstydzić i wszystko, co robię w internecie, zawsze podpisuję swoim imieniem i nazwiskiem. A w społecznościowych serwisach, gdzie nie ma takiego zwyczaju, zamieszczam swoje
zdjęcie. Zawsze jestem rozpoznawalny. Wszystko, co robię w życiu, robię od początku do końca jawnie. Dlatego nie mam zrozumienia dla ludzi, którzy nie podają swojej tożsamości, bo może im
to czymś zaszkodzić. Mam zasadę, że nie słucham ludzi, którzy mówią głupoty. Na blogu, który prowadzę, wszelkie takie wpisy od razu usuwam, a ich twórców banuję. Mam takie narzędzie,
żeby adres internetowy IP, z którego przychodzi taki wpis, na trwałe usuwać. Nie dyskutuję potem z tymi, którzy zarzucają mi manipulację. Ja po prostu nie życzę sobie chamstwa dookoła
siebie. I mam do tego święte prawo.
To już jakieś kuriozum, niebezpieczna manipulacja. Na korzystanie z pełnej wolności zasługują wyłącznie ci, którzy działają z podniesioną przyłbicą.
Już nie. Ja w swoim partnerze mam pełne oparcie. Nie boję się, że będzie przeze mnie cierpiał. Mamy układ taki: gdy na mój temat ukaże się wyjątkowo ordynarny wpis i dotrze on do niego,
to rozmawiamy i szybko o sprawie zapominamy. Oduczyliśmy się reagować bardzo emocjonalnie. Nie chcemy dawać satysfakcji chorej osobie, która wyrzuciła z siebie wiadro pomyj. Ona tylko czeka na
moją nerwową reakcję, a ja nie chcę dawać jej tej satysfakcji. Jako osobnik alfa po prostu decyduję, jak należy w rodzinie traktować takie sprawy. I już. Taki mamy styl postępowania w
naszym domu.
Gdybym miał oceniać matematycznie, to jakieś 70 procent ludzi poparło mnie i gratulowało odwagi.
To były obszczymurskie wpisy. Najbardziej wymyślne inwektywy. Wezwania, bym się nawrócił, przejrzał na oczy, zaczął się leczyć. Niektórzy wspaniałomyślnie oferowali pomoc medyczną. To
były przejawy klasycznego polskiego braku tolerancji. Naczytałem się, że nie mam prawa egzystować w społeczności ludzi zdrowych, normalnych. I jako homoseksualista nie mam prawa wstępu do ich
świata.
Tylko przez chwilę. Bo byłem na to przygotowany. Mnie jest żal tych ludzi, że mają takie elementarne braki w edukacji. Ale ja na pewno nie będę z nimi teraz tych braków nadrabiać. Nie będę
kolejny raz rozpoczynał dyskusji, że homoseksualizm to fakt, a nie czyjaś psychiczna fanaberia. W tym wszystkim jest za to jeden konkretny problem.
Przyczyną tak fatalnej atmosfery na forach internetowych jest to, że to politycy manipulują internautami i pośrednio sterują ich wpisami. Większość tych najbardziej zajadłych wpisów jest
inspirowana przez partie i organizacje społeczno-polityczne. To ich sposób wpływania na opinie publiczną i wymuszania istnienia takich tematów w dyspucie społecznej.
Jestem o tym przekonany. W naszym kraju działają istne rzesze małych ludków przejętych partyjną ideą. Mają misję i starają się wyświadczyć przysługę swojemu przywódcy, zasłużyć na
jego uwagę. Mali wyrobnicy, czynownicy, jak się w dawnym systemie o nich mówiło. To ludzie, którzy na swój mały, ograniczony sposób próbują dokopać się bliżej żłoba. Również o nich
jest film, który dostał właśnie Złotą Palmę w Cannes. „Biała wstążka” Michaela Haneke.
To prawdziwa historia. Ludzie w małej niemieckiej miejscowości byli terroryzowani, zastraszani. Aż doszło do morderstwa. Szukano, kto jest inspiratorem tego mordu. Okazało się, że dzieci
miejscowego pastora. Były wychowywane w konserwatywny sposób, ich świat pełen był kar i zakazów. Teorie głoszone przez ojca realizowały w całkowicie wypaczony sposób. To był ich sposób na
odreagowanie. Dokładnie tak samo jest z internetem. Ludzie i emocje są ciągle tacy sami. To internet jest kolejnym narzędziem w rękach biednych ludzi.
Ja wierzę, że prostackie zachowanie nie bierze się z niczego. Ludzie nie są z natury źli i zdemoralizowani. Moim zdaniem zawsze na początku jest jakaś ludzka krzywda. Internauci to ludzie
dogłębnie nieszczęśliwi, zgorzkniali. Współczuję im, choć nie mam w sobie dość siły, by ich uzdrawiać. Nie mam też dość czasu, by powtarzać, co powinni zrobić, by czuli się lepiej,
by byli szczęśliwi. Brakuje mi altruizmu. Dlatego wyrzucam efekty ich nieszczęścia do śmieci. Dla mnie to przerażeni ludzie, którzy potrzebują pomocy od silniejszych. Zanim dojdzie do
tragedii.
Redakcja DZIENNIKA zdecydowała się wyłączyć wątek forum służący komentowaniu tego wywiadu. Nie chcemy narażać naszego rozmówcy na kolejny grad obelg i inwektyw