Niestety, polska polityka coraz bardziej nieumiejętnie radzi sobie z wyzwaniem, jakie stanowi sąsiedztwo nowego niemieckiego mocarstwa. Aż trudno mi uwierzyć, że dla premiera Tuska apel niemieckiej chadecji o nierozszerzanie Unii, o międzynarodowe potępienie powojennych przesiedleń i „uznanie praw wypędzonych” oraz o „większą obecność” niemieckiej mowy w instytucjach europejskich jest aktem, który ledwie „budzi pewien niesmak” (!!!).

A dla marszałka Komorowskiego zasługuje na potraktowanie jako „niefortunne zdanie zapisane w dokumencie”, prawie jak jakiś błąd nieporadnego redaktora. Uczciwie mówiąc – mniej jestem zaskoczony retoryką przywódcy PiS o „Polsce traktowanej jak kubeł na śmieci” albo „zakwestionowaniu granic”. W bezsensownej retoryce Kaczyński daje znać przynajmniej jedną ważną rzecz: że widzi problem.

Gdy Tusk i Komorowski, bąkając o niesmaku i niefortunnej redakcji, manifestują wobec niemieckiej polityki daleko posuniętą bezradność, Kaczyński upatruje istoty kłopotu z rezolucją nie tam, gdzie naprawdę ona tkwi. Nigdy dotąd niemiecka chadecja nie sformułowała tez tak mocno zaprzeczających fundamentom europejskiej polityki Adenauera i Kohla. W czasach gdy niemal cały świat (a także niemieccy socjaliści) był skłonny uznać podział Europy, niemiecka prawica doktrynalnie mu się sprzeciwiała, stawiając za cel zjednoczenie Niemiec, zburzenie muru i europejską federację.

Potem konsekwentnie – wbrew niechęci francuskich gaullistów i obojętności brytyjskich torysów – Niemcy Kohla odegrały rolę tarana prącego ku rozszerzeniu Unii na wschód i na Bałkany. Polska była czołowym profitentem tej polityki. Niemiecka prawica chciała zarazem zakończyć wszelkie powojenne rozliczenia, traktując to racjonalnie jako warunek upragnionej politycznej integracji Europy. Tu zresztą była przyczyna nierozstrzygniętego sporu z Polską w czasach Mazowieckiego. W końcu – co mogło się wydawać nie najważniejsze – w przeciwieństwie do Francuzów chadeckie Niemcy bez kompleksów akceptowały nieuchronność faktu, że jednocząca się Europa będzie miała swoją lingua franca: umiędzynarodowiony język angielski. Rezolucja CDU – CSU wywraca to wszystko do góry nogami. Wbrew wytworzonej opinii nie jest ona bowiem wymierzona w Polskę, ale wali z całą mocą w Europę! Europę rozumianą jako wyzwanie integracyjne. Polscy politycy usłyszeli w niej jedynie alergiczne słówko „wypędzeni”, pies zaś z kulawą nogą nie zareagował na to, że odezwa w emocjonalnym tonie przeciwstawia się priorytetowi naszej polityki: rozszerzeniu Unii. Polityczny sens rezolucji zręcznie ujął Joschka Fisher na łamach „Sueddeutsche Zeitung”: „Niemcy nie postrzegają już Europy jako celu, lecz traktują ją jako środek forsowania narodowego interesu”. Tyle tylko że słowa te są spóźnionym larum kogoś, kto jako szef dyplomacji Gerharda Schroedera odpowiada za początek tej przemiany.

Najgorsza wiadomość dla Polski jest ta, że nadzieje, iż chadecja nie podąży schroederowskim tropem, okazują się coraz bardziej płonne. Tylko zdziecinnieniem i zaściankowością polskiej polityki można próbować wyjaśnić to, że Jarosław Kaczyński nie zauważa, iż niemiecka prawica stąpa jego własnym śladem. Właśnie na naszych oczach rezygnuje z brukselskiego i wstrętnego dla PiS „superpaństwa” i twardo opowiada się za Europą ojczyzn. A więc taką, która – czemuż by nie – w imię narodowych racji dopuszcza kontynuowanie powojennych rozliczeń, także w sprawie krzywd wyrządzonych przez przesiedlenia. Kaczyński tego nie chce widzieć i brnie w projekt Europy z każdego powodu ryzykowny dla Polski.

Zaś zapamiętali w polskich waśniach Tusk i Komorowski – byle tylko na przekór Kaczyńskiemu – będą po prostu udawać, że nic się nie dzieje. Mimo że to niedawno nawrócony euroentuzjasta Tusk, a wraz z nim gwiaździsta armia z parad Schumana winni dziś być najbardziej zaniepokojeni o to, co dalej będzie z Europą. Tym bardziej kiedy zgodnie z ich lizbońskim marzeniem już wkrótce nowe Niemcy po wielu trudach wywalczą sobie wreszcie w Unii dwukrotnie większą siłę decyzji niż dotąd.