Jedno, i drugie aż bije po oczach politycznym wysublimowaniem. O ile jednak Niemcy ograniczyli się do ogólnych sugestii, Kaczyński poszedł na całość. Dobrze, że nie domaga się wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Powód zawsze się znajdzie. Gospodarczo dominują wszak w niej Niemcy.

Dobrze się dzieje, gdy w polityce reakcje są proporcjonalne do akcji. I tak na ogół jest, chyba że nadciągają wybory. Także europejskie. Wtedy zasada złotego środka przestaje działać. Idą w ruch słowa, potoki słów, nic niewartych w prawdziwej polityce, przydatnych za to jako narzędzie kampanii.

Nie inaczej było z niemieckimi chadekami. Rzucili w eter bełkot o wypędzonych, ponieważ potrzebują ich głosów. Wiedzą jednak dobrze, że potępienie wysiedleń na forum międzynarodowym jest niemożliwe. Wręcz szkodliwe dla samych Niemiec. Negowałoby bowiem postanowienia konferencji poczdamskiej, ustanawiającej granice i ład w powojennej Europie. Nie bójmy się. Czegokolwiek żądałaby chadecja, nie ma szans na realizację swoich postulatów. My mamy potężnych sojuszników, a Niemcy są w tej sprawie samotni. Wysiedlenia to dzieło trzech mocarstw zachodnich: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji oraz Związku Sowieckiego (dziś jego prawną kontynuacją jest Rosja). Gdyby Berlin naprawdę chciał potępienia decyzji poczdamskich, musiałby zadrzeć z nimi wszystkimi. Chadecja rzuca butne słowa na wiatr.

Odezwa chadecji wymaga publicznego postawienia Niemców do pionu. To oni wywołali wojnę, której owocem były wysiedlenia. Poważne partie niemieckie powinny o nich milczeć. Ale zaraz występować z Europejskiej Partii Ludowej, tylko dlatego, że dominują w niej niemieccy chadecy? Składać oficjalny protest na podczas uroczystego spotkania głów państw? Proporcje to rzecz cenna w życiu. Można zapytać kanclerz Merkel, co właściwie myśli o pomyśle jej własnej partii, ale piętnowanie Niemców za ich wyskoki lepiej pozostawić publicystom. Politykom lepiej wychodzi zajmowanie się realną polityką.