Dziennik Gazeta Prawana logo

W Polsce Madoffa sądzono by 150 lat

1 lipca 2009, 12:08
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Jachowicz
Jachowicz/Inne
Tylko pół roku potrzebował amerykański sąd, by skazać Bernarda Madoffa, aferzystę stulecia oskarżonego o defraudację 65 mld dolarów, na 150 lat więzienia. W Polsce od 5 lat ciągnie się proces lobbysty Marka Dochnala. Jerzy Jachowicz zastanawia się, jak to możliwe, że w Polsce sądy działają aż tak opieszale.

Gdzie leży tajemnica tego, że sądy na Zachodzie działają sprawnie, szybko i – wszystko wskazuje na to – zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami? A nasze na odwrót – nieudolnie, ślamazarnie, a ich decyzje i wyroki budzą niesmak, rozgoryczenie bądź rozczarowanie.
Dotyczy to sądów wszystkich specjalności – karnych, cywilnych, gospodarczych, a także rodzinnych. Nic dziwnego, że polscy obywatele coraz częściej szukają pomocy w Strasburgu.
Trybunał strasburski zawalony polskimi skargami powiedział jednak wprost: – Mamy dość waszych spraw, radźcie sobie sami. A to wróży naszym obywatelom jak najgorzej.


. Sam proces zaś trwał nieco ponad trzy miesiące.
Uznany za jednego z największych polskich oszustów finansowych ostatnich czasów .Wszyscy za to pamiętamy proces austriackiego potwora stulecia – Josefa Fritzla, wielokrotnego gwałciciela swej własnej córki, młodszej od niego o 30 lat. I w tym przypadku wszystko przebiegało w ekspresowym tempie. Tylko rok czekał w areszcie Fritzl na pierwszą rozprawę przed sądem. Proces – co było rekordem szybkości – skończył się po pięciu dniach! To nie był proces widmo. Przesłuchano odpowiednich świadków i biegłych, obrońcy Fritzla i prokurator wygłosili swe mowy. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami.

Składa się na to wiele przyczyn. O krótkich aresztach możemy tylko śnić. Jak już prokuraturze uda się podejrzanego zapakować do celi, zaczyna spokojnie gromadzić dowody przestępstwa. Pamiętajmy, że decyzję o aresztowaniu podejmuje sąd, ale czyni to na wniosek prokuratury. A ta zwykle szermuje nieśmiertelnym uzasadnieniem, pod którym zwykle ugina się sąd: podejrzany, będąc na wolności, może mataczyć!Kiedy już w ten sposób prokuratura zabezpieczyła sobie tyły, wychodzi z założenia, że nie trzeba się spieszyć. Pęcznieją grube tomy kolejnych akt. Prokuraturze nie wystarcza to, że ma już dowody – dajmy na to – włamania do banku. Ponieważ podejrzany przyjechał na włamanie kradzionym rowerem, prokuratura kolejne miesiące traci na zebranie dowodów i w tej sprawie. Kiedy kasiarz ukradł jednośladowy pojazd? Jak otworzył kłódkę do komórki w piwnicy? Jaki jest stopień zniszczenia opon od momentu kradzieży? Wszystko to poparte arcybzdurnymi wyliczeniami.

Sędziowie trawią kolejne kilka miesięcy na zapoznanie się z tymi materiałami. Na Zachodzie w podobnym przypadku prokuratura po zebraniu wystarczających dowodów włamania do sejfu bankowego kieruje do sądu akt oskarżenia w tej tylko sprawie. A kiedy już kryminalista siedzi z wyrokiem za włamanie, spokojnie zbiera dowody mniejszych przestępstw przez niego popełnionych. I po jakimś czasie przestępca jest dowożony z więzienia na nowy proces.
U nas w związku z tym, że jeden proces obejmuje cały dorobek przestępczy oskarżonego, sprawy ciągną się latami.


Jedną z największych wad polskich sądów jest zjawisko, które można określić jako mnożenie zbędnych bytów. Świadkowie, którzy byli już co najmniej dwukrotnie przesłuchiwani na policji i w prokuraturze, nie wiadomo po co stają po raz kolejny za barierką dla świadków w czasie rozpraw. Ich zeznania są udokumentowane i wystarczyłoby je w istotnych fragmentach odczytać z akt. Tymczasem ma miejsce powielanie pracy poprzedników i to często w sytuacji, kiedy zeznania te niewiele wnoszą do meritum sprawy. Nie dość, że zabiera to sądowi ogromną ilość czasu i rozciąga czas procesu, to w dodatku naraża świadków również na stratę czasu, pomnaża straty Skarbu Państwa, choćby o zwrot kosztów za ich dojazd. Tak się dzieje zarówno w sprawach cywilnych, jak i karnych. Często do wydłużania procesów przyczyniają się obrońcy oskarżonych bądź pełnomocnicy stron sporu, którzy zgłaszają dodatkowych świadków bez wystarczającego uzasadnienia. A sąd nazbyt posłusznie i gorliwie te wnioski przyjmuje.

Gdy spojrzy się na zaplanowaną wokandę, często z góry wiadomo, że jest ona nieudolnie rozpisana. Najprostszy przykład. W jakiejś rozprawie sędzia musi przesłuchać czterech świadków. Następną rozprawę zaplanował za pół godziny, choć doskonale wiadomo, że choćby stawał na głowie nie jest w stanie w ciągu pół godziny przesłuchać więcej jak jednego. A więc już na etapie planowania sędzia wykazuje albo niesolidność, albo świadome wydłużanie procesu.

Jeden z adwokatów opowiedział mi historię, która jest nie do wyobrażenia w jakimkolwiek sądzie na zachodzie Europy. Na rozprawę karną do Warszawy przyjechała dwójka świadków z Gdańska. Mimo że proces rozpoczął się rano, przesłuchania innych świadków przedłużyły się do godziny 16. Kilka minut po 16 protokolantka wykonała gest, który robią trenerzy koszykówki w czasie zawodów, prosząc sędziów o czas. Prowadząca sprawę sędzia zakomunikowała, że czas dzisiejszej rozprawy minął i musi ją odroczyć, bo – i tu nastąpiło uzasadnienie – protokolantce nie płaci się za pracę w nadgodzinach.

Ponieważ do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości co roku pomnażane są skargi na przewlekłość procesów sądowych w Polsce, trybunał postanowił, że ma już dość zajmowania się skargami polskich obywateli na bezczynności wymiaru sprawiedliwości i chce, aby Polska sama prowadziła te sprawy. Taką dyspozycję trybunał strasburski wydał już kilka lat temu. Zmusiło to nasze Ministerstwo Sprawiedliwości do stworzenia ustawy, która ma być narzędziem do nadzoru i oceny polskich sądów. Trybunał podejmując taką decyzję, najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, do jak niekorzystnej doprowadził sytuacji. Dlaczego? Gdyż to polskie sądy będą rozpatrywały skargę na polskie sądy niższych instancji. A doświadczenia tu mamy przerażające.

Znają je ci wszyscy, którzy do tej pory składali skargi na pracę prokuratury. Skargę przekazywali do Ministerstwa Sprawiedliwości, mając nadzieję, że tam ktoś zajmie się rzetelnie ich sprawą. Ale skarga odbywała drogę powrotną w dół, aż trafiała na na biurko prokuratora, którego obciążała, albo do rąk kolegi siedzącego obok.
Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Trybunał w Strasburgu, uznając skargę za uzasadnioną, przyznawał odszkodowania, które w znacznej części wynagradzały straty poniesione w wyniku nieudolnej pracy sądów. Były to kwoty najczęściej w wysokości od 30 do 50 tysięcy euro. Polskie sądy natomiast przyznają śmieszne czy wręcz upokarzające odszkodowania. Weźmy przykład słynnej sprawy Romana Kluski. Po niesłusznym aresztowaniu go państwo – a ściślej prokuratura i sąd – doprowadziły do ruiny jego firmę wartą 400 mln zł. Polski sąd przyznał mu za to odszkodowanie w kompromitującej wysokości 5 tys. zł.


Gdy na co dzień myślimy o skutkach opieszałości polskich sądów, myślimy o przestępcach, którzy siedzą latami w areszcie, zanim dochodzi do procesu, o stratach ekonomicznych firm, które nie mogą się doczekać końca sprawy w sądach gospodarczych. Nie zdajemy sobie sprawy, że również w innych dziedzinach paraliż polskich sądów jest i dolegliwy, i bolesny. Z roku na rok w Polsce wydłuża się czas oczekiwania na adopcję. W 2007 roku na przysposobienie dziecka do adopcji czekało się niecałe pół roku. W 2008 r. już blisko 3/4 roku. Wiadomo, z jakim utęsknieniem dzieci w domach dziecka i rodzinach zastępczych oczekują na przeniesienie się do przybranych rodziców.


Z kolei polscy przedsiębiorcy borykający się ze swoimi kłopotami w sądach gospodarczych narzekają, że sędziowie nie mają ani ogólnej wiedzy ekonomicznej, ani o finansach. Często uniemożliwia to prawidłowe przesłuchanie biegłych, świadków i ostatecznie wydanie sprawiedliwego wyroku.
Również sądy gospodarcze dotknięte są plagą przewlekania rozpraw. Nie trzeba nikogo przekonywać, że dla każdego przedsiębiorcy najistotniejsze jest jak najszybsze rozstrzygnięcie sporu. Zdarza się jednak, że wyroki zapadają wtedy, gdy wygrany w procesie przedsiębiorca nie prowadzi działalności od kilku miesięcy, bo już zbankrutował. Rozprawa zostaje odroczona po raz kolejny na kilka miesięcy. A na następnej nie stawiają się inni świadkowie. Strona, dla której taki obrót sprawy jest korzystny, gra w ten sposób swoimi świadkami niemal w nieskończoność.
Podobny proceder ma miejsce w procesach karnych i cywilnych, gdzie niestawienie się świadka jest wystarczającym często powodem do kolejnych odroczeń. Z niezrozumiałych powodów sędziowie wykazują tu wprost niezwykłą pobłażliwość. Do rzadkości należą przypadki, gdy sąd podejmuje decyzję o doprowadzenie świadka przez policję na następną rozprawę.

Bo jeżeli zastanawiamy się nad szansą poprawienia pracy polskiego sądownictwa, to pamiętajmy, że wszystko zależy od sędziów i prokuratorów. Polskie prawo, przepisy i warunki techniczne pozwalają na usprawnienie działania wymiaru sprawiedliwości od zaraz. Wystarczy tylko chcieć. Niestety – wymaga to wysiłku.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj