Show must go on – pisałem dzień po odejściu króla popu. Rzeczywistość przerosła oczekiwania. To, że wielkie wytwórnie fonograficzne przestaną nadążać z tłoczeniem jego płyt, bez trudu można było przewidzieć.

Reklama

Podobnie zresztą jak to, że albumy Michaela Jacksona zajmą po kilkanaście pierwszych miejsc list przebojów w prawie wszystkich krajach świata. Sentyment fanów, a tych miał Jackson miliony, odżywa w takich chwilach z wielką siłą. Nawet wtedy, gdy wcześniej podtrzymywany jest trochę siłą woli, bo idol milczy. Nie nagrywa niczego istotnego, nie koncertuje. Świeci odbitą sławą dawnych dokonań.

Pogrzeb Michaela Jacksona stał się kulminacyjnym punktem medialnej gorączki, jaka ogarnęła świat po 25 czerwca tego roku. Czy ósma rano to typowa godzina dla rozpoczynania podobnych ceremonii? Chyba nie, ale tym razem nie miało to znaczenia. Liczyło się coś całkiem innego. Szło o to, by wstrzelić się w prime time, bo tego żąda głodna krwi telewizja. Dlatego ósma rano okazała się wyjątkowo dogodnym momentem. W Ameryce największy plon zbierają wtedy wszelkiej maści programy śniadaniowe. Łatwo wyobrazić sobie, że w milionach domów w Stanach pomiędzy tostem z bekonem a naleśnikiem z syropem klonowym nie było lepszego pytania niż to, czy wyłożona błękitnym aksamitem trumna za 25 tysięcy dolarów wygląda tak okazale, jak wyglądać powinna, a cała ceremonia zyskała naprawdę królewską oprawę. W Europie zaś uroczystości zaczęły się o 17. Znów idealna chwila, by po męczącym dniu usiąść wygodnie przed telewizorem i łyknąć trochę wielkiego świata. A ów pogrążył się przecież w niekłamanej żałobie, zdobył się na współczucie dla największej z największych gwiazd show-biznesu.

Kłopot w tym, że w szczerość smutku po śmierci Jacksona ani w prawdziwe współczucie dla idola za grosz nie wierzę. Media – z chęci zysku – postanowiły wycisnąć z idola, ile się tylko dało. Zawłaszczyły sam zgon króla popu, relacjonując go niczym gwarantujące najwyższą oglądalność widowisko. Łup zebrały tabloidy, z upodobaniem pokazując światu, jak wyglądała jego twarz na minuty przed odejściem. Dlatego oczywiste stało się też, że ceremonia pogrzebowa dla spragnionego igrzysk tłumu będzie tym samym, czym coroczny finał Superbowl. To zresztą nie jest przypadłość wyłącznie amerykańska. My, Europejczycy, mamy w tym swój niemały udział.

Historia zatoczyła koło. Śmierć artysty, którego przez lata nie traktowano poważnie, także została boleśnie strywializowana, pozbawiona właściwego tonu. Takie są dzisiejsze prawa dżungli – pełna szacunku cisza nad trumną Michaela Jacksona była po prostu niemożliwa.