Zmęczyli się państwo polityką historyczną? Dosyć macie kolonizacji przeszłości, Jałty, Katynia i Eriki Steinbach? Słusznie – od dziś Platforma kolonizuje dla nas przyszłość. Zespół ekspertów ministra Boniego opracował założenia rozwojowe dla Polski na najbliższe dwie dekady. Kolejny pusta zagrywka z dziedziny PR? Tym razem jednak nie. Liczący prawie 400 stron raport „Polska 2030” robi wrażenie nie tylko swym rozmachem i kredowym papierem.

Reklama

Choć autorzy przyjaźnie zapraszają do dialogu, to tak naprawdę cały dokument nie tyle formułuje problemy i pytania, ile kodyfikuje na nowo reguły myślenia i mówienia o celach rozwojowych Polski. Tak jak niegdyś plan Balcerowicza, stanowić ma on centralny punkt odniesienia dla polskiej polityki na wiele lat – określać oczywiste oczywistości, bezdyskusyjne cele i pozornie neutralne wartości, jakimi kolejne rządy winny się kierować.

>>> Polska 2030 według Marcina Króla

„Ogólnie słuszny”?

Na samym wstępie twórcy raportu odwołują się do poprzednich „wielkich projektów” – integracji europejskiej i reform wolnorynkowych – słusznie wskazując na ich wyczerpanie. Po zbudowaniu podstaw kapitalizmu oraz akcesji do Unii kolejnym horyzontem ma być dla Polski modernizacja, a precyzyjniej: rozwój według modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Za tym pozornie abstrakcyjnym pojęciem kryją się bardzo konkretne treści – a ich charakter jest głęboko ideologiczny, ściśle zbieżny z wizją, jaką od początku swej działalności reprezentuje rządząca dziś PO.

Idee, takie jak: przejście do nowoczesnej gospodarki opartej na wiedzy, wzrost konkurencyjności, myślenie strategiczne zamiast doraźnej gry politycznej, orientacja przyszłościowa zamiast polityki historycznej, wreszcie polityka oparta na racjonalnej zgodzie zamiast jałowego konfliktu, wszystko to zdaje się być „ogólnie słuszne”.
Bo któż z nas nie chce być konkurencyjny, nowoczesny, racjonalny i do tego pewnie spoglądający przed siebie? A w perspektywie – dogonić (a może i przegonić?) najnowocześniejsze kraje świata?
Problem z raportem polega na tym, że przedstawione w nim diagnozy, a zwłaszcza proponowane środki i sformułowane cele, dadzą w efekcie obraz daleki od potocznych wyobrażeń Polaków o przyszłym dobrobycie.

>>> Polska 2030 według Pawła Śpiewaka

Bogactwo samo nie spływa w dół

Warto przywołać przynajmniej dwa pojęcia klucze, które stanowią sedno zawartej w nim wizji Polski za 20 lat. Pierwsze to przywoływany już „model polaryzacyjno-dyfuzyjny” rozwoju. W polaryzacji chodzi o to, żeby państwo wspierało swoimi środkami kilka metropolii czy, inaczej mówiąc, biegunów rozwoju – swoistych lokomotyw, które będą w stanie konkurować z podobnymi ośrodkami na świecie. Dyfuzja oznacza, że dzięki inwestycjom w infrastrukturę (głównie telekomunikacyjną i drogową), a także w wyrównywanie szans edukacyjnych na prowincji – wypracowane w metropoliach bogactwo spłynie ku peryferiom. To nic innego jak nowa wersja złudzenia o tym, że „przypływ unosi wszystkie łodzie”, albo inaczej – że gdy bogaci się bogacą, to i biednym więcej skapnie. Tak jest w teorii – praktyka pokazuje jednak, że redystrybucja środków w stronę najzamożniejszych (w tym wypadku mieszkańców wielkich miast) drastycznie zwiększa nierówności i sprzyja upadkowi regionów peryferyjnych.

Co więcej, w warunkach „gospodarki opartej na wiedzy” (choć samo to pojęcie, używane częstokroć w raporcie, jest dość przestarzałe) rozwarstwienie postępuje jeszcze szybciej niż kiedyś. Doświadczenie Finlandii (światowego lidera w dziedzinie Nowej Gospodarki) pokazuje, że bez państwowego wsparcia peryferii, bez preferencji dla prowincjonalnych ośrodków (jak np. mniejsze uniwersytety z dala od stolicy), bez redystrybucji „z góry na dół” bogactwo się wcale samo nie rozprzestrzenia, ale koncentruje w kilku największych metropoliach, które i tak sobie nieźle radzą.

Bezpieczeństwo socjalne – warunek produktywności

Inna koncepcja o wielkim znaczeniu to pomysł przejścia od „welfare state” (państwa opiekuńczego) do „workfare state” – państwa nastawionego nie tyle na ochronę socjalną, ile wspieranie przedsiębiorców w tworzeniu miejsc pracy. Brzmi dobrze – zamiast brać niskie zasiłki, ludzie łatwiej znajdą płatne zajęcie. To wersja oficjalna. Znowu jednak praktyka wygląda nieco inaczej.

Wspieranie przedsiębiorców oznacza przede wszystkim obniżanie kosztów pracy (np. składek ubezpieczeniowych i podatków), co obniża wpływy do budżetu, oraz uelastycznianie kodeksu pracy, co zmniejsza bezpieczeństwo pracownika i pogarsza jego sytuację w relacji z pracodawcą. Niestabilność pracy często nie sprzyja produktywności, a poza tym kreuje duże koszty społeczne (np. utrudnia zakładanie rodzin i wychowywanie dzieci, na czym skądinąd twórcom raportu bardzo zależy).

Demontaż państwa opiekuńczego oznacza jednak coś więcej: państwo zaczyna kierować się kryteriami rachunku ekonomicznego, utożsamianego z „racjonalnością po prostu”. To, co generuje koszty, spychane jest do sektora prywatnego (np. służba zdrowia i, w dalszej perspektywie, oświata). Reguły rynku faktycznie racjonalizują służbę zdrowia i oświatę według własnej logiki – powodują drastyczne nierówności w dostępie do nich, spychając część obywateli do rangi wykluczonej podklasy. Ktoś może oczywiście uznać, że „to rynek jest sprawiedliwy” – problem w tym, że w tzw. społeczeństwie informacyjnym, powszechny dostęp do wykształcenia oraz dobry stan zdrowia całego społeczeństwa jest warunkiem koniecznym produktywności gospodarki. 40 lat temu półanalfabeta bez zębów mógł całkiem sprawnie dokręcać śrubki przy taśmie – ale dziś nie zrobi kariery ani w usługach, ani tym bardziej w branży kulturalnej.

Znowu kłania się Skandynawia – tam, gdzie pełen dostęp do dobrego kształcenia jest naprawdę za darmo, państwu nie brakuje fizyków jądrowych, inżynierów, programistów ani hydraulików. W liberalnych USA też ich nie brakuje – ale tylko dlatego, że tysiącami sprowadzają emigrantów z innych części świata. Jednocześnie obok supernowoczesnych laboratoriów Doliny Krzemowej wyrastają getta, których mieszkańcy na awans społeczny szanse mają, mówiąc oględnie, nikłe.

Oczywiste nieoczywistości

Już dwa opisane wyżej założenia raportu „Polska 2030”, traktowane błędnie jako neutralne i oczywiste przesłanki rozwoju, prowadzą prostą drogą do pogłębienia tendencji obecnych już dziś w polskim społeczeństwie. Niski kapitał społeczny (tzn. zaufanie), korupcję i duże rozwarstwienie dochodów analitycy z zespołu ministra Boniego zauważają – ale traktują je wyłącznie jako spuściznę PRL. Nie uwzględniają tego, że wiele patologii życia społecznego w III RP to nie relikty realnego socjalizmu, ale efekty peryferyjnej odmiany kapitalizmu, jaką Polsce zaaplikowano po 1989 roku. Wydaje się wręcz, że pomimo upływu dwóch dekad wciąż wierzą oni w skompromitowany slogan: „Nie ma alternatywy!” (dla neoliberalnej wersji kapitalizmu), wierzą, że historia się skończyła, a dla modernizacji jest tylko jedna słuszna droga.

Czy aby na pewno tak jest? Na pewno nie – przywołani kilkakrotnie już Skandynawowie udowodnili, że także w Nowej Gospodarce jest alternatywa dla wymarzonej przez ministra Boniego Doliny Krzemowej nad Wisłą. Jak mogłaby wyglądać taka alternatywna Polska za lat 20? Prorokiem we własnym kraju być trudno – ale z drugiej strony, jak napisał kiedyś Wielki Filozof, wszystkie wielkie zmiany społeczne zaczynają się w wyobraźni. Jaka zatem mogłaby być Polska i jakie są jej „warunki możliwości”?

Konflikt – tak, ale z głową

Przeszkodą dla jej powstania nie jest silny polityczny konflikt między partiami (jak twierdził w „Dzienniku” Paweł Śpiewak), ale jego patologiczny kształt. Ku lepszemu światu nie prowadzi polityka miłości i powszechna zgoda – ale racjonalna artykulacja rzeczywistych sprzeczności obecnych w społeczeństwie. Dziś „fundamentalny” spór toczą ze sobą archaiczni „obrońcy narodowej wspólnoty” z postpolitycznymi „obrońcami normalności”. Zamiast realnego sporu pracodawców ze związkami zawodowymi, dyskusji o prawach dyskryminowanych kobiet i mniejszości czy choćby o wizji przyszłej Unii Europejskiej (federalna, socjalna czy liberalna?) obserwujemy idiotyczne przepychanki we władzach telewizji publicznej albo spór o to, czy prezydent nadużywa alkoholu. Zamiast konserwatywno-liberalnego kołowrotu dwóch faktycznie bliźniaczych ugrupowań konieczny jest spór autentyczny – spór o wizję modernizacji Polski. W dobie kryzysu jego najbardziej logiczne bieguny to wolnorynkowy indywidualizm i socjaldemokratyczny egalitaryzm. To te opcje odzwierciedlają najważniejsze sprzeczności wewnątrz polskiego społeczeństwa: podział na wygranych i przegranych transformacji, ale także zwolenników dwóch wariantów samorealizacji: poprzez jednostkową konkurencję bądź wspólnotowe więzi.

Więź polityczna – sieć społeczna

Indywidualizm polskiego społeczeństwa, który prof. Marcin Król uznaje za pewnik, nie musi stanowić esencjalnego składnika polskości. Doświadczenia ruchów społecznych, zwłaszcza „Solidarności”, pokazują, że to tożsamość polityczna (inna niż czysto narodowa, heroiczno-martyrologiczna) sprzyjać może powstaniu więzi – innych niż tylko bezosobowe relacje podmiotów na rynku czy przypisana nam „z urodzenia” solidarność rodzinna. Egalitarne ruchy społeczne mogą stanowić, obok związków zawodowych czy innych zrzeszeń, podstawę społeczeństwa obywatelskiego – w innym jednak, niż dotychczas znany, sensie. Nie chodzi tu bowiem o „welfare society”, które marzy się autorom „Polski 2030”, tzn. szereg organizacji społecznych (np. charytatywnych), które uzupełnić miałyby niedociągnięcia rynku. Chodzi raczej o sieć jednostek i grup, które, działając wspólnie z państwem oraz przedsiębiorcami, organizują życie społeczne i gospodarcze. Kierują się logiką inną niż czysto rynkowa – dzielą się swym czasem, wiedzą i doświadczeniem, ograniczają ekscesy biznesu, kreują innowacje (także dla gospodarki).

Państwo nie pełni wtedy roli „neutralnego administratora” ani tym bardziej „nocnego stróża”, który opiekę zastępuje represją. Nadaje ono cywilizowane ramy społecznym konfliktom, wspiera słabszych (raczej związki zawodowe niż konfederacje pracodawców, raczej mniejszości seksualne czy uchodźców niż „milczącą większość”), organizuje redystrybucję bogactwa w dół, a nie w górę.

***

Powyższa wizja daleka jest od tego, co proponują Polakom autorzy „Polski 2030” – i zarazem bliska ideom lewicy. Aby mogła się spełnić, konieczna jest redefinicja politycznego konfliktu tak, jak to opisano powyżej. To z kolei nie będzie możliwe bez powstania silnej formacji lewicowej w Polsce – formacji partyjnej, ale wspartej przez silne think tanki, związki zawodowe oraz liczne organizacje społeczne i zrzeszenia. Znalezienie formuły łączącej definiującej ich interesy jako wspólne będzie zadaniem trudnym – ale koniecznym. Rozwój Polski w stronę powszechnego dobrobytu nie jest bowiem możliwy bez artykulacji rzeczywistych konfliktów, sprzeczności i aktów dyskryminacji. Polityka miłości i technokratyzm w naukowym sosie na żadne Wyspy Szczęśliwe nas nie zawiodą.