JERZY JACHOWICZ: Sytuacja w polskiej piłce nożnej osiągnęła dno. Wydarzenia i decyzje z ostatnich dni wskazują, że patologia przeniknęła cały system do szpiku kości. Zależy mi, żeby w rozmowie przyjął pan postawę nie tylko kibica i miłośnika piłki, ale przede wszystkim reżysera. Załóżmy, że kręci pan "Pokera 2008". Od jakiej sceny rozpocząłby się pana film?
JANUSZ ZAORSKI: Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo tak się składa, że przygotowuję się do kręcenia takiego filmu. W tej chwili wspólnie z Janem Purzyckim i Cezarym Harasimowiczem pracujemy nad scenariuszem. Mam tylko nadzieję, że rzeczywistość w PZPN nie przerośnie moich wyobrażeń. Nie wiem, czy nie powinienem od razu kręcić serialu.
Czy to, co się dzieje, można określić jako dramat, czy raczej komedię?
W tej chwili to już zakrawa na groteskę. Czysty kabaret. No ale film nie może być tylko czystą komedią. Chciałbym zrobić film o tym, jak jest naprawdę. A jak wiemy, śmieszność przeplata się z dramatem.
Zostańmy przy dramacie. Na czym on polega, jeśli chodzi o piłkę nożną?
Na tym, że w najbliższych latach nie widzę żadnych szans na wyleczenie naszego futbolu.
Skąd takie czarnowidztwo?
To żaden pesymizm, a tylko zdroworozsądkowe rachuby. Na naszą piłkę trzeba spojrzeć co najmniej z dwóch stron – z pozycji światowej i europejskiej oraz z lokalnej, klubowej. Jeśli chodzi o sytuację zewnętrzną, to problem można by nazwać kłopotem korporacyjnym. Bo międzynarodowe związki piłkarskie, agendy typu FIFA i UEFA działają na podobnej zasadzie jak wielkie koncerny, np. Coca-Cola. W mniemaniu ich szefostwa PZPN jest terenem eksterytorialnym. Wszelkie próby grzebania w statucie czy wymiany personalnej przez władze państwowe odbierają jako atak na siebie. W obronie swojej niezależności i jedynowładztwa rozpoczynają od gróźb wykluczenia z międzynarodowych rozgrywek. W skrajnych przypadkach te groźby realizują. A zważywszy, że za ich potęgą stoją ogromne pieniądze, federacje krajowe wyrzucone choćby na jeden sezon z imprez organizowanych pod ich egidą nie tylko doznają szwanku sportowego, ale ponoszą poważne straty finansowe. Kto może sobie na to pozwolić?
No dobrze, ale to znaczy, że FIFA i UEFA trzymają w garści krajowe związki, ale nie inne władze, które mogłyby próbować zrobić porządek.
Nie wiedziałem, że pan jest tak naiwny. Wystarczy się chwilę zastanowić, by wiedzieć, że żaden polityk nie podejmie radykalnych kroków zmierzających do rozpędzenia na cztery wiatry zdegenerowanego towarzystwa bonzów i działaczy piłkarskich. Nie będzie chciał mieć przeciwko sobie kibiców - wielomilionowej grupy wyborców w Polsce. Mogłoby się to skończyć rozruchami.
Chce pan powiedzieć, że władze w kraju - np. minister sportu - są kompletnie bezradne?
Dwaj niedawni ministrowie sportu, jak pamiętamy, skończyli nie najlepiej. Jeden kilka dni temu wyszedł z aresztu po zapłaceniu kaucji. Ale jest skompromitowany. Drugi - Jacek Dębski - zakończył życie z ręki płatnego zabójcy. Czy zna pan taki drugi kraj w Europie, a nawet na świecie, żeby ludzie na tak wysokich stanowiskach kończyli karierę w tak dramatycznych okolicznościach? Nie chcę powiedzieć, że ministra Drzewieckiego paraliżuje strach. Niemniej doskonale zdaje on sobie sprawę z tego, co się stało z jego poprzednikami, którzy chcieli arbitralnie dokonać zmian w polskiej piłce. Oczywiście ich los nie jest związany tylko z FIFA i UEFA.
Przecież Dębski nie zginął, a Lipiec nie trafił do aresztu z powodu chęci dokonania zmian w piłce nożnej.
Jednak coś ich pchało w złym kierunku. Dębski walczył z Marianem Dziurowiczem, wielkim baronem śląskim, który przez wiele lat trząsł polską piłką. To za jego czasów polska piłka została zainfekowana wieloma patologiami, które dziś osiągnęły swoje apogeum. Niedawno Tomasz Lipiec walczył z Michałem Listkiewiczem, na którym w jakimś stopniu ciąży odpowiedzialność za obecny stan. I walka Lipca zakończyła się fiaskiem. Ale pamiętajmy też, że Lipiec wspólnie z Listkiewiczem skakał z radości, kiedy Michel Platini ogłosił Polskę i Ukrainę jako organizatorów Euro 2012. To przede wszystkim wzmacniało pozycję Listkiewicza.
I sprawiło, że jego funkcja stała się dożywotnia?
W pewnej mierze tak. Nie wiemy nawet, kiedy naprawdę odbędzie się zjazd PZPN. Dziś mówi się o 30 października. Ale nigdy nie wiadomo, czy ten termin zostanie dotrzymany. Warto zauważyć, że te przepychanki z datą zjazdu mają swój głęboki sens. Wie pan dlaczego?
Prawdę mówiąc, nie wiem.
30 października będziemy po czterech meczach eliminacyjnych. Być może będzie tak dobrze, że dadzą spokój Listkiewiczowi. Bo wygramy kolejno z Czechami, ze Słowenią, z San Marino i ze Słowacją. A Listkiewicz jako sternik naszej piłki przywdzieje wieniec laurowy.
Czyli ten październikowy termin zjazdu nie jest przypadkowy?
Pewnie, że nie. Zaczynają się eliminacje do mistrzostw świata w RPA. A to, że polska liga jest w rozsypce, bo już drugi tydzień jako kibice nie będziemy mogli oglądać meczów, też jakoś minie - choć jest to kuriozum na skalę światową.
Istotny wpływ na zawirowania rozgrywek ligowych miała absurdalna decyzja trybunału arbitrażowego.
No tak. To również wpływ ogólnego rozgardiaszu. Prokuratura nie wie, co się dzieje w PZPN, a związek mówi, że nie wie, co jest w prokuraturze. Trybunał arbitrażowy podejmuje decyzje tak, jakby nie istniały w ogóle ani prokuratura, która prowadzi śledztwo w sprawie korupcji, ani PZPN, który już wydał jakieś postanowienia. Każda z tych trzech instytucji działa w pełnej izolacji. Oczywiście najbardziej winny jest PZPN.
Dlaczego?
Dlatego, że jeden z ważnych podziałów politycznych, z którym mamy do czynienia w Polsce, przebiega wzdłuż linii, po której z jednej strony znajdują się ci, którzy chcą coś zmienić, są mobilni, skuteczni, dynamiczni i dążą do europejskich standardów. A po drugiej stronie są ludzie zachowawczy, którzy uważają, że dadzą sobie radę w ramach tego, co dobrze znają. Nie potrzebują doradców, bo ci - ich zdaniem - tylko mącą w głowach. To właśnie ta druga opcja rozparła się silnie w PZPN. Jest im dobrze, więc nie chcą zmian. Ciągle liczą, że inne sprawy odwrócą uwagę od ich problemów - nowy minister sportu, kolejne wybory itd.
To dlatego w czternastu okręgach na szesnaście od lat rządzą ci sami ludzie?
Dobry trop. To jest właśnie usankcjonowany tradycją wypróbowany układ prolistkiewiczowy. A 30 października - albo innego dnia - właśnie ten układ potwierdzi jego szefostwo. Bo tylko Listkiewicz gwarantuje im dobre warunki, troszczy się o nich. To dlaczego mieliby go zmieniać?
A gdyby tak zareagowała korporacyjna centrala?
To niemożliwe. Jesteśmy zakładnikami Euro 2012. Wie pan, dlaczego Platini wygrał z Lennartem Johanssonem, który miał prawie 80 lat i od wielu lat rządził europejską piłką? Bo Platini dał szansę krajom z byłych demoludów. Powiedział, że nie może być tak, że wszystkie najważniejsze imprezy odbywają się wyłącznie na zachodzie Europy. Złożył obietnicę, że to się zmieni. Dlatego wygrał. Dostał dodatkowe głosy krajów Europy Wschodniej i otworzył piłkę na Wschód - na Polskę i Ukrainę.
I jest tych obietnic zakładnikiem? Czy tak?
Oczywiście. Dlatego nie może dopuścić do jakichkolwiek zawirowań czy zmian w polskim związku. Do tego, że na czele związku staną nowi ludzie - co prawda moralnie bez zarzutu, ale amatorzy, którzy mogliby położyć Euro 2012. Dla Platiniego to zbyt wysokie ryzyko. Ich porażki zmiotłyby i jego. Dlatego do zakończenia Euro 2012 nie ma mowy w Polsce o zmianach. Być może Listkiewicz zostanie wiceprezesem, by nie kłuć w oczy swoją obecnością na najwyższym stanowisku. Ale i tak nadal będzie najważniejszą osobą w polskiej piłce. Bo to on będzie odpowiadał za Euro 2012 w Polsce. I nie ma znaczenia, czy u władzy będzie Platforma, czy PiS. Problem jest ten sam. Listkiewicz zresztą sam mówi bez ogródek, że został namaszczony na pośrednika między rządem polskim a władzami UEFA w sprawie Euro.
Nie sądzi pan, że patologia, która zagnieździła się w piłce, grozi przerzutami na inne sfery?
Jest takie zagrożenie. Choć na razie ogranicza się do sportu. Ludzie skompromitowani w piłce nożnej, mający wyroki, przerzucali się np. na żużel i robili tam dokładnie to samo co wcześniej. Dopiero od niedawna wprowadzono zapis, że jeśli ktoś ma wyrok, to nie może zajmować żadnych stanowisk w sporcie w ogóle - a nie tylko w swej dotychczasowej dyscyplinie.
Chciałbym jednak pana namówić, żeby choć trochę uchylił pan rąbka tajemnicy związanej z "Pokerem 2008". Zacznijmy od najważniejszej rzeczy - kto będzie bohaterem filmu?
Ale pan namolny. Mogę powiedzieć tylko tyle, że na pewno nie Michał Listkiewicz ani nikt z samej góry Związku. To schematyczne, wręcz papierowe postacie. A bohater musi być człowiekiem z krwi i kości. Korci mnie pokazanie właściciela klubu. Kiedyś takiej postaci być nie mogło. To musi być człowiek, który ma ambicje, by jego klub osiągnął sukces. Ma też inne ambicje - polityczne, biznesowe. Zawsze dobry jest bohater, który czegoś chce - władzy, pieniędzy, kobiet, czyli znalezienia jak najszybszego spełnienia w jak najkrótszym czasie, którym targają namiętności i konflikty. Jak pan myśli, gdy pojawia się konflikt między miłością do piłki i namiętnością do pieniędzy, co weźmie górę?
Chyba nie piłka.
Byłby pan bliski, gdyby nie to, że dramatyzm sytuacji polega na tym, iż sukces sportowy dla właściciela jest zarazem sukcesem finansowym. A degradacja do niższej klasy sportowej jest równoznaczna z krachem finansowym.
Czy mógłby pan zdradzić choć jedną kluczową scenę z pana filmu?
W jednej ze scen właściciel zmusza swojego zaufanego człowieka do odejścia do innego klubu zajmującego się innym sportem po to, aby nie ściągnąć na swój klub zarzutu o korupcję. Wykorzystuje przepis, wedle którego kary za korupcję nie ponosi klub, ale wyłącznie konkretny człowiek.
Co potem zrobiłby właściciel klubu?
Zacząłby starania, by powiększyć skład ekstraklasy do osiemnastu drużyn, tak aby jego klub wcześniej zdegradowany mógł się znaleźć z powrotem w elicie. Bo widzi pan, różnica między Listkiewiczem a właścicielem klubu jest fundamentalna. Listkiewiczowi wszystko odbiera koniec kadencji. Natomiast właścicielowi tylko bankructwo. Choć w przyszłości Listkiewicza będą nazywać bankrutem.