Pięć lat po katastrofie również w Wielkiej Brytanii panuje uczucie, że terroryzm zmienił życie ludzi. W niedawnym sondażu przeprowadzonym przez BBC wiele osób uznało terroryzm za jedną
z najważniejszych przyczyn, dla których Wielka Brytania jest dzisiaj gorszym miejscem do życia niż 20 lat temu. A przecież, mimo że nie sposób uciec od wniosku, że 11 września 2001 r.
zdarzyło się coś bardzo ważnego, trudno jest jednoznacznie stwierdzić, co się zmieniło. Większość mieszkańców Zachodu bezpośrednio nie doświadczyła minionych 5 lat jako Nowej Epoki
Terroru. Na przykład w Stanach Zjednoczonych było wiele alarmów, ale od czasu zamachów na Twin Towers nikt nie zginął tam z rąk terrorystów. A strach przed terroryzmem nie zmonopolizował
wyobraźni lękowej ludzi. Tak samo jak przed 11 września żyjemy w kulturze, która sprzyja krążeniu mnogości innych lęków. Strach przed terroryzmem współzawodniczy ze strachem przed
przestępczością, chamstwem, globalnym ociepleniem i rozmaitymi mniejszymi zagrożeniami, które nas otaczają w codziennym życiu. Dla większości ludzi codzienna rutyna zmieniła się bardzo
niewiele lub wcale.
Niemniej jednak nie można bagatelizować odczucia, że 11 września stanowi rodzaj historycznego punktu zwrotnego. Spójne i wiarygodne wyjaśnienie znaczenia tego przełomu sprawia ludziom
kłopoty. Fakt, że mamy trudność z opisaniem historycznych zmian zrozumiałym dla wszystkich językiem, jest godzien odnotowania. Epokę po 11 września odróżnia od poprzedniej nie tyle to, że
stanowi ona nową fazę w dziejach globalnej przemocy, ile wyczuwalna atmosfera moralnej dezorientacji i zagubienia, która zapanowała w obrębie zachodniej kultury. Zagubienie to znalazło jaskrawy
wyraz w osławionym ostrzeżeniu amerykańskiego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda przed „nieznanymi nieznanymi” (unknown unknown). Spekulacje Rumsfelda o ludziach, o których
„nie wiemy, że o nich nie wiemy”, są rzadko spotykanym przyznaniem się do tego, że zachodni przywódcy mają trudności z nadaniem imienia temu, czego się boimy.
Waszyngton nie ma monopolu na prezentowanie problemów, z którymi boryka się świat, jako należących do „sfery nieznanego”. W raporcie wywiadu i sił bezpieczeństwa na temat
londyńskich zamachów terrorystycznych z lipca 2005 r. zatytułowanym „Analiza »nieznanego«” przytoczono słowa wysoko postawionego brytyjskiego urzędnika
ds. bezpieczeństwa, który stwierdza: „Mówiliśmy przed lipcem, że przypuszczalnie są na terenie kraju grupy, o których nic nie wiemy, a ponieważ nic o nich nie wiemy, to nie wiemy,
ile ich jest”. Autorzy raportu co rusz podkreślają, jak mało wiemy o zagrożeniu, przed którym stoi Wielka Brytania. Otwarcie przyznają, że siły bezpieczeństwa nie dysponują
aparatem pojęciowym, który by im pozwolił zinterpretować i zrozumieć to zagrożenie.
Problem „nieznanych nieznanych” należy jednak postrzegać bardziej jako brak umiejętności interpretowania i zrozumienia zagrożeń niż jako porażkę wywiadu. Zachodnie elity
po prostu nie bardzo wierzą, żeby istniejące zasoby ludzkiej wiedzy pomogły nam zinterpretować wydarzenia i naświetlić problemy, które musimy rozwiązać. Pytania stawiane w epoce po 11
września, w rodzaju „Dlaczego nas nienawidzą?”, „Czego oni chcą?” i „Skąd w nich tyle zła?”, zdradzają pewną naiwność umysłową,
ale są również świadectwem trudności z nadaniem znaczenia bieżącym wydarzeniom. W ramach tradycyjnego języka życia publicznego wiele współczesnych wydarzeń nie ma sensu.
Naprawdę nieznany świat
Oczywiście najważniejsza nieznana to pytanie o to, jakie wartości wyznaje społeczeństwo. Wiele osób zwróciło uwagę, że rządy niezbyt dobrze
radzą sobie z zadaniem sprecyzowania, kto jest naszym wrogiem w wojnie z terrorem. Mało kto zauważył jednak, że urzędnicy państwowi często nie umieją również wyjaśnić, kim my jesteśmy.
Z tego właśnie powodu „nieznane” zagrożenia stwarzane przez niemożliwego do wyobrażenia wroga nie przyczyniły się do powstania wspólnego ducha oporu. Prezydent Ameryki
George W. Bush zrobił wiele rzeczy, ale na pewno nie udało mu się zbudować silnego poparcia społecznego dla wojny z terrorem. Jego krytycy, którzy stale zarzucają mu manipulowanie polityką
strachu, z reguły nie zdają sobie sprawy, że za regularnymi spektaklami rytualnego wymachiwania sztandarem kryje się bardzo mało treści.
Amerykański brak poparcia i entuzjazmu dla wojny świadczy nie tylko o zmęczeniu społeczeństwa tym konfliktem, ale również o tym, że obywatele nie potrafią go ująć w żadne ramy pojęciowe.
W tej sytuacji nie powinno dziwić, że nie ma zgodności opinii co do faktów i wydarzeń otaczających 11 września. W sondażu przeprowadzonym w ubiegłym miesiącu na próbie 1010 dorosłych
osób ustalono, iż 36 proc. obywateli USA podejrzewa, że urzędnicy federalni pomogli zorganizować zamachy lub nie próbowali im zapobiec, chcąc, by Stany Zjednoczone zyskały pretekst do
pójścia na wojnę na Bliskim Wschodzie. Ponad 1/3 społeczeństwa amerykańskiego uznaje za prawdziwy jakiś wariant teorii spiskowej. Doskonale ilustruje to „kryzys sensu”,
jaki dotknął świat Zachodu po 11 września. Wiara w teorie spiskowe jak zawsze wynika ze słabego zrozumienia funkcjonowania świata i działających w nim związków przyczynowo-skutkowych.
Świadczy również o zaniku autorytetu państwa.
Brak aksjologicznej jasności w świecie zachodnim wpływa również na wydarzenia w Iraku i Afganistanie. Jeśli żołnierze mają skutecznie prowadzić wojnę, muszą wiedzieć, o co walczą.
Jeśli pozostaje to w sferze „nieznanego”, kampania wojskowa z reguły poważnie kuleje. Nie powinno zatem dziwić czerwcowe oświadczenie, że wojska koalicyjne w Iraku przejdą
„szkolenie aksjologiczne” z „podstawowych wartości żołnierskich”. Peter Chiarelli, numer dwa w amerykańskim dowództwie w Iraku, stwierdził, że
żołnierze muszą „znaleźć czas na przemyślenie wartości, które odróżniają nas od naszych wrogów”. Jeśli wyciągnąć wnioski z doświadczeń minionych trzech
dziesięcioleci, to nasunie się poważna wątpliwość, czy szkolenia w istotnym stopniu oświecą wojska koalicyjnie w kwestii podstawowych wartości żołnierskich. Wszelkie „kursy
różnorodności”, „programy edukacji obywatelskiej”, „kursy wrażliwości” i inne szkolenia aksjologiczne, których namnożyło się w naszych
instytucjach publicznych, mają wymiar wyłącznie symboliczny i rytualny. Ilustrują brak wspólnych celów i wartości oraz zwracają uwagę na fakt, że w społeczeństwach zachodnich ludzie
przyswajają sobie wartości poprzez szkolenia, zamiast czerpać je z doświadczenia życiowego.
Walka ideowa?
Bodaj najbardziej znaczącym i nieoczekiwanym skutkiem zamachów z 11 września jest upadek moralnego autorytetu Zachodu. Po atakach na WTC czuje się on usposobiony defensywnie i zdyskredytowany.
Inaczej niż podczas zimnej wojny nie potrafi stanąć na płaszczyźnie moralnej wyższości. Czuje się niepewnie nawet na własnym podwórku i brakuje mu wewnętrznego mandatu dla swoich
działań. W jednym z raportów na temat stanu brytyjskich służb prasowych napisano: „Skuteczna polityka bezpieczeństwa w świecie tych nowych zagrożeń musi być zupełnie inna od
prowadzonej podczas zimnej wojny i konieczne są znacznie aktywniejsze działania perswazyjne wobec społeczeństw”. Relatywnie słabe poparcie społeczne dla wojny z terroryzmem sugeruje,
że z rozmaitych przyczyn krótkoterminowym dziedzictwem 11 września jest nadwątlenie kapitału społecznego. Jeśli Waszyngton rzeczywiście uprawia świadomą „politykę
strachu”, to nie jest w tym skuteczny.
Niezdolność zachodnich elit do takiego konstruowania i przedstawiania takich programów politycznych, by miały one sens dla obywateli, oznacza, że elity te przegrywają walkę ideową z własnymi
społeczeństwami. Najwidoczniejszym tego przykładem jest wyobcowanie muzułmanów żyjących w społeczeństwach zachodnich. Badania socjologiczne stale pokazują, że wartości świeckie i
liberalne mają nikły wpływ na muzułmańską ludność Europy. Mimo rozlicznych inicjatyw „dialogu” i na przekór obowiązującej ideologii
„multikulturalizmu”, brytyjscy muzułmanie są najbardziej antyzachodni w całej Europie. Zdaniem krytyków Blaira jest to reakcja na brytyjskie zaangażowanie w Iraku. W ocenie
tej pominięty zostaje fakt, że nastroje wrogości wobec Zachodu panują na przeważających obszarach świata islamskiego.
Wielu obserwatorów sądziło, że 11 września stanie się punktem odniesienia, który da Zachodowi poczucie misji. Jednak w sytuacji braku spójnego systemu ideowego Zachód nie bardzo umie
precyzyjnie sformuować wyznawanych przez siebie wartości, uciekając się do pretensjonalnego języka reklamy i marketingu. W październiku 2001 r. w biurze rzecznika prasowego administracji
amerykańskiej zatrudniono menedżerów z branży reklamowej. Ich zadaniem było uzyskanie wsparcia od firm public relations z Madison Avenue w zmianie wizerunku USA i
„sprzedaniu” nowego wizerunku wrogiemu światu muzułmańskiemu. Skupienie się na stronie wizerunkowej wskazywało, że Stany Zjednoczone nie zamierzają podejmować poważnej
walki ideowej. Tymczasem również w Wielkiej Brytanii królują public relations. Działania propagandowe rządu brytyjskiego ograniczają się do nakłaniania umiarkowanych przywódców
muzułmańskich, żeby powściągali ekstremistów. Minister spraw zagranicznych lord Triesman deklaruje, że „uczeni muzułmańscy z różnych krajów organizują serię spotkań w
miasteczkach i miastach z ważnymi społecznościami muzułmańskimi, aby polemizować z przesłaniem terrorystów”.
Metoda zlecania podmiotom zewnętrznym walki ideowej z ekstremistami opiera się na założeniu, że propagowanie pozytywnego obrazu społeczeństwa zachodniego nie miałoby większego sensu. W lutym
2003 r. Rumsfeld zapytał: „Czy każdego dnia łapiemy, zabijamy, odstraszamy i przekonujemy większą liczbę terrorystów niż medresy i radykalni duchowni ich werbują, szkolą i
wysyłają przeciwko nam?”. Dostępne dane jednoznacznie wskazują, że odpowiedź jest negatywna. Doświadczenie zaś uczy, że przy braku treści ideowej techniki reklamowe stosowane
przez zachodnich urzędników raczej nie okażą się skuteczne.
Katastrofy, wojny i inne wielkie wydarzenia historyczne mają istotne konsekwencje materialne, geopolityczne i ekonomiczne. Ponadto osłabiają zdolność społeczeństw do zrozumienia otaczającej
je rzeczywistości i wiarę w obrany przez nie model życia. W sensie materialnym 11 września był mało znaczącym incydentem. Po krótkim okresie zamętu sytuacja gospodarcza wróciła do normy.
Zamachy ukazały jednak problem, jaki społeczeństwa zachodnie mają z nadaniem sensu swojemu modelowi życia. Już zakończenie zimnej wojny postawiło Zachód przed zadaniem sformułowania
pozytywnej (a nie tylko opozycyjnej wobec komunistycznego wroga) wizji swojej cywilizacji, ale dopiero 11 września wymusił na zachodnich elitach przyznanie się, że przyszłość ich kultury jest
dla nich „nieznaną nieznaną”. W rezultacie niczego nie wiadomo na pewno. Chyba właśnie to ludzie mają na myśli, kiedy mówią, że zamachy na WTC zmieniły
wszystko.
Frank Furedi
----------------------------------------------------------------
Frank Furedi – znany brytyjski socjolog i publicysta. Pochodzi z rodziny imigrantów, którzy opuścili Węgry po zdławieniu powstania 1956 roku przez Sowietów. W przeszłości
radykalny lewicowiec (założyciel Rewolucyjnej Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii), dziś określany jest mianem libertarianina. Wykładowca socjologii na Uniwersytecie w Kent. Autor terminu (i
książki, 1997) „Kultura strachu”, bada fenomen obsesyjnej obawy przed ryzykiem, obecnej we współczesnych społeczeństwach Zachodu