Dziennik Gazeta Prawana logo

"Nie wygramy z terroryzmem"

12 października 2007, 13:29
Ten tekst przeczytasz w 21 minut
Przez ostatnie pięć lat, które minęły od tragedii z 11 września 2001 roku, nasz świat zmienił się dramatycznie. Jednak zmiana ta nie została spowodowana samym atakiem terrorystycznym na World Trade Center i Pentagon, ale wynika raczej z tego, jak ewoluowała amerykańska polityka w reakcji na ten atak. Zdefiniowano wówczas pojęcie „wojny z terroryzmem”: niestety, stało się to przyczyną porażki USA w dążeniu do ograniczenia groźby terroryzmu na świecie.

„Wojny z terroryzmem nie sposób wygrać; sama ta koncepcja jest błędnie sformułowana, gdyż utożsamia zwalczanie terroryzmu z walką zbrojną. Powstrzymywanie terroryzmu może oczywiście zawierać elementy strategii militarnej, tak jak zrobiono to w Afganistanie. Jednak dwa najważniejsze wymiary zwalczania terroryzmu to wzmacnianie bezpieczeństwa wewnętrznego i działania policji oraz odpowiednia strategia polityczna. Jeśli organizacje terrorystyczne będą się cieszyły poparciem wielu społeczności na świecie, nie da się zapobiec atakom. Europa ma doświadczenia w zwalczaniu terroru i wiemy, jak trudne jest to zadanie. W Irlandii Północnej polegało ono na wzmacnianiu bezpieczeństwa i szukaniu rozwiązań politycznych: udane zmniejszenie zagrożenia terrorystycznego zabrało jednak ponad trzydzieści lat. A trzeba pamiętać, że Europa jest strefą zamożności i pokoju, a rząd brytyjski sprawował pełną i niekwestionowaną kontrolę nad terytorium Irlandii Północnej. Miał także przyjaznych sąsiadów: zarówno w Republice Irlandii, jak i na kontynencie europejskim.

Schyłek potęgi amerykańskiej
Walka z terroryzmem w skali globalnej jest nieskończenie trudniejsza, gdyż żaden z powyższych warunków nie jest spełniony. Wiele organizacji terrorystycznych działa w krajach, gdzie aparat państwowy jest bardzo słaby lub praktycznie nie istnieje, albo w rejonie działań wojennych. W wielu krajach terroryści cieszą się dużą popularnością i jak na przykład obecnie w Libanie większość mieszkańców popiera ich działania. W takich warunkach nie jest możliwe pokonanie czy choćby powstrzymanie terroryzmu dzięki operacji wojskowej. Nie oznacza to jednak, że nie da się zapobiec najgroźniejszym terrorystycznym zamachom: nadal możliwe jest powstrzymanie najbardziej spektakularnych ataków, takich jak 11 września, które nie muszą się powtórzyć. To jednak nie oznacza, że nastąpi kres wszelkich ataków: terroryści zwrócili się ku łatwiejszym celom, takim jak kolej, metro czy centra turystyczne. Nie da się temu całkowicie zapobiec, ale można zmniejszać takie zagrożenia poprzez izolowanie i alienowanie terrorystów od społeczności, z których się wywodzą i które chcą reprezentować.

Niestety, właśnie wskutek sformułowania koncepcji zwalczania terroryzmu za pomocą działań wojskowych, zadanie to stało się nieporównanie trudniejsze niż bezpośrednio po 11 września 2001 roku.

Natychmiastowa odpowiedź USA na 11 września, czyli interwencja wojskowa w Afganistanie, była uzasadniona, wyważona i inteligentnie przeprowadzona. Obalenie reżimu talibów nie wzbudziło większych protestów nawet w świecie muzułmańskim i doprowadziło do znacznego osłabienia Al-Kaidy w jej ówczesnym kształcie. Jednak kolejny etap rozpoczętej przez George’a W. Busha „wojny z terroryzmem, czyli atak na Irak, nie tylko podważył początkowy sukces w Afganistanie wojska NATO zwalczane są tam z nową siłą i napotykają znaczny opór ale doprowadził do tego, że nie wiadomo już właściwie, jakie cele stawia sobie Zachód w Bagdadzie.

Interwencja iracka spowodowała również jedną z najważniejszych zmian, jakie zaszły w ciągu minionego pięciolecia, czyli gwałtowny schyłek potęgi amerykańskiej na świecie. Działania w Iraku nie tylko ujawniły słabość i granice amerykańskich wpływów, ale także bezpośrednio przyczyniły się do znacznego ich osłabienia. Ameryka jest bliska izolacji. Prawomocność działań USA zmalała, a ich polityka postrzegana jest z wrogością i podejrzliwością. Początkowe współczucie i poparcie dla Ameryki, powszechne na świecie zaraz po atakach terrorystycznych, w zasadzie zniknęło.

Rosnąca popularność islamistów
Niestety, tak zwana wojna z terroryzmem, która kosztuje Stany Zjednoczone tak wiele, nie uczyniła świata bezpieczniejszym: wręcz przeciwnie, sprawiła, że terrorystom islamskim jest w nim o wiele łatwiej działać niż przed jej rozpoczęciem. Świat jest obecnie znacznie bardziej spolaryzowany, występuje w nim więcej rozżalenia i goryczy, które terroryści mogą wykorzystać do zdobycia poparcia wśród mas. Wpływy islamistów nie samego islamu jako religii, lecz radykalnych ruchów politycznych dążących do utworzenia państw teokratycznych są obecnie znacznie silniejsze niż przed 11 września, a ich rosnąca popularność stanowi produkt uboczny interwencji w Iraku.

Proces radykalizacji młodych muzułmanów zarówno na Bliskim Wschodzie, w Indonezji, Pakistanie, Afganistanie, Azji Środkowej, części Rosji, jak w samej Europie znacznie się nasilił. Organizacja Osamy bin Ladena, nadwerężona operacją w Afganistanie, odbudowuje swój potencjał w odmienionej formie. Powstają nowe, luźniejsze sieci jej sympatyków, należących do słabo zdefiniowanych, lokalnych grup, a sama Al-Kaida stała się raczej koncepcją czy ideologią niż organizacją. Pod niektórymi względami jest znacznie potężniejsza niż 11 września 2001 roku. Na sile zyskały zresztą najróżniejsze grupy islamskie; niektóre z nich w tym grupy szyickie popierane przez Iran są w opozycji nawet wobec sunnickiej Al-Kaidy. Bardzo możliwe, że konsekwencją amerykańskiej interwencji w Iraku będzie powstanie szyickiego państwa wyznaniowego, wzorowanego na teokratycznym reżimie w Iranie; nowy kraj mógłby powstać na znacznej części terytorium Iraku z okresu rządów Saddama Husajna.

Zanim to jednak nastąpi, będziemy niestety świadkami długotrwałej i bardzo krwawej wojny domowej w tym regionie. Zastąpienie świeckiej dyktatury Saddama państwem wyznaniowym stanowi zresztą generalną konsekwencję samobójczej strategii USA. Niewykluczone, że za dwadzieścia lat wskutek błędnej polityki amerykańskiej będziemy mieć do czynienia z „nowym Bliskim Wschodem, w którym prozachodnie, świeckie władze zostaną zastąpione przez reżimy islamskie.

W wyniku zaangażowania się USA w „wojnę z terroryzmem zyskały oprócz wspomnianych już ruchów islamistycznych również rodzące się potęgi regionalne, jak Rosja oraz Iran. Oba te kraje zarabiają krocie dzięki rosnącym cenom ropy naftowej, które po części wynikają z postępującej na całym świecie industrializacji, a po części właśnie z niestabilnej sytuacji w Zatoce Perskiej i całkowitej porażki interwencji USA w Iraku. Trzeba pamiętać, że zaraz po inwazji Richard Armitage i inni przedstawiciele administracji Busha twierdzili, że ceny ropy spadną do 20, a nawet 10 dolarów za baryłkę, a dochody z ropy irackiej sfinansują całą kampanię. W sytuacji jednak, gdy zniszczono instytucje państwa irackiego, nie udało się wznowić wydobycia ropy nawet na poprzednim poziomie, nie mówiąc już o jego zwiększeniu.

Stany na drodze ku samoizolacji
Dodajmy, że jeśli miałoby dojść do trzeciego etapu „wojny z terroryzmem, czyli amerykańskiego ataku na Iran, to najwięcej zyska na nim właśnie Rosja, gdyż ceny ropy mogą dojść do 120 czy nawet 150 dolarów za baryłkę. Oczywiście Rosja nie staje się dzięki temu supermocarstwem, jakim była w okresie Związku Radzieckiego, jednak na powrót wyrasta na kluczowego aktora globalnej sceny politycznej, a obok niej coraz więcej znaczą Indie i Chiny.
Jednobiegunowy podział świata zawsze nieco iluzoryczny definitywnie dobiega końca. Na światowej scenie dominować będzie kilka mocarstw. Nawet w Iranie ONZ nie zdoła usankcjonować żadnych działań bez zgody Chin i Rosji. A jeśli Ameryka będzie działać sama, wywoła bardzo poważny kryzys energetyczny, gdyż Irańczycy są w stanie zablokować produkcję ropy i wywindować jej ceny do niebotycznej wysokości. Uderzy to przede wszystkim właśnie w Stany, które i tak popadają w coraz większe długi za granicą. Po części dzieje się tak wskutek wojny w Iraku, która jest wyjątkowo kosztowna i w przeciwieństwie do pierwszej wojny w Zatoce finansowana jedynie z pieniędzy amerykańskich podatników. A trzeba dodać, że pieniądze te są wyrzucane w błoto. Proces, który łączy się z globalizacją i w ramach którego Ameryka będzie tylko jednym z mocarstw, został znacznie przyspieszony przez obecnego prezydenta USA. W innych warunkach trwałoby to, być może, nawet kilkadziesiąt lat, ale wskutek zwodniczej i nieskutecznej polityki Busha, zabrać to może niespełna dekadę.

Wydaje się, że w najbliższych pięciu latach możemy oczekiwać wycofywania się USA z przesadnego zaangażowania na scenie światowej, którego apogeum stanowiła wojna w Iraku. Naturalnie, Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na całkowitą izolację choćby ze względu na gospodarkę i swe potrzeby energetyczne. Jednak Ameryka skupi się znacznie bardziej na swych problemach wewnętrznych i zrezygnuje z interwencjonizmu. Większość Amerykanów już zdaje sobie sprawę, że wojna w Iraku stanowiła pomyłkę.

Amerykański izolacjonizm czy raczej neoizolacjonizm nie stoi przy tym w opozycji do interwencjonizmu. Stanowi raczej fazę cyklu powtarzającego się w dziejach Stanów. Klęska w Iraku sprawia, że obecnie znajdujemy się prawdopodobnie na początku fazy wycofywania: społeczeństwo amerykańskie staje się coraz bardziej niepewne celów, skonsternowane, a nawet gniewne, gotowe zamknąć się w swym państwie-fortecy. Będzie jednak nadal wykorzystywać światowe zasoby i utrzymywać bazy wojskowe w różnych rejonach świata, niezbędne do utrzymania strategicznych interesów energetycznych USA.

Reszta świata będzie musiała dorosnąć do tej sytuacji i stawić czoło trudnościom nie licząc na Waszyngton. Paradoksalnie, wskutek 11 września Ameryka staje się normalniejszym krajem: dochodzi jednak do tej normalności krwawą i niebezpieczną drogą.

                                                                                                                                   John Gray

------------------------------------------------------------
John Gray filozof, publicysta. Wykładowca Katedry Myśli Europejskiej w London School of Economics. Krytyk ideologii liberalnej i „dziedzictwa Oświecenia, ostatnio opublikował szkice „O postępie i innych złudzeniach (2004). W Polsce ukazał się ostatnio wybór esejów „Dwie twarze liberalizmu (2001) oraz „Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach (2003). Deklaruje się jako liberalny konserwatysta


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj