W mojej osobistej pamięci symboliczne stało się też inne, bardziej prywatne wspomnienie. Krótko przed podpisaniem traktatu polsko-niemieckiego w 1991 roku, rozmawiał ze mną – jako
przewodniczącym Ogólnopolskiego Komitetu Obywatelskiego - ówczesny ambasador Republiki Federalnej Günther Knackstedt, który zadeklarował, że Niemcy są gotowe zbudować jako symbol
pojednania duży, czteropasmowy most na Odrze. Posłałem tę wiadomość do premiera Mazowieckiego. Niestety, odpowiedź nigdy nie przyszła i most nie powstał. Ten niewybudowany, szeroki most
między Polską a Niemcami stał się dla mnie symbolem pojednania, ale i zarazem naszej nieumiejętności wykorzystania szansy.
Dziś we wzajemnych stosunkach przeżywamy okres najgorszy od szesnastu lat. Mnożą się zadrażnienia i nieporozumienia, a co najbardziej niepokojące, brakuje widocznych objawów skłonności
polskiej strony do rzeczowych rozmów. Dzieje się tak mimo kierowanych do nas pojednawczych sygnałów ze strony kanclerz Angeli Merkel. Po tym, jak w niefortunny sposób został odwołany Szczyt
Weimarski, nie toczą się żadne rozmowy Polska – Niemcy. We wrześniu prezydent Lech Kaczyński jedzie po raz drugi do USA, ale moim zdaniem sprawa stosunków polsko-niemieckich jest
dziś pilniejsza.
Wspólne zagrożenia
Co się nagle zmieniło w ostatnich latach? Przecież ani Polska, ani Niemcy nie zmieniły swojego położenia geograficznego. Polska jest przedmurzem Unii
Europejskiej. Naszym najbardziej kłopotliwym sąsiadem jest Białoruś – przedłużenie imperium rosyjskiego, które nie zamierza się demokratyzować, pręży muskuły i nie chce po
partnersku układać stosunków z sąsiadami. To główny powód, dla którego interesy polityczne i bezpieczeństwa Polski i Niemiec nakładają się na siebie. Każde zagrożenie Polski staje się
zagrożeniem dla Niemiec. To – a nie czysta miłość – było główną przyczyną faktu, że właśnie Niemcy byli najwcześniejszym orędownikiem wejścia Polski do struktur
NATO i konsekwentnie popierali nasze przystąpienie do UE. Było to w naszym wspólnym interesie, który nie zmienił się do dziś. Na przyszłość mamy przecież do rozwiązania choćby sprawę
obwodu kaliningradzkiego. My sami z Litwinami sobie z tym nie poradzimy. Z tą rosyjską enklawą wewnątrz Unii trzeba wypracować zasady współżycia, a to może okazać się zadaniem bardzo
trudnym. Jest to również problem niemiecki.
Mam wrażenie, że – mimo takich zatargów, jak ten o bałtycki rurociąg – świadomość tej podstawowej wspólnoty interesów utrzymuje się po stronie niemieckiej, a zanikła
po polskiej. Widzę, że władze RFN nie rozdmuchują rzeczywistych czy rzekomych powodów do sporu; nasze władze wręcz odwrotnie. Z Berlina płyną gesty i zachęty do rozmów (co prawda
– coraz rzadsze), a Warszawa zbywa je milczeniem. Obawiam się, że dzieje się tak z przyczyn psychologicznych i irracjonalnych, z którymi dyskutować najtrudniej. Uczuciem, które w
środowisku PiS zdaje się górować nad innymi, jest nieufność: zarówno wobec konkurentów politycznych, jak wobec sąsiadów z zachodu. To może być zrozumiałe, zważywszy na wieloletnie
doświadczenia przywódców tej partii. Widziałem z bliska, jak ich traktował Wałęsa, jak ich traktowali konkurenci polityczni. Jednak nieufność nie może być naczelną zasadą w stosunkach z
sojuszniczymi państwami. Trudno jest współpracować w atmosferze podejrzeń o nieczystą grę lub podstęp.
Zresztą musimy po prostu pamiętać, że ze strony Niemiec nic nam nie grozi. Niemcy nie mogą nam nic zrobić – pomijając już kwestię, że nic zrobić nam nie chcą. Nie ma się czego
bać. Popatrzmy, ile tysięcy naszych rodaków pracuje w Niemczech – i nic złego im się nie dzieje. Dla każdego zewnętrznego obserwatora nasze nerwowe reakcje na drobne incydenty muszą
być zadziwiające i trzeba sobie zadać pytanie: czego Polacy się boją? Czy zapominają, że w wypadku gdyby bezpieczeństwo Polski zostało zagrożone obcą agresją, to pierwsza –
działając w ramach Przymierza Atlantyckiego – przyjdzie nam z pomocą Bundeswehra?
Bunt i upór
Oczywiście, nie jest tak, że stosunki zaczęły się psuć dopiero, kiedy do władzy w Polsce doszło PiS. Już wcześniej kanclerz Gerhard Schröder
porozumiał się z Moskwą w sprawie rurociągu, pomijając całkowicie Polskę. Oczywiście, rząd RFN popełnił wówczas błąd, nie stawiając kwestii rurociągu na forum europejskim. Ale wyskok
Schrödera – krytykowany także w RFN – nie powinien rzutować na całość stosunków naszych dwóch krajów. Problem rurociągu prawdopodobnie zostanie ostatecznie
rozwiązany z uwzględnieniem interesu Polski – zapewne przez przeciągnięcie jednej nitki przez nasze terytorium. Nie ma sensu, by o to wypowiadać polityczną wojnę.
Z różnych powodów, z bezpieczeństwem Polski nic niemających wspólnego (jak spór o wojnę w Iraku czy nasze stanowisko w sprawie nowego traktatu europejskiego), nasze stosunki z większością
członków Unii już od kilku lat nie układały się najlepiej. Sprzeciw Polski w kwestii sposobu liczenia głosów „ważonych” według proponowanego Traktatu Konstytucyjnego
wciąga nas w spór nie tylko z Niemcami, ale i z 23 pozostałymi krajami Unii. Poza Polską nikt nie kwestionuje potrzeby zmiany liczenia głosów w Unii, nawet Hiszpania, która jest w identycznej
sytuacji. Proponowana zasada jest jasna i prosta. Głosuje się podwójnie: na pierwszym poziomie głosowania – jedno państwo, jeden głos. Taki sam Malta, jak i 200 razy większe Niemcy.
Na drugim poziomie liczy się ludność – i każdy obywatel UE „waży” tyle samo. „Nicejska” formuła, wedle której 0,6 Polaka
„waży” tyle, co jeden Niemiec, może nam na krótką metę schlebiać, ale jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Nasz upór utrudnia współpracę z europejskimi partnerami, bo
nie wytwarza atmosfery zrozumienia i zaufania.
Skądinąd w całej Europie atmosfera z różnych przyczyn od kilku lat nie jest dobra. Ale z tego stwierdzenia powinien płynąć postulat, by tę atmosferę – popsutą m.in. przez
francuski i holenderski opór przeciwko nowemu traktatowi – czynnie poprawiać, a nie tworzyć kolejne pola zadrażnień. Nasuwa się na przykład znakomita okazja do współpracy z RFN w
sprawie wprowadzenia do preambuły traktatu odwołania do tradycji chrześcijańskich. Wygląda na to, że córka pastora Angela Merkel – która ma większą siłę przebicia niż polscy
politycy przeszli i obecni – przekonała opinię w Brukseli o potrzebie takie zmiany. Czy nie warto do tego nawiązać?
Nie mogę się zgodzić z opiniami, że Polska ma prawo reagować nerwowo, bo po stronie niemieckiej następuje eskalacja krytyki naszego kraju: nie dostrzzegam takiej eskalacji. Widzę natomiast
narastającą irytację w obliczu tego, że polski rząd myli rzeczy ważne z nieważnymi. Oczywiście, niemiecka prasa popularna chętnie będzie przeskakiwać od szczegółu do ogółu: krytykując
któregoś z polskich polityków, napiszę także o Polakach w ogóle. Ale to nie zmienia faktu, że stosunki polsko-niemieckie na poziomie międzyludzkim wcale się nie popsuły. To nie Polska, ale
jej obecne władze mają złą prasę – i bynajmniej nie tylko w Niemczech! Tak złej prasy nie miał dotychczas w całej Europie żaden rząd polski po 1989 roku. Trudno przypuszczać, że
jest to wynik antypolskiego spisku.
Obowiązkiem obu rządów jest przywrócenie normalnego dialogu między sprzymierzeńcami. Dotychczas więcej gestów w tym kierunku wykonuje rząd niemiecki. A to przecież nie z inicjatywy strony
niemieckiej doszło do odwołania zaplanowanego spotkania na Szczycie Weimarskim, lecz z polskiej – i mimo to Warszawa nie wysuwa nowych propozycji.
Nie można polskiej nerwowości tłumaczyć stale Eriką Steinbach i jej Związkiem Wypędzonych. Robimy im niebywałą reklamę, reagując na każdy, choćby najbardziej absurdalny wybryk.
Głupstwa, które nieraz wypowiada pani Steinbach, należy traktować jak głupstwa, a nie jako przyczynę konfliktu między dwoma państwami. Związek Wypędzonych jest marginesem politycznym
– znacznie mniejszym, niż w Polsce środowisko Radia Maryja. Ci, którzy uważają Eriką Steinbach za osobę reprezentatywną dla niemieckich elit politycznych, popełniają znacznie
większy błąd niż ci, którzy uważają „Nasz Dziennik” i „Telewizję Trwam” za znamienne dla polskiej opinii publicznej. Na otwarciu wystawy pani Steinbach
byli co prawda przedstawiciele władz państwowych – ale rząd odciął się wcześniej od jej pomysłu Muzeum Wypędzonych. Nie spotkałem zresztą w polskich środkach przekazu ani
jednego omówienia tej ekspozycji. Obecność na otwarciu nie jest tym samym, co afirmacja jej treści, tak samo jak występowanie członków rządu w telewizji Trwam nie oznacza chyba podpisu władz
RP pod wszystkimi audycjami ojca Rydzyka.
Wszystkie kolejne rządy RFN i wszyscy liczący się politycy niemieccy jednoznacznie potępiają zbrodnie hitlerowskie i uznają winę Niemiec za rozpętanie wojny, okupację, zagładę Żydów i
Cyganów, masowe mordy na Polakach: kwestionowanie tego jest w RFN karalne. Nie powinniśmy patrzeć na nasze wielusetletnie stosunki społeczne i kulturowe wyłącznie przez pryzmat dwunastu lat
1933 – 1945. Łączy nas przecież wspólna cywilizacja budowana na tych samych chrześcijańskich podwalinach. Biskupi polscy uznali to ponad czterdzieści lat temu za fakt podstawowy,
dlatego wystąpili z piękną formułą przebaczenia i prośby o przebaczenie. Nie ma powodu, by się z tej formuły wycofywać.
W europejskim narożniku
Wystarczy pojeździć po Polsce i obejrzeć, ile obiektów – sakralnych, naukowych, socjalnych, muzealnych – zostało wybudowanych za niemieckie środki w ramach Fundacji
Polsko-Niemieckie Pojednanie. Warto sobie przypomnieć, jak to na grudniowym szczycie UE w Brukseli Angela Merkel dołożyła z funduszu dla swoich wschodnich landów 100 mln euro do środków
przypadających Polsce – a przecież to dzięki niej Kazimierz Marcinkiewicz mógł wygłosić swoje słynne „yes, yes, yes”. Nie minął od tamtej pory nawet rok, a my
zamiast zaufania prezentujemy zacietrzewienie. A przecież, powiedzmy sobie otwarcie, Niemcy są nam bardziej potrzebne niż my im: Berlin nie ma tak trudnych sąsiadów jak my. Niemcy dawały sobie
doskonale radę bez nas; a my obficie korzystamy z unijnego budżetu. Nie chcą od nas nic, poza współdziałaniem. Bardzo bym chciał, żeby zrozumienie interesu państwa polskiego i potrzeby
współpracy europejskiej wzięło w rządzących górę nad podejrzliwością. Słusznie powtarzamy o potrzebie europejskiej solidarności; ale solidarność bez zaufania jest niemożliwa. Niemcy
tę solidarność wyrażają od pół wieku przez to, że są największym płatnikiem do europejskiego budżetu.
Musimy się zdobyć na zaufanie, w przeciwnym razie znajdziemy się w europejskim narożniku. Na razie rzeczywiście grozi nam, że przy rozmowach o reformach instytucjonalnych UE rozkład sił
będzie 24:1, a przecież – powtarza to sam premier – wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa jest Polsce pilnie potrzebna. A bez okazanego przez nas zaufania –
dlaczego nam ufać mają inni? Dlaczego mają narażać swoje interesy, jeżeli ich podejrzewamy?
Potrzebny jest przełom w myśleniu. Wiem, że dla rządzącej ekipy będzie to trudne. Ale Tadeusz Mazowiecki powiedział kiedyś: trzeba niemożliwe czynić możliwym. Czas zrozumieć, że
przyszłość Polski zależy od jej miejsca w Unii Europejskiej, która nie stoi w miejscu i nie będzie na nas czekać. A my leżymy na rubieżach Unii – i z tego właśnie względu nam
jest ona szczególnie potrzebna. Musimy współdziałać we wszystkich jej przedsięwzięciach. Zacznijmy od Berlina, bo to dla nas najważniejsze.
Zdzisław Najder
-----------------------------------------------------------------
Zdzisław Najder, politolog, publicysta, historyk literatury. Działacz opozycji antykomunistycznej, twórca Polskiego Porozumienia Niepodległościowego w roku 1976 r. W czasie stanu wojennego
na emigracji, w latach 1982 – 87 dyrektor polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa. Zaocznie skazany na śmierć i pozbawiony obywatelstwa polskiego przez władze PRL. Szef zespołu
doradców premiera Jana Olszewskiego, obecnie prezes Polskiego Towarzystwa Conradowskiego oraz Klubu Weimarskiego, wykładowca Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie