Aleksander Kwaśniewski wraca! W ostatnich dniach ta informacja zelektryzowała wielu obserwatorów. Okazało się jednak, że były prezydent co prawda powraca do życia publicznego, ale nie na
scenę polityczną, tylko do studia telewizyjnego. Będzie pomagał swej małżonce w przygotowywaniu stałego programu telewizyjnego dla TVN Style. To zaskakująca wiadomość, bo przecież nie
często byli królowie stają się dworzanami swych żon.
Światowy Parnas
Jeszcze 10 miesięcy temu Aleksander Kwaśniewski był najpotężniejszym człowiekiem w Polsce. Po dwóch kadencjach prezydenckich wciąż zajmował pierwsze miejsce na liście najpopularniejszych
polityków. Gdyby konstytucja nie zabraniała mu ponownego startu w wyborach, pozostałby lokatorem Pałacu Prezydenckiego przez kolejne pięć lat. Ta świetna pozycja odchodzącego prezydenta
sprawiła, że na rok przed wyborami myślano nawet o starcie jego żony, Jolanty, w elekcji 2005 roku. Pomysł ten początkowo wywołał popłoch wśród konkurentów, ale w końcu zaowocował
bezpardonowym atakiem na żonę szefa państwa. W rezultacie nie doszło do powstania prezydenckiej dynastii w Polsce.
Wtedy gdy pani Kwaśniewska uroczyście zapewniła o swej rezygnacji, wciąż nie brakowało spekulacji na temat świetnej przyszłości jej męża. W Warszawie, zwłaszcza w kręgach szeroko
pojmowanej lewicy, lokowano go w wielu strategicznych punktach na politycznej mapie świata. Wydaje się, że najbliższe sercu samego zainteresowanego było stanowisko szefa Międzynarodowego
Komitetu Olimpijskiego. Gdy w końcu pomysł ten zmarł śmiercią naturalną, pojawiły się pogłoski o Kwaśniewskim na stanowisku Sekretarza Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Kiedy i ta atrakcyjna posada okazała się mrzonką, przez pewien czas mówiono serio, że w zasięgu eksprezydenta jest szefostwo Paktu Północnoatlantyckiego bądź Unii Europejskiej. Niestety i
tym razem skończyło się na niczym.
Gdyby wraz z odejściem Kwaśniewskiego nie upadła w Polsce stojąca za nim opcja lewicowa, być może miałby większe szanse w światowym rankingu osobistości politycznych do wzięcia na wysokie
urzędy. Najważniejsze posady w świecie otrzymują bowiem zwykle politycy mający w swych krajach mocne zaplecze polityczne. Gdy go zabraknie, ich szanse się kurczą.
Scena krajowa
Chociaż dla byłego szefa państwa – i to po dwóch kadencjach – nie ma właściwie godnej posady w kraju, to nie raz i nie dwa jego totumfaccy z Pałacu dawali do zrozumienia,
że w razie czego są jeszcze w kraju wybitne stanowiska, po które – jako nawet były prezydent – mógłby bez wstydu sięgnąć. Mówiło się o stanowisku premiera jako tym,
które nie przynosi wstydu. Wspominano także o roli odnowiciela lewicy. Już raz, na początku procesu transformacji Aleksander Kwaśniewski był nazwany Mojżeszem lewicy postpezetpeerowskiej.
Jemu bezsprzecznie środowisko postkomunistyczne zawdzięcza tak mocną pozycję w Polsce w ostatnich latach.
Jednak sięgnięcie przez Kwaśniewskiego po którąś z krajowych posad wymaga generalnego remontu przegranej formacji.
Trzeba pamiętać, że Aleksander Kwaśniewski ma znaczący udział w rozbiciu lewicy. Ocena wzajemnych sporów lewicowego prezydenta i premiera, jak wiadomo, zależy od punktu siedzenia. Tym
niemniej afera Rywina sprawiła, że wybuchła bratobójcza wojna Pałacu Prezydenckiego z Kancelarią Prezesa Rady Ministrów. Zaowocowała ona publicznymi donosami premiera na prezydenta i
odwrotnie. Stąd wzięło się dzisiejsze pobojowisko na lewej stronie. W końcu zwycięstwo Kwaśniewskiego okazało się pyrrusowe. Kolejne nerwowe ruchy ówczesnego szefa państwa takie jak:
wspieranie Marka Borowskiego w tworzeniu nowej socjaldemokracji; zastąpienie na szczycie SLD Józefa Oleksego – którego prezydent nie chciał uznać – Wojciechem Olejniczakiem;
czy wreszcie nakłonienie Włodzimierza Cimoszewicza do startu w wyborach prezydenckich przyniosły mierne, a nawet częściowo katastrofalne rezultaty. W tej sytuacji trudno się dziwić
zniechęceniu Aleksandra Kwaśniewskiego krajowym życiem politycznym. Wszelkie pomysły o byłym prezydencie – odnowicielu lewicy wszakże okazały się niewypałami.
Teraz do tego wszystkiego doszły przykrości zupełnie innego wymiaru. Jest to nękanie eksprezydenta dochodzeniami prokuratorskimi. Przeciwnicy Aleksandra Kwaśniewskiego z prawicy i lewicy ze
wszystkich sił próbują uprzykrzyć mu życie. Dziś na ławie oskarżonych z przyjemnością widzieliby go nie tylko Giertych z Macierewiczem, lecz także minister zdrowia w rządzie Millera
doktor Łapiński. W związku z tym zaczęto mówić o próbie porozumienia się byłego prezydenta z jego następcą, Lechem Kaczyńskim. Za bezstronność obecnego Pałacu i ewentualne poparcie w
światowych przymiarkach do najwyższych posad, Aleksander Kwaśniewski ma rzekomo zapłacić rezygnacją z aktywności politycznej w kraju.
Faktem jest, że były prezydent był dotąd zaskakująco wstrzemięźliwy w ocenie krajowej polityki. Mimo wielu okazji stanowczo unikał zabierania głosu publicznie. Po raz pierwszy na temat tego,
co się dzieje nad Wisłą, wypowiedział się krótko przy okazji zapalenia publicznie świeczki na grobie Jacka Kuronia. Tych kilkanaście zdań oraz wywiad dla telewizji TVN 24 udzielony podczas
Forum Gospodarczego w Krynicy to jednak za mało, by stwierdzić, że coś w jego taktyce się zmienia.
Bez centrolewu
Warto zwrócić uwagę, że prezydenta zabrakło na posiedzeniu inaugurującym powstanie centrolewu. A przecież porozumienie SLD ze środowiskiem dawnej Unii Demokratycznej było przez lata jego
ideą fixe. Być może jednak Kwaśniewski nie zaangażował się oficjalnie w powstawanie nowej formacji z innych powodów. Po pierwsze nie lubi on uczestnictwa w z góry przegranych
przedsięwzięciach. Po drugie Kwaśniewski jest, jak poświadczają jego współpracownicy, wewnętrznie wypalony i zatracił wrodzone mu niegdyś polityczne ryzykanctwo. Ponieważ może dziś żyć
dostojnie i spokojnie, brakuje mu najzwyczajniej dawnego wigoru. Można odnieść wrażenie, że zwleka on teraz z akcesem do nowej formacji i jeśli do niej wstąpi, to na gotowe. Tym samym były
prezydent nie skorzystał z okazji, aby zaofiarować jej swe wciąż znaczące poparcie. Dla centrolewicy to duża strata. Według ostatnich badań prezydent Kwaśniewski jest w dalszym ciągu
politykiem dobrze widzianym przez więcej niż połowę elektoratu.
Kwaśniewski w wieku 52 lat – skończy je w grudniu – stoi na rozdrożu życiowym. Pozornie pozbawiony jest trosk materialnych. Ma emeryturę prezydencką w wysokości 50
procent poborów głowy państwa. Dożywotnio przysługuje mu samochód służbowy wraz z borowską ochroną. Ze Skarbu Państwa ma fundusze do prowadzenia kancelarii. To wszystko plus prestiż
związany z pełnioną niegdyś funkcją pozwalają mu żyć godnie. Ale to zwyczajnie mało dla człowieka, którego rytm życia wyznaczały tajne i poufne informacje ze stolic światowych oraz
telefony od najpotężniejszych ludzi na świecie. Erzacem dawnej chwały przez ostatnie pół roku miały być wykłady na uniwersytetach amerykańskich. W USA wytworzył się obyczaj, że
zagraniczni politycy, przyjaźni temu krajowi, zapraszani są do campusów na prelekcje. Są one bardzo dobrze opłacane. Był premier Hiszpanii Aznar – polityk pod względem rangi
porównywalny z Aleksandrem Kwaśniewskim – po serii wykładów zainkasował wiosną tego roku 187 tysięcy dolarów. Można domniemywać, że podobną sumę otrzymał były szef polskiego
państwa. Tyle że ludziom, którzy zstąpili z Parnasu, pieniądze nie dają takiego szczęścia jak zwykłym Kowalskim. Im niezbędny jest prestiż. Do niedawna wydawało się, że Kwaśniewski ma
swobodny dostęp do Białego Domu. Jednak ostatnio próby spotkania z prezydentem Bushem spaliły na panewce. Podobnie jak propozycja zorganizowania okrągłego stołu w Hawanie.
Kwaśniewskiemu pozostaje teraz do wyboru: albo stanie się mężem swojej żony i zadowoli się rolą pomocnika Jolanty Kwaśniewskiej, albo podejmie grę o odrodzenie lewicy. Trzeba pamiętać, że
lewicę traktuje on tak, jak odchodzący już niebawem premier brytyjski Tony Blair. Odpowiadają mu bowiem globalizacja, zanik walki klas i filozofia Giddensa. Mimo to gdyby Kwaśniewski zechciał,
mógłby z pewnością tchnąć życie w nową formację centrolewicową w Polsce. Pod jego przewodem mogłaby ona uzyskać dwudziestoprocentowe poparcie wyborcze. Tyle że Kwaśniewskiego nie
interesują wybory samorządowe. Traktuje je jako test sprawdzający. To błąd: jeśli zbyt późno zdecyduje się na powrót do gry, może natrafić na zgliszcza centrolewu.
Mimo wszystko trudno uznać, że polityczna kariera Kwaśniewskiego ostatecznie się skończyła. Podobna sytuacja miała miejsce na początku lat 90. Wtedy nikt nie spodziewał się, że byli
członkowie PZPR będą jeszcze mogli kiedykolwiek sięgnąć po władzę w kraju. W 1991 roku ukazała się moja książka „Przerwana dekada”, czyli wywiad rzeka z Edwardem
Gierkiem. Podczas spotkania promocyjnego z czytelnikami ktoś zapytał Gierka, jak ocenia szanse swych następców, czyli Kwaśniewskiego i Millera – zresztą obaj byli obecni na sali.
Edward Gierek machnął wymownie ręka i powiedział: "Szkoda gadać". Odpowiedzią były oklaski i powszechne ożywienie. Rok później wybory wygrał SLD.