"Komunikat ze strony Unii powinien być" - mówi dziennikowi.pl ekspert ds. stosunków międzynarodowych, dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. "Jest ważne dla całej Unii, jakich metod w poszczególnych państwach członkowskich używa władza, jakich opozycja. Czy nie doszło do zapaści demokracji. Na Węgrzech, przynajmniej chwilowo, taka zapaść ma miejsce. Rząd kłamie, a opozycja i jej najbardziej krewkie odłamy stosują przemoc. Tego nie można akceptować. To rozbija Unię i dlatego ktoś powinien zareagować" - dodaje.
"Unia, a konkretnie Komisja Europejska, poparła jedynie plan reform premiera Ferenca Gyurcsany. O polityce i zamieszkach nie powiedziała słowa, bo tak ma w zwyczaju" - wyjaśnia Krzysztof Bobiński, eurodeputowany i ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. "To standard, który tylko czasem łamie się tak, jak w przypadku głoszenia nazistowskich haseł przez Jörga Haidera, premiera austriackiej Karyntii. Normalnie zakłada się, że jeżeli państwo jest w UE, to musi być tam demokracja. Tak też było we Francji - palono na ulicach setki samochodów i też nikt nic nie mówił".
"Wolno tylko bić po rękach za błędy w gospodarce, od polityki - wara!" - dla dziennika.pl zachowanie władz Unii komentuje Frank Vibert, dyrektor londyńskiego ośrodka eksperckiego, European Policy Forum. "Tylko raz w historii Unii Europejskiej unijny urzędnik pozwolił sobie na komentarz w sprawie wewnętrznej sytuacji w członkowskim kraju. Wystąpienie premiera Belgii było jednak jego prywatną zagrywką przeciw Jörgowi Haiderowi. To była niewybaczalna pomyłka".
"Unia Europejska nie powinna się wtrącać" - mówi były minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski. Według profesora, europejscy urzędnicy nie powinni się wtrącać w wewnętrzne sprawy Węgier i w konflikt między demokratycznie wybranym rządem i społeczeństwem.