Dziennik Gazeta Prawana logo

"Sytuacja w Korei Północnej to test"

12 października 2007, 13:49
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"W kolejnych tygodniach i miesiącach cztery państwa: USA, Rosja, Chiny i Japonia zadecydują o losach współczesnego świata" - mówi dziennikowi.pl prof. Edward Haliżak, dyrektor Instytutu Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, po przetestowaniu przez Koreę Płn. pierwszej bomby atomowej.

To, co stanie się w najbliższym czasie, będzie poważnym testem sprawności dla czterech mocarstw działających w regionie Azji Południowej. Będzie to dla nich jednocześnie okazja do sprawdzenia, czy można zapanować nad państwem, które weszło w posiadanie broni jądrowej, lecz nie chce słuchać się innych państw atomowych. Przygląda się temu procesowi Iran, bo on następny w kolejce do bomby.

Sytuacja przypomina tę z początku lat 60. XX wieku, gdy świat stanął w obliczu kryzysu kubańskiego i - jak wówczas sądzono - groźby wystrzelenia radzieckich rakiet z terytorium Kuby na kontynent amerykański. Wtedy o samodzielność walczyła przejęta przez komunistów Kuba, dziś Korea Północna dąży do zjednoczenia z Południem na własnych warunkach. Do tego służyć ma właśnie arsenał jądrowy.

Różnica jest taka, że obecni przywódcy naprawdę gotowi są użyć tej broni. Istnieje co prawda możliwość, że Korea Północna wejdzie ze swym produktem na rynek broni dla terrorystów, dlatego potrzebna jest kontrola międzynarodowa, zatrzymująca wszystkie statki i samoloty. Ładunek, jakim dysponują Koreańczycy, jest zbyt duży i prymitywny, by móc go w prosty sposób przekazać jakimkolwiek terrorystom.

Jest już jednak wystarczająco mały, by został umieszczony w rakiecie i wysłany w kierunku Japonii lub Hawajów i Alaski. Ten dzisiejszy wybuch to wstępny etap do wyprodukowania konkretnej bomby w stylu takiej, jaką Amerykanie zrzucili na Hiroszimę. By zapobiec nadchodzącej tragedii, konieczna będzie szybka interwencja. Są tylko dwie opcje. Albo atak samodzielny Amerykanów, bo Japonia takich możliwości nie ma, albo atak wielostronny z udziałem wojsk ONZ.

Ameryka ma potencjał, by atakować, ale jest duży minus. Gdyby zrzucili bomby na koreańskie instalacje jądrowe, przestałby istnieć Seul, stolica Korei Południowej. Za karę zostałby obrzucony bronią chemiczną i biologiczną. Metropolia leży trzydzieści parę kilometrów od granicy, więc ryzyko jest ogromne. W przypadku akcji wielostronnej najpierw ONZ powinna spróbować sankcji, a później dopiero decydować się na akcję zbrojną.

Dowcip historii polega na tym, że w ewentualnej wojnie w Korei jako sojusznicy spotkałyby się USA, Chiny i Rosja - dokładnie te kraje, które na początku lat 50. XX wieku toczyły ze sobą wojnę o przyszłość Korei. "Oenzetowski scenariusz" sugeruje niemal już przesądzone wybranie na nowego szefa ONZ Ban Ki-moona, Koreańczyka z Południa.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj