"Zjadając przystawki, PiS przejęło ich elektorat - przesuwając się na prawo, do ściany. Równocześnie wytracało jednak zaufanie części inteligencji" - pisze Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
Jarosław Kaczyński był naprawdę wściekły. Zażądał rozmowy z szefem LPR. Potem szybko podszedł do telefonu i twardo powiedział: – Jeśli te reklamówki
nie znikną natychmiast, za kilka godzin nie ma naszej koalicji! I nie będę się na nic oglądał.
– Przysięgam Panu, że to nie moja robota, ale by pokazać dobrą wolę, wycofamy nawet spoty przeciwko naszej obecności w Iraku – odpowiadał po drugiej stronie zdenerwowany Roman Giertych.
Obecni w gabinecie szefa rządu sztabowcy poderwali się z miejsc. – Szukamy dalej autora tego paszkwilu – rzucili i ruszyli do wyjścia.
Ten przypadek omal nie rozbił koalicji. Na kilka dni przed wyborami w telewizji pojawiły się wyborcze spoty wytykające Prawu i Sprawiedliwości niedotrzymanie obietnic. „Ceny rosną w zastraszającym tempie, a polityka jest brudna choć miało być uczciwie” – przekonywał lektor, a wielki czerwony stempel z napisem „oszukali” lądował na zdjęciu premiera Kaczyńskiego. Dziś wiemy, że autorem tej kampanii negatywnej była PO. Jednak w pierwszych godzinach emisji mało kto dostrzegał malutki i błyskawicznie przelatujący przez ekran podpis: „Materiał komitetu Platformy Obywatelskiej”. A według niektórych – napisu nie było. Tak czy inaczej w pierwszych godzinach spoty przypisywano LPR – bo były w stylistyce tej partii oraz – co najważniejsze – przez przypadek kilka razy z rzędu niepodpisany materiał PO i reklama Ligi zostały wyemitowane jedno po drugim.
Własne pięć procent
Reakcja premiera Kaczyńskiego była brutalna, ale po wyborach nikt już do niej nie wracał. Stało się jasne, że przystawki zostały zjedzone. Liga Polskich Rodzin i Samoobrona straciły prawie wszystkie atuty, jakimi dysponowały przed wyborami – z wyjątkiem posłów w Sejmie. Prysł mit rzekomego niedoszacowania w sondażach, odpadła możliwość szantażu wcześniejszymi wyborami, przeszło do historii złudne poczucie spokoju wewnątrz obu partii. Osiągnięte przez lepperowców i LPR w najbardziej upartyjnionych wyborach samorządowych – do sejmików wojewódzkich – wyniki na poziomie pięciu procent wyrzucają Ligę i Samoobronę z wielkiej gry. Może nie na zawsze, ale na pewno na długo. I choć warto zauważyć to, co podkreśla Roman Giertych: że to wprawdzie pięć procent, ale za to własne pięć procent, a nie żadnego Radia czy gazety, to trzeba dodać: to tylko pięć procent. Taki wynik natychmiast powoduje odpływ działaczy i zwolenników. Pierwsi nie widzą tam szans na karierę, drudzy boją się zmarnowania głosu. To na poziomie pięciu procent zaczyna się równia pochyła. Tym bardziej że równocześnie umacnia się główna siła prawej strony sceny politycznej – Prawo i Sprawiedliwość.
Formacji Jarosława Kaczyńskiego wyniki wyborów przyniosły dwie informacje: dobrą i złą. Pierwsza to przedłużenie mandatu na sprawowanie władzy o co najmniej kolejne dwa pełne – i co może najważniejsze, niewyborcze – lata. Polityka PiS dzieli Polskę, budzi ogromne emocje, ale demokratyczny mandat wyborców nie został odwołany. Wiadomość zła przyszła z wielkich miast, gdzie maleją wpływy PiS. Partii tej grozi, iż z formacji realnie inteligencko-konserwatywno-ludowej przekształci się w ludowo-konserwatywną. Co więcej, pierwsza i druga informacja łączą się ze sobą. Zjadając przystawki, PiS przejęło ich elektorat – przesuwając się na prawo, do ściany. Równocześnie wytracało jednak zaufanie części inteligencji. W efekcie suma się mniej więcej zgadza, ale są to już nieco inni zwolennicy. Nie gorsi, nie do pogardzenia, ale niosący ze sobą ryzyko dalszego skrętu na prawo. Jeśli PiS chce wrócić do centrum, musi dostrzec to niebezpieczeństwo i spróbować odzyskać zaufanie ludzi młodych i wyborcy wielkomiejskiego. Być może jego przejście do PO było nieuniknione. Być może twarda i brutalna konfrontacja – wdrażanie polityki konserwatywnej w sferze obyczajowo-edukacyjnej i walka z atakującym z prawej strony Romanem Giertychem – była dla tego wyborcy nie do zaakceptowania. Możliwe. Ale wyraźny błąd polega na niepodjęciu przynajmniej próby zdywersyfikowania języka, zbudowania przekazu akceptowalnego także dla wielkomiejskiej inteligencji. Kiedyś PiS to potrafiło. A potem wiele tygodni patrzyło na harce Artura Zawiszy w komisji bankowej, nierozumiejącego, iż radykałowie są tylko niewielką częścią wyborców. Pozostałych trzeba przekonywać.
Powrót do centrum
Wiele teraz zależy od ostatecznego wyniku starcia o Warszawę – jak słusznie napisał wczoraj w DZIENNIKU Piotr Zaremba, przegrana Kazimierza Marcinkiewicza w stolicy oznaczałaby przynajmniej czasowe zniknięcie jednej z cieszących się ogromnym poparciem w tym elektoracie twarzy. Polityka prezentującego dobry, kompetentny, konserwatywny środek.
Spore znaczenie będą miały także przetasowania w samorządach, zwłaszcza wojewódzkich. Alianse z PO mogą być dobrą przeciwwagą dla koalicji rządowej z LPR i Samoobroną. Wzmocniłyby polityków PiS nawołujących do większego umiaru, a przede wszystkim spokojniejszego działania – takich jak Kazimierz Michał Ujazdowski czy Jarosław Sellin. Pokazałyby też, że polska klasa polityczna jest zdolna do myślenia w kategoriach innych niż ambicje i własna propaganda. Pojawiające się tu pojęcie „koalicji proreformatorskich” wydaje się być zaczątkiem takiego myślenia. A to, iż pojawia się w PiS, dowodzi zrozumienia, że z Samoobroną to można – i dobrze – rozwalić patologiczne WSI czy zbudować pierwszą niewywodzącą się z aparatu komunistycznego służbę, jaką będzie Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale na pewno nie da się zbudować nowoczesnej administracji. Nie da się przyciągać inwestorów i unijnych dotacji.
PiS ma zatem możliwość powrotu do centrum. Dojście do prawej ściany może być tylko koniecznym etapem w budowie silnej partii prawicowej. Być może rzeczywiście trzeba było ruszyć tam, by móc z oczyszczonym zapleczem walczy z PO – wciąż borykającą się z konkurencją ze strony Lewicy i Demokratów. Ten etap nie jest jeszcze zakończony. Pojawiające się w PiS rozważania na temat formalnego umocowania Romana Giertycha jako części tej partii lub stałego „zblokowanego” koalicjanta pokazują jednak, że koniec tego procesu jest bliski. Podobnie jak słabo dostrzeżone wstąpienie europarlamentarzystów wybranych z listy Samoobrony do frakcji współzakładanej przez polityków Prawa i Sprawiedliwości. Tak to będzie zapewne wyglądało. LPR to wewnętrznie zwarta i zorganizowana grupa, więc bardzo prawdopodobne jest jej zwasalizowanie. Samoobrona zaś to dzisiaj nie tyle partia, co spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, pełna karierowiczów kupujących po prostu miejsca na listach wyborczych. Tacy ludzie szybko i bez sentymentów porzucają upadające szyldy. Lepper będzie więc raczej łupem niż partnerem.
Oferta dla środka
To będzie długi proces. Jak twierdzą nieoficjalne źródła, Jarosław Kaczyński na razie ma zamiar skupić się przede wszystkim na pracy rządowej. Ponoć nie może się doczekać, kiedy zakończy zaczynający się dzisiaj objazd kraju i wsparcie kandydatów PiS w drugiej turze wyborów. Zaraz potem zamierza zająć się pracą rządową, rozstrzygnięciem kilku ostrych sporów między ministerstwami i oceną kilku ministrów. Żadna większa rekonstrukcja nie jest planowana, stanowiska straci natomiast kilku niesprawdzających się w ocenie premiera wiceministrów. W okresie powyborczym wtorkowe posiedzenia Rady Ministrów znów staną się długie i raczej rozgadane, tak różne od skondensowanych odpraw prowadzonych przez Kazimierza Marcinkiewicza.
Efekty pracy rządu, autostrady i reformy, mają być w oczach liderów PiS właśnie jedną z ofert dla wyborców środka. Politycy PiS przekonują, że teraz polityka partyjna straci tak wielkie znaczenie. Platformie niezmiernie trudno będzie nadal utrzymywać polaryzację PO – PiS, zacznie się raczej walka z nabierającą apetytów Lewicą i Demokratami. Dwa lata bez wyborów i (przynajmniej planowanych) przesileń – naturalnie – przenoszą punkt ciężkości polskiej polityki do rządu. Mało który gabinet w demokracji ma taką szansę. Zresztą także w tym upatrują ratunku Roman Giertych i Andrzej Lepper. Ten pierwszy uważa, że jeśli odniesie sukces w szkołach i przywróci porządek, to konserwatywni narodowcy do niego wrócą. Drugi zdaje sobie sprawę, że to wyłącznie jemu PSL zawdzięcza doskonały wynik na wsi. Wyborcy wiejscy nie rozumieli tej jego gry – najpierw wejście do rządu, potem paktowanie z opozycją, wreszcie wściekłe ataki na Kaczyńskiego. Sprawdziło się to, przed czym przestrzegał przed wyborami DZIENNIK – w polityce nie można bezkarnie dokonywać takich wolt, tak szybko porzucać haseł.
A zatem spokój w koalicji? Jeden z najważniejszych polityków PiS, minister obecnego rządu, długo się zastanawia. Wreszcie mówi: – Na zdrowy rozum tak. Tylko pamiętam te taśmy Beger, ataki Giertycha... Czy oni mają zdrowe rozumy?
– Przysięgam Panu, że to nie moja robota, ale by pokazać dobrą wolę, wycofamy nawet spoty przeciwko naszej obecności w Iraku – odpowiadał po drugiej stronie zdenerwowany Roman Giertych.
Obecni w gabinecie szefa rządu sztabowcy poderwali się z miejsc. – Szukamy dalej autora tego paszkwilu – rzucili i ruszyli do wyjścia.
Ten przypadek omal nie rozbił koalicji. Na kilka dni przed wyborami w telewizji pojawiły się wyborcze spoty wytykające Prawu i Sprawiedliwości niedotrzymanie obietnic. „Ceny rosną w zastraszającym tempie, a polityka jest brudna choć miało być uczciwie” – przekonywał lektor, a wielki czerwony stempel z napisem „oszukali” lądował na zdjęciu premiera Kaczyńskiego. Dziś wiemy, że autorem tej kampanii negatywnej była PO. Jednak w pierwszych godzinach emisji mało kto dostrzegał malutki i błyskawicznie przelatujący przez ekran podpis: „Materiał komitetu Platformy Obywatelskiej”. A według niektórych – napisu nie było. Tak czy inaczej w pierwszych godzinach spoty przypisywano LPR – bo były w stylistyce tej partii oraz – co najważniejsze – przez przypadek kilka razy z rzędu niepodpisany materiał PO i reklama Ligi zostały wyemitowane jedno po drugim.
Własne pięć procent
Reakcja premiera Kaczyńskiego była brutalna, ale po wyborach nikt już do niej nie wracał. Stało się jasne, że przystawki zostały zjedzone. Liga Polskich Rodzin i Samoobrona straciły prawie wszystkie atuty, jakimi dysponowały przed wyborami – z wyjątkiem posłów w Sejmie. Prysł mit rzekomego niedoszacowania w sondażach, odpadła możliwość szantażu wcześniejszymi wyborami, przeszło do historii złudne poczucie spokoju wewnątrz obu partii. Osiągnięte przez lepperowców i LPR w najbardziej upartyjnionych wyborach samorządowych – do sejmików wojewódzkich – wyniki na poziomie pięciu procent wyrzucają Ligę i Samoobronę z wielkiej gry. Może nie na zawsze, ale na pewno na długo. I choć warto zauważyć to, co podkreśla Roman Giertych: że to wprawdzie pięć procent, ale za to własne pięć procent, a nie żadnego Radia czy gazety, to trzeba dodać: to tylko pięć procent. Taki wynik natychmiast powoduje odpływ działaczy i zwolenników. Pierwsi nie widzą tam szans na karierę, drudzy boją się zmarnowania głosu. To na poziomie pięciu procent zaczyna się równia pochyła. Tym bardziej że równocześnie umacnia się główna siła prawej strony sceny politycznej – Prawo i Sprawiedliwość.
Formacji Jarosława Kaczyńskiego wyniki wyborów przyniosły dwie informacje: dobrą i złą. Pierwsza to przedłużenie mandatu na sprawowanie władzy o co najmniej kolejne dwa pełne – i co może najważniejsze, niewyborcze – lata. Polityka PiS dzieli Polskę, budzi ogromne emocje, ale demokratyczny mandat wyborców nie został odwołany. Wiadomość zła przyszła z wielkich miast, gdzie maleją wpływy PiS. Partii tej grozi, iż z formacji realnie inteligencko-konserwatywno-ludowej przekształci się w ludowo-konserwatywną. Co więcej, pierwsza i druga informacja łączą się ze sobą. Zjadając przystawki, PiS przejęło ich elektorat – przesuwając się na prawo, do ściany. Równocześnie wytracało jednak zaufanie części inteligencji. W efekcie suma się mniej więcej zgadza, ale są to już nieco inni zwolennicy. Nie gorsi, nie do pogardzenia, ale niosący ze sobą ryzyko dalszego skrętu na prawo. Jeśli PiS chce wrócić do centrum, musi dostrzec to niebezpieczeństwo i spróbować odzyskać zaufanie ludzi młodych i wyborcy wielkomiejskiego. Być może jego przejście do PO było nieuniknione. Być może twarda i brutalna konfrontacja – wdrażanie polityki konserwatywnej w sferze obyczajowo-edukacyjnej i walka z atakującym z prawej strony Romanem Giertychem – była dla tego wyborcy nie do zaakceptowania. Możliwe. Ale wyraźny błąd polega na niepodjęciu przynajmniej próby zdywersyfikowania języka, zbudowania przekazu akceptowalnego także dla wielkomiejskiej inteligencji. Kiedyś PiS to potrafiło. A potem wiele tygodni patrzyło na harce Artura Zawiszy w komisji bankowej, nierozumiejącego, iż radykałowie są tylko niewielką częścią wyborców. Pozostałych trzeba przekonywać.
Powrót do centrum
Wiele teraz zależy od ostatecznego wyniku starcia o Warszawę – jak słusznie napisał wczoraj w DZIENNIKU Piotr Zaremba, przegrana Kazimierza Marcinkiewicza w stolicy oznaczałaby przynajmniej czasowe zniknięcie jednej z cieszących się ogromnym poparciem w tym elektoracie twarzy. Polityka prezentującego dobry, kompetentny, konserwatywny środek.
Spore znaczenie będą miały także przetasowania w samorządach, zwłaszcza wojewódzkich. Alianse z PO mogą być dobrą przeciwwagą dla koalicji rządowej z LPR i Samoobroną. Wzmocniłyby polityków PiS nawołujących do większego umiaru, a przede wszystkim spokojniejszego działania – takich jak Kazimierz Michał Ujazdowski czy Jarosław Sellin. Pokazałyby też, że polska klasa polityczna jest zdolna do myślenia w kategoriach innych niż ambicje i własna propaganda. Pojawiające się tu pojęcie „koalicji proreformatorskich” wydaje się być zaczątkiem takiego myślenia. A to, iż pojawia się w PiS, dowodzi zrozumienia, że z Samoobroną to można – i dobrze – rozwalić patologiczne WSI czy zbudować pierwszą niewywodzącą się z aparatu komunistycznego służbę, jaką będzie Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale na pewno nie da się zbudować nowoczesnej administracji. Nie da się przyciągać inwestorów i unijnych dotacji.
PiS ma zatem możliwość powrotu do centrum. Dojście do prawej ściany może być tylko koniecznym etapem w budowie silnej partii prawicowej. Być może rzeczywiście trzeba było ruszyć tam, by móc z oczyszczonym zapleczem walczy z PO – wciąż borykającą się z konkurencją ze strony Lewicy i Demokratów. Ten etap nie jest jeszcze zakończony. Pojawiające się w PiS rozważania na temat formalnego umocowania Romana Giertycha jako części tej partii lub stałego „zblokowanego” koalicjanta pokazują jednak, że koniec tego procesu jest bliski. Podobnie jak słabo dostrzeżone wstąpienie europarlamentarzystów wybranych z listy Samoobrony do frakcji współzakładanej przez polityków Prawa i Sprawiedliwości. Tak to będzie zapewne wyglądało. LPR to wewnętrznie zwarta i zorganizowana grupa, więc bardzo prawdopodobne jest jej zwasalizowanie. Samoobrona zaś to dzisiaj nie tyle partia, co spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, pełna karierowiczów kupujących po prostu miejsca na listach wyborczych. Tacy ludzie szybko i bez sentymentów porzucają upadające szyldy. Lepper będzie więc raczej łupem niż partnerem.
Oferta dla środka
To będzie długi proces. Jak twierdzą nieoficjalne źródła, Jarosław Kaczyński na razie ma zamiar skupić się przede wszystkim na pracy rządowej. Ponoć nie może się doczekać, kiedy zakończy zaczynający się dzisiaj objazd kraju i wsparcie kandydatów PiS w drugiej turze wyborów. Zaraz potem zamierza zająć się pracą rządową, rozstrzygnięciem kilku ostrych sporów między ministerstwami i oceną kilku ministrów. Żadna większa rekonstrukcja nie jest planowana, stanowiska straci natomiast kilku niesprawdzających się w ocenie premiera wiceministrów. W okresie powyborczym wtorkowe posiedzenia Rady Ministrów znów staną się długie i raczej rozgadane, tak różne od skondensowanych odpraw prowadzonych przez Kazimierza Marcinkiewicza.
Efekty pracy rządu, autostrady i reformy, mają być w oczach liderów PiS właśnie jedną z ofert dla wyborców środka. Politycy PiS przekonują, że teraz polityka partyjna straci tak wielkie znaczenie. Platformie niezmiernie trudno będzie nadal utrzymywać polaryzację PO – PiS, zacznie się raczej walka z nabierającą apetytów Lewicą i Demokratami. Dwa lata bez wyborów i (przynajmniej planowanych) przesileń – naturalnie – przenoszą punkt ciężkości polskiej polityki do rządu. Mało który gabinet w demokracji ma taką szansę. Zresztą także w tym upatrują ratunku Roman Giertych i Andrzej Lepper. Ten pierwszy uważa, że jeśli odniesie sukces w szkołach i przywróci porządek, to konserwatywni narodowcy do niego wrócą. Drugi zdaje sobie sprawę, że to wyłącznie jemu PSL zawdzięcza doskonały wynik na wsi. Wyborcy wiejscy nie rozumieli tej jego gry – najpierw wejście do rządu, potem paktowanie z opozycją, wreszcie wściekłe ataki na Kaczyńskiego. Sprawdziło się to, przed czym przestrzegał przed wyborami DZIENNIK – w polityce nie można bezkarnie dokonywać takich wolt, tak szybko porzucać haseł.
A zatem spokój w koalicji? Jeden z najważniejszych polityków PiS, minister obecnego rządu, długo się zastanawia. Wreszcie mówi: – Na zdrowy rozum tak. Tylko pamiętam te taśmy Beger, ataki Giertycha... Czy oni mają zdrowe rozumy?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|