Ogary poszły w las, a echo ich grania słychać nawet w felietonie Michała Ogórka w sobotnio-niedzielnej "Gazecie Wyborczej”. Łowy trwają już tydzień i trudno oprzeć się podziwowi dla wytrwałości myśliwych. Na Lisa by tak uparcie nie polowali. Polowanie zostało bowiem ogłoszone z powodu uczestnictwa w wieczorze wyborczym telewizji publicznej po wyborach samorządowych grupy dziennikarzy naszej gazety. Koło Łowieckie uznało, że poglądy komentatorów "Dziennika” są generalnie na tyle niesłuszne, że zezwolenie im na ich swobodne głoszenie zagraża pogłowiu Polaków chorobą epidemiczną albo nawet trwałymi zmianami genetycznymi. Jedyny ratunek to selekcja i odstrzał.
Nie wiem, jak się to polowanie skończy. Może Jarosław Kurski z "Gazety Wyborczej” ozdobi swój gabinet porożem Wildsteina, może podaruje je Lepperowi do siedziby
Samoobrony, a może to jednak sam Kurski, wypchany i z oczami z guzików, stanie w hallu na Woronicza z tacą na wizytówki w łapkach. Zobaczymy. Sezon łowiecki trwa. I to od dawna. Ciekawostką
obecnej obławy jest bowiem to, że jest tylko fragmentem sezonu. Bronisław Wildstein jest przeznaczony do odstrzału przez wiele kól myśliwskich od momentu nominacji. Był szargany i tarmoszony,
zanim cokolwiek jeszcze zrobił i kiedy zaczął coś robić. Jedyna Wielka Koalicja, jaka istnieje realnie w Polsce, to jest koalicja antywildsteinowska – należą do niej Lepper,
Giertych, SLD, rada nadzorcza TVP, część KRRiT, większość mediów z "Gazetą” na czele, Radio Maryja, zasiedziali pracownicy telewizji. Wildstein jest atakowany za różne
rzeczy – za niezależność i niepokorność z jednej, a za służebność z drugiej strony. Za życiorys, za poglądy, nawet za nazwisko, ale najbardziej za to, że chce trochę oczyścić
to zaśmierdłe bagienko telewizyjne. I za to, że może mu się udać.
Oczywiście w tej sytuacji nie dziwi uznanie, że telewizja publiczna za Roberta Kwiatkowskiego była lepsza. Za Kwiatkowskiego wszystko było lepiej – nie istniał na przykład DZIENNIK i
nie odbierał "Gazecie Wyborczej” czytelników. Świetnie było za Drawicza, kiedy "Wyborcza” w ogóle nie miała konkurencji. Ale tak Bogiem a prawdą najlepiej
było za Szczepańskiego, kiedy program wyborczy można było nagrać wraz z rezultatami na dwa tygodnie przed wyborami, starannie selekcjonując uczestników wedle ich zgodności z programem.
Oczywiście z programem telewizyjnym, misją i imponderbiliami. To, co było najzacniejsze za Szczepańskiego – Wildstein zamiast w telewizji siedział w gmachu SB w Krakowie.
Kolejny zarzut, jaki padł po odtrąbieniu nagonki, zdaje się że w "Rzeczpospolitej”, to nieobecność w studiu wyborczym polityków. No to muszę powiedzieć, że akurat ta okoliczność to największy sukces i TVP, i tego wieczoru. Największym nieszczęściem życia publicznego w Polsce jest, że politycy są nie tylko jego głównymi aktorami sceny politycznej, ale jednocześnie najważniejszymi jej recenzentami. Udział komentatorów, publicystów, w ogóle dziennikarzy w ocenie polityki i polityków jest mizerny w porównaniu z tą samoobsługą polityczną. Politycy dzień w dzień, od świtu do nocy, we wszystkich telewizjach i rozgłośniach radiowych oceniają się sami. Siebie, swoich kolegów i przeciwników. Trwa jeden wielki pytel polityczny i jeśli przez jeden wieczór dano ludziom odetchnąć od tych wszystkich Lepperów, Gosiewskich, Olejniczaków i Schetyn, to sukces. Wspaniale, w dodatku okazało się, że można. Mam nawet w związku z tym zamiar zaapelować do wszystkich mediów elektronicznych o ogłoszenie Wigilii dniem bez polityków, bo inaczej dowiemy się, że pastuszkowie przy żłóbku byli z Samoobrony, zwierzęta w stajence rozmawiały o Tusku i Gronkiewicz-Waltz, a Józef stary to po prostu Oleksy.
Wreszcie najśmieszniejsza wiadomość z kniei – Jarosław Kurski uważa, że telewizja Wildsteina powinna była ogłosić przetarg publiczny na zorganizowanie wieczoru wyborczego. Bo nawet jeśli DZIENNIK zapłacił za swoją obecność na antenie, współfinansując prezentowane w TVP SA wyborcze sondaże, to może "Wyborcza” dałaby więcej. No to powiedzmy otwarcie – cały program TVP jest realizowany niezgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych. Gdyby trzymać się litery prawa, na wszystko powinny być ogłaszane przetargi. Na przykład na "Wiadomości”. I to najlepiej codziennie. Przetarg na wieczór wyborczy mógłby na przykład wygrać ten facet z Białegostoku w tureckim swetrze. Tymczasem programy powstają nielegalnie, bez przetargów, a przecież niewątpliwie jakiś koncert orkiestra strażacka z Pniew odegrałaby taniej niż Zubin Mehta z Wiener Philharmoniker. Radzę się tym zająć, bo Wildstein rozrzuca publiczne pieniądze.
I po co to wszystko? Nie lepiej krótko, jasno i bez obłudy napisać, że konkurencji nie podoba się DZIENNIK, nie podobają się poglądy jego komentatorów i że Wildsteina powinien zastąpić
ktoś, kto nie wpuści ich za próg. Wygna do rezerwatu ścisłego, aby uratować resztę lasu dla pluralizmu i jego specyficznie polskiej odmiany – opluralizmu.
Ogary poszły w las, ale nie miejmy złudzeń – wrócą.