Dziennik Gazeta Prawana logo

"Co z Polską po wyborach?"

12 października 2007, 14:27
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Po wyborach samorządowych niemal wszystkie partie w Polsce mają jeszcze większy ból głowy niż przed wyborami. Nie jest zresztą wykluczone, że największy ból głowy mają zwycięzcy - pisze w "Fakcie" Tomasz Lis, dyrektor programowy Polsatu.
Kampania i wybory ujawniły wszystkie znane już problemy PO. Niedecyzyjność, brak klarownego przekazu, konflikt liderów. Platforma dostała premię za to, że jest największą partią antypisowską, ale wyborcy wciąż nie potrafią odpowiedzieć, czy oprócz tego, że PO jest przeciw czemuś, jest też także za czymś. A jeśli tak, to za czym? Sama Platforma ma wielkie problemy z odpowiedzią na pytanie, czym się różni od PiS oprócz tego, że nie ma w gronie jej członków braci Kaczyńskich. PO ma chyba trzy lata na znalezienie tych odpowiedzi, ale jeżeli będzie ich szukała w tym tempie, co dotychczas, trzy lata mogą nie wystarczyć.

"Co teraz zrobi PiS?" - pytało w wyborczy wieczór wielu komentatorów. Spróbuje przesunąć się w stron środka, czy też dokręci śrubę, zaostrzy retorykę i przyspieszy swą rewolucję? Odpowiadając, premier Kaczyński potwierdził istnienie antypisowskiego układu, za przegraną w Warszawie obwinił poprzednika swego brata i nie był nawet w stanie pogratulować zwycięzcy. Premier jasno dał do zrozumienia, że wraz ze zbliżaniem się do IV RP walka klasowa będzie się zaostrzać. Jarosław Kaczyński najwyraźniej boi się, że maszerując w stronę centrum osłabi wpływy PiS w elektoracie bardzo prawoskrętnym, a więc narazi się na to, że jego partia podzieli za trzy lata los SLD. Zdecydował więc, że lepiej zakonserwować swój elektorat, by ustrzec go przed awansami zdesperowanego Leppera, próbującego przejść do ofensywy Tuska i starających się odnaleźć nową tożsamość lewicy Olejniczaka i Borowskiego. Zapowiada to więc przedłużanie się najdłuższej wojny na górze w nowoczesnej Europie.

Wielki kłopot ma też lewica. Aleksander Kwaśniewski i Marek Borowski mogą czerpać satysfakcję z faktu, że odegrali w warszawskich wyborach rolę kingmakers, ludzi, którzy przechylili szalę w stronę jednego z kandydatów. To prawda. Ale w najmniejszym stopniu nie pomoże to w rozwiązaniu kłopotów centrolewu. Kto właściwie będzie jego liderem. Olejniczak? Borowski? Czy może aspirujący ponownie do tej roli, zresztą w mało dyskretny sposób, Miller? Jaka ma być ta nowa lewica? Czym jej lewicowość ma się różnić od lewicowości PiS. Jak zdobyć elektorat światopoglądowo liberalny, który wciąż wybiera PO, choć ta często ściga się o palmę partii najbardziej prawicowej z PiS? Bratobójcza wojna towarzysząca odpowiedziom na te pytania jest na lewicy całkiem prawdopodobna. Podobnie jak bratobójcza wojna dwóch jeszcze niedawno braci Zyty Gilowskiej - Tuska i Rokity. Cóż, do bratobójczej wojny z całą pewnością nie dojdzie jedynie w PiS.

Lepiej nie tracić czasu na snucie zbyt precyzyjnych scenariuszy, tym bardziej że polska polityka jest wybitnie nieprzewidywalna. W końcu rok temu, gdy Kazimierz Marcinkiewicz zostawał premierem trudno było przewidywać, że za rok będzie niemal bezrobotnym po przegranych wyborach na prezydenta Warszawy. Trudno też było przewidywać, że niemal całkowicie zmarginalizowany będzie w PO jej wcale nie tak dawny kandydat, jeśli nie na premiera, to na wicepremiera. Podobnie jak trudno było przewidywać, że o wynikach wyborów prezydenckich w Warszawie zdecyduje obśmiany na lewicy i pozostający nawet za burtą parlamentu Marek Borowski. Dziś mówimy o trzyletnim wyczekiwaniu na kolejne wybory, ale nasza polityka wciąż jest poddawana nieodgadnionym ruchom tektonicznym. Nie będzie z nich pewnie tsunami, ale stanie się pewnie wiele istotnych rzeczy, które dziś nie przychodzą nawet nikomu do głowy.

O ile wybory są już powodem bólu głowy polityków, o tyle powody do wielkiej satysfakcji mają obywatele. Wyborcza frekwencja nie rzuca może na kolana, ale była na poziomie frekwencji w amerykańskich wyborach prezydenckich, duża rzecz, biorąc pod uwagę, jak niesympatyczna i bezproduktywna stała się nasza polityka i jak brutalna stała się publiczna debata. Wyborcy przy okazji obalili też solidnie zakorzeniony stereotyp, że Polacy są niewdzięczni i przy pierwszej okazji "wygłosowują" ludzi, którym wcześniej powierzali władzę. Mieszkańcy Wrocławia, Poznania, Katowic, Gdańska i wielu innych polskich miast pokazali, że jest inaczej. Za wykonaną robotę dali swoim wybrańcom zasłużoną premię.

O ile lepsza byłaby polska polityka, gdyby sens tej lekcji zrozumieli politycy realizujący się na konferencjach prasowych i niewychodzący niemal z radiowych i telewizyjnych studiów. Zwycięstwem samorządności i demokracji w ogóle była też spektakularna porażka, jaką ponieśli entuzjaści dość prymitywnej akcji ze zmianą ordynacji wyborczej tuż przed wyborami. Sam sobie podłożyli nogę, co też powinno być dla nich - jak mawiał Sztyrlic, materiałem do przemyśleń. Krótko mówiąc, Polacy zdali egzamin. Politycy zaś, i to nie tylko politycy PiS, dostali żółtą kartkę. Ludzie stawiają poprzeczkę coraz wyżej, coraz bardziej trzeba się starać, by przez nią przeskoczyć. Coraz mniej czasu mają na skakanie.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj