"Seksafery miewają miejsce na całym świecie - tę polską wyróżnia jednak wątek korupcji politycznej" - pisze w DZIENNIKU Guy Sorman, francuski pisarz, filozof i publicysta.
Sposób, w jaki opinia publiczna w danym społeczeństwie odnosi się do seksu na politycznych szczytach, mówi wiele o tym kraju. Przede wszystkim jest bardzo dobrym
miernikiem tego, czy kraj ten jest chrześcijański, oraz tego, czy jest on demokratyczny. Jeśli weźmiemy na przykład Francję i poddamy ją badaniu według obydwu tych kryteriów, odkryjemy, że
odpowiedź i na pierwsze, i na drugie pytanie brzmi: nie. Socjalistyczny prezydent Francji Francois Mitterand miał dwie żony, przez długie lata utrzymywał liczne kochanki za państwowe
pieniądze, miał też nieślubne dziecko. Co więcej, specjalnie się z tym wszystkim nie krył, a mimo to nie wywołał moralnego oburzenia ani wielkiego skandalu. Protestowała przeciw jego
poczynaniom i potępiała je jedynie garstka, do której ja też się zaliczałem. Dlaczego tak się działo?
Dlatego, że Francja nie jest krajem ani demokratycznym, ani chrześcijańskim. W pewnym sensie przypomina raczej monarchię elekcyjną. Mamy wybory prezydenckie, ale tak naprawdę wybieramy w nich króla, bo nasza tradycja jest monarchistyczna. Lud francuski uważa, że prezydentowi przysługują takie same przywileje jak królowi Francji, czyli - jak wie już każde dziecko w podstawówce - prawo do wielu romansów i kochanek. W umyśle Francuzów władza polityczna łączy się z seksualną, toteż ludzi nie szokuje podobne zachowanie prezydentów. Pomniejsi politycy nie są jednak traktowani równie pobłażliwie. Im niżej w hierarchii społecznej, tym mniejsza tolerancja dla wybryków i wybujałego życia seksualnego. Ministrowie muszą się kryć z miłostkami, a posłom mogą one zrujnować karierę.
A gdyby prezydentem Francji została kobieta - jest to możliwość czysto teoretyczna - należy wątpić w to, czy ona również mogłaby mieć utrzymanków. We Francji nie ma bowiem tradycji rozwiązłych królowych. Jest za to tradycja rozwiązłych królów. Na tę tradycję nakłada się coraz większe zeświecczenie społeczeństwa francuskiego: media i większość intelektualistów przyjmują postawę antychrześcijańską i antykościelną, nie domagają się zatem przestrzegania zasad moralności chrześcijańskiej.
Z zupełnie przeciwną sytuacją mamy do czynienia w wypadku Stanów Zjednoczonych. Amerykańska opinia publiczna nienawidzi zachowań „królewskich”, gdyż instytucja prezydenta USA od samego początku reprezentowała antytezę królewskości. Zatem, gdy prezydenci zachowują się jak udzielni monarchowie i nadużywają swojej pozycji, wywołuje to ogromne skandale. Dodatkowo Amerykanie są narodem bardzo religijnym i postępowanie wbrew zasadom moralności chrześcijańskiej wywołuje u nich święte oburzenie. Uwikłanie się przez prezydenta Clintona w aferę rozporkową z Monicą Lewinsky poważnie zagroziło jego prezydenturze. Wykaraskał się tylko dzięki temu, że zdołał przedefiniować całą sprawę z obyczajowej na polityczną. Również niedawno wyszło na jaw, iż prezydent John F. Kennedy miał wiele kochanek. Gdyby wiedziano to już w latach 60., z pewnością straciłby posadę.
Z tego, co wiadomo do tej pory na temat skandalu w Polsce, reakcja na całą sprawę bliższa jest amerykańskiej. Jednak w całej aferze dochodzi element wykorzystywania seksualnego, a to karane jest z całą surowością zarówno w Ameryce, jak we Francji. W przywołanych przykładach Mitteranda i Clintona kobiety oddawały im się w pełni dobrowolnie, Monica Lewinsky twierdziła, że kochała się w Clintonie. Podobnie wynagradzanie stanowiskami za usługi seksualne jest w obu krajach uznawane za formę korupcji, czyli bardzo poważne przestępstwo, i także we Francji grozi karami wyższymi niż przekupstwo za pieniądze. Trzeba bowiem dokonać wyraźnego rozróżnienia pomiędzy „królem”, który utrzymuje metresy, a molestowaniem seksalnym czy robieniem kariery przez łóżko. Édith Cresson, która sprawowała funkcję premiera Francji na początku lat 90., była wprawdzie - jak głosi plotka - kochanką Mitteranda, ale nikt nie oskarża jej, że właśnie dzięki temu objęła stanowisko. We francuskiej polityce nie ujawniono podobnego skandalu, choć dochodziło do takich sytuacji w sektorze prywatnym. Polski skandal polityczny nie ma zatem odpowiednika we Francji.
Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik "Dziennika". Zadebiutował w 1983 r. pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książką "Rok koguta" (2006)
Dlatego, że Francja nie jest krajem ani demokratycznym, ani chrześcijańskim. W pewnym sensie przypomina raczej monarchię elekcyjną. Mamy wybory prezydenckie, ale tak naprawdę wybieramy w nich króla, bo nasza tradycja jest monarchistyczna. Lud francuski uważa, że prezydentowi przysługują takie same przywileje jak królowi Francji, czyli - jak wie już każde dziecko w podstawówce - prawo do wielu romansów i kochanek. W umyśle Francuzów władza polityczna łączy się z seksualną, toteż ludzi nie szokuje podobne zachowanie prezydentów. Pomniejsi politycy nie są jednak traktowani równie pobłażliwie. Im niżej w hierarchii społecznej, tym mniejsza tolerancja dla wybryków i wybujałego życia seksualnego. Ministrowie muszą się kryć z miłostkami, a posłom mogą one zrujnować karierę.
A gdyby prezydentem Francji została kobieta - jest to możliwość czysto teoretyczna - należy wątpić w to, czy ona również mogłaby mieć utrzymanków. We Francji nie ma bowiem tradycji rozwiązłych królowych. Jest za to tradycja rozwiązłych królów. Na tę tradycję nakłada się coraz większe zeświecczenie społeczeństwa francuskiego: media i większość intelektualistów przyjmują postawę antychrześcijańską i antykościelną, nie domagają się zatem przestrzegania zasad moralności chrześcijańskiej.
Z zupełnie przeciwną sytuacją mamy do czynienia w wypadku Stanów Zjednoczonych. Amerykańska opinia publiczna nienawidzi zachowań „królewskich”, gdyż instytucja prezydenta USA od samego początku reprezentowała antytezę królewskości. Zatem, gdy prezydenci zachowują się jak udzielni monarchowie i nadużywają swojej pozycji, wywołuje to ogromne skandale. Dodatkowo Amerykanie są narodem bardzo religijnym i postępowanie wbrew zasadom moralności chrześcijańskiej wywołuje u nich święte oburzenie. Uwikłanie się przez prezydenta Clintona w aferę rozporkową z Monicą Lewinsky poważnie zagroziło jego prezydenturze. Wykaraskał się tylko dzięki temu, że zdołał przedefiniować całą sprawę z obyczajowej na polityczną. Również niedawno wyszło na jaw, iż prezydent John F. Kennedy miał wiele kochanek. Gdyby wiedziano to już w latach 60., z pewnością straciłby posadę.
Z tego, co wiadomo do tej pory na temat skandalu w Polsce, reakcja na całą sprawę bliższa jest amerykańskiej. Jednak w całej aferze dochodzi element wykorzystywania seksualnego, a to karane jest z całą surowością zarówno w Ameryce, jak we Francji. W przywołanych przykładach Mitteranda i Clintona kobiety oddawały im się w pełni dobrowolnie, Monica Lewinsky twierdziła, że kochała się w Clintonie. Podobnie wynagradzanie stanowiskami za usługi seksualne jest w obu krajach uznawane za formę korupcji, czyli bardzo poważne przestępstwo, i także we Francji grozi karami wyższymi niż przekupstwo za pieniądze. Trzeba bowiem dokonać wyraźnego rozróżnienia pomiędzy „królem”, który utrzymuje metresy, a molestowaniem seksalnym czy robieniem kariery przez łóżko. Édith Cresson, która sprawowała funkcję premiera Francji na początku lat 90., była wprawdzie - jak głosi plotka - kochanką Mitteranda, ale nikt nie oskarża jej, że właśnie dzięki temu objęła stanowisko. We francuskiej polityce nie ujawniono podobnego skandalu, choć dochodziło do takich sytuacji w sektorze prywatnym. Polski skandal polityczny nie ma zatem odpowiednika we Francji.
Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik "Dziennika". Zadebiutował w 1983 r. pracą „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio opublikował portretującą przemiany we współczesnych Chinach książką "Rok koguta" (2006)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|