Chociaż należy wątpić, czy Putin osobiście wydał rozkaz rzeczywistemu mordercy, to jest odpowiedzialny za śmierć Litwinienki: przewodniczy sieci dawnych agentów służby bezpieczeństwa - pisze w DZIENNIKU Anne Appelbaum.
Przez te dziesięć dni, które upłynęły od czasu, gdy Aleksander Litwinienko, były agent KGB, zmarł w Londynie na skutek zatrucia materiałem radioaktywnym,
dowiedzieliśmy się bardzo wiele na temat jego śmierci, prawda?
Dowiedzieliśmy się, że Litwinienko zmarł, ponieważ jakimś sposobem przyjął do organizmu polon 210, stosunkowo rzadką substancję radioaktywną. Dowiedzieliśmy się, że tajemniczy Włoch Mario Scaramella – pracujący na własny rachunek „ekspert od spraw bezpieczeństwa”, który w zeszłym roku twierdził, że w zeszłym roku trafił na byłych KGB-istów sprzedających materiały jądrowe w maleńkim San Marino – też został otruty. Dowiedzieliśmy się, że różni inni byli agenci KGB kręcący się po Londynie również zostali napromieniowani polonem 210, podobnie jak restauracja japońska przy Piccadilly Circus, pewien londyński pokój hotelowy i parę samolotów. Widzieliśmy zdjęcie Litwinienki z KGB-owskimi rękawicami, czeczeńskim mieczem i flagą brytyjską. Widzieliśmy też fotografię Litwinienki podłączonego do kroplówek, na łożu śmierci.
Dowiedzieliśmy się również, że Litwinienko wiedział albo nie wiedział, kto parę miesięcy temu zamordował rosyjską dziennikarkę Annę Politkowską (oraz że ci sami ludzie mogli zamordować jego); że był albo nie był zamieszany w akcję szantażowania różnych prominentnych Rosjan (chyba że informacja ta została podrzucona prasie brytyjskiej); że był albo nie był w posiadaniu materiałów dowodzących, iż Kreml wrobił skazanego na więzienie miliardera i szefa Jukosu Michaiła Chodorkowskiego (chyba że to ludzie Chodorkowskiego, albo jacyś inni, chcą wzbudzić w nas to przekonanie); że posiadał albo nie posiadał dowodów na to, że Władimir Putin – kolejny były agent KGB, a obecnie prezydent Rosji – przed kilku laty rozkazał swoim siepaczom wysadzenie w powietrze paru bloków mieszkalnych, w ramach aktu terrorystycznego, który doprowadził do wybuchu obecnej wojny czeczeńskiej.
Kręte drogi czekistów
Innymi słowy, chociaż nie wiemy, kto zabił Litwinienkę, dowiedzieliśmy się, że Londyn jest znacznie ciekawszym miejscem, niż sądziliśmy. Dowiedzieliśmy się, że zawiłe fabuły powieści Dostojewskiego są tylko odbiciem rosyjskiej rzeczywistości. I wreszcie dowiedzieliśmy się, że dawne KGB żyje nadal w nowych przebraniach. A raczej przypomniano nam, że dawne KGB żyje nadal w nowych przebraniach, bo faktycznie wiedzieliśmy to już od jakiegoś czasu, ale woleliśmy o tym nie myśleć. To prawda, że byli kadrowi oficerowie KGB już nie należą do jednej wszechpotężnej instytucji. Niektórzy („najgłupsi”, jak utrzymuje Oleg Gordijewski, były podwójny agent) pozostali w agencji, wstępując albo do służby bezpieczeństwa (FSB), albo do wywiadu zagranicznego (SWR). Inni poszli do biznesu, niektórzy najęli się do ochrony nowych rosyjskich milionerów, niektórzy sami zostali nowymi rosyjskimi milionerami. Jeszcze inni – mówiąc wprost – zasilili zorganizowaną przestępczość. I wreszcie niektórzy – prezydent Putin jest tutaj najbardziej znanym przykładem – poszli do polityki.
Mimo ich bardzo zróżnicowanych losów od dawna jest oczywiste, że wielu z tych dawnych towarzyszy współpracuje ze sobą ze wzajemną korzyścią. Na przykład w 1999 r. grupę urodzonych w Rosji bankierów przyłapano na praniu pieniędzy przez nowojorski bank, przypuszczalnie z wykorzystaniem informacji w taki czy inny sposób pozyskanych od rosyjskich służb wywiadowczych. Wiele spośród największych rosyjskich firm zostało założonych za pieniądze tajemniczego pochodzenia i wielu byłych oficerów KGB stanęło u steru firm i banków.
Kto jest prawdziwym zabójcą?
Oczywiście te same obopólnie korzystne stosunki sprawią, że niezwykle trudno będzie znaleźć prawdziwego zabójcę Litwinienki. W końcu ten post-KGB-owski układ jest bardzo skomplikowany: są spiski wewnątrz spisków, są agenci agentów agentów, ludzie, którzy udają, że działają w imieniu jakiegoś konkretnego oligarchy albo czeczeńskiego powstańca, a w rzeczywistości działają na rzecz kogoś zupełnie innego. Całkiem możliwe, że Litwinienko został zamordowany przez „bandytów z tajnych służb”, jak podejrzewa brytyjska prasa. Możliwe jest również, że „bandyci z tajnych służb” pracowali dla kogoś, kto pracował dla Kremla albo dla jakiegoś rosyjskiego oligarchy bądź też dla kogoś, kto pracował dla jakiegoś rosyjskiego oligarchy, który pracował dla Kremla.
Jestem przekonana, że w toku śledztwa pojawi się o wiele więcej malowniczych postaci, wraz z licznymi teoriami na temat tego, kto kogo próbował skompromitować. Ale chociaż należy wątpić, czy Putin osobiście wydał rozkaz rzeczywistemu mordercy, w tym głębszym sensie to prezydent Rosji jest odpowiedzialny za śmierć Litwinienki: przewodniczy tej sieci dawnych agentów służby bezpieczeństwa, stanowi wręcz jej zwornik. I aprobuje ich metody. Jednym z jego pierwszych posunięć jako premiera w 1999 r. było odsłonięcie tablicy ku czci Jurija Andropowa, byłego szefa KGB znanego z brutalnego traktowania dysydentów. Nikt nie powinien być zaskoczony, że kiedy Putin został prezydentem, nękanie „dysydentów” dzisiejszej doby z każdym rokiem stawało się coraz bardziej brutalne – oraz że jego uwieńczeniem było to dziwne morderstwo.
Fakt, że byliśmy i jesteśmy zaskoczeni, jest zarazem tragiczny i paradoksalny. Od bez mała dziesięciu lat rozpaczliwie poszukujemy broni masowego rażenia i obcych nowych wrogów, czyli islamistycznych radykałów, którzy być może planują ich użycie. A teraz się przekonaliśmy, że naprawdę istnieją materiały nuklearne na sprzedaż i że naprawdę się ich używa do zabijania ludzi na Zachodzie. A mordercy nie są ani obcy, ani nowi, ani nawet islamistyczni.
Anne Applebaum, amerykańska publicystka, stała komentatorka „The Washington Post”. Specjalizuje się w stosunkach międzynarodowych, znawczyni spraw rosyjskich. Autorka „Gułagu”, monumentalnego dzieła o sowieckich obozach pracy, za który w 2004 roku otrzymała Nagrodę Pulitzera
Dowiedzieliśmy się, że Litwinienko zmarł, ponieważ jakimś sposobem przyjął do organizmu polon 210, stosunkowo rzadką substancję radioaktywną. Dowiedzieliśmy się, że tajemniczy Włoch Mario Scaramella – pracujący na własny rachunek „ekspert od spraw bezpieczeństwa”, który w zeszłym roku twierdził, że w zeszłym roku trafił na byłych KGB-istów sprzedających materiały jądrowe w maleńkim San Marino – też został otruty. Dowiedzieliśmy się, że różni inni byli agenci KGB kręcący się po Londynie również zostali napromieniowani polonem 210, podobnie jak restauracja japońska przy Piccadilly Circus, pewien londyński pokój hotelowy i parę samolotów. Widzieliśmy zdjęcie Litwinienki z KGB-owskimi rękawicami, czeczeńskim mieczem i flagą brytyjską. Widzieliśmy też fotografię Litwinienki podłączonego do kroplówek, na łożu śmierci.
Dowiedzieliśmy się również, że Litwinienko wiedział albo nie wiedział, kto parę miesięcy temu zamordował rosyjską dziennikarkę Annę Politkowską (oraz że ci sami ludzie mogli zamordować jego); że był albo nie był zamieszany w akcję szantażowania różnych prominentnych Rosjan (chyba że informacja ta została podrzucona prasie brytyjskiej); że był albo nie był w posiadaniu materiałów dowodzących, iż Kreml wrobił skazanego na więzienie miliardera i szefa Jukosu Michaiła Chodorkowskiego (chyba że to ludzie Chodorkowskiego, albo jacyś inni, chcą wzbudzić w nas to przekonanie); że posiadał albo nie posiadał dowodów na to, że Władimir Putin – kolejny były agent KGB, a obecnie prezydent Rosji – przed kilku laty rozkazał swoim siepaczom wysadzenie w powietrze paru bloków mieszkalnych, w ramach aktu terrorystycznego, który doprowadził do wybuchu obecnej wojny czeczeńskiej.
Kręte drogi czekistów
Innymi słowy, chociaż nie wiemy, kto zabił Litwinienkę, dowiedzieliśmy się, że Londyn jest znacznie ciekawszym miejscem, niż sądziliśmy. Dowiedzieliśmy się, że zawiłe fabuły powieści Dostojewskiego są tylko odbiciem rosyjskiej rzeczywistości. I wreszcie dowiedzieliśmy się, że dawne KGB żyje nadal w nowych przebraniach. A raczej przypomniano nam, że dawne KGB żyje nadal w nowych przebraniach, bo faktycznie wiedzieliśmy to już od jakiegoś czasu, ale woleliśmy o tym nie myśleć. To prawda, że byli kadrowi oficerowie KGB już nie należą do jednej wszechpotężnej instytucji. Niektórzy („najgłupsi”, jak utrzymuje Oleg Gordijewski, były podwójny agent) pozostali w agencji, wstępując albo do służby bezpieczeństwa (FSB), albo do wywiadu zagranicznego (SWR). Inni poszli do biznesu, niektórzy najęli się do ochrony nowych rosyjskich milionerów, niektórzy sami zostali nowymi rosyjskimi milionerami. Jeszcze inni – mówiąc wprost – zasilili zorganizowaną przestępczość. I wreszcie niektórzy – prezydent Putin jest tutaj najbardziej znanym przykładem – poszli do polityki.
Mimo ich bardzo zróżnicowanych losów od dawna jest oczywiste, że wielu z tych dawnych towarzyszy współpracuje ze sobą ze wzajemną korzyścią. Na przykład w 1999 r. grupę urodzonych w Rosji bankierów przyłapano na praniu pieniędzy przez nowojorski bank, przypuszczalnie z wykorzystaniem informacji w taki czy inny sposób pozyskanych od rosyjskich służb wywiadowczych. Wiele spośród największych rosyjskich firm zostało założonych za pieniądze tajemniczego pochodzenia i wielu byłych oficerów KGB stanęło u steru firm i banków.
Kto jest prawdziwym zabójcą?
Oczywiście te same obopólnie korzystne stosunki sprawią, że niezwykle trudno będzie znaleźć prawdziwego zabójcę Litwinienki. W końcu ten post-KGB-owski układ jest bardzo skomplikowany: są spiski wewnątrz spisków, są agenci agentów agentów, ludzie, którzy udają, że działają w imieniu jakiegoś konkretnego oligarchy albo czeczeńskiego powstańca, a w rzeczywistości działają na rzecz kogoś zupełnie innego. Całkiem możliwe, że Litwinienko został zamordowany przez „bandytów z tajnych służb”, jak podejrzewa brytyjska prasa. Możliwe jest również, że „bandyci z tajnych służb” pracowali dla kogoś, kto pracował dla Kremla albo dla jakiegoś rosyjskiego oligarchy bądź też dla kogoś, kto pracował dla jakiegoś rosyjskiego oligarchy, który pracował dla Kremla.
Jestem przekonana, że w toku śledztwa pojawi się o wiele więcej malowniczych postaci, wraz z licznymi teoriami na temat tego, kto kogo próbował skompromitować. Ale chociaż należy wątpić, czy Putin osobiście wydał rozkaz rzeczywistemu mordercy, w tym głębszym sensie to prezydent Rosji jest odpowiedzialny za śmierć Litwinienki: przewodniczy tej sieci dawnych agentów służby bezpieczeństwa, stanowi wręcz jej zwornik. I aprobuje ich metody. Jednym z jego pierwszych posunięć jako premiera w 1999 r. było odsłonięcie tablicy ku czci Jurija Andropowa, byłego szefa KGB znanego z brutalnego traktowania dysydentów. Nikt nie powinien być zaskoczony, że kiedy Putin został prezydentem, nękanie „dysydentów” dzisiejszej doby z każdym rokiem stawało się coraz bardziej brutalne – oraz że jego uwieńczeniem było to dziwne morderstwo.
Fakt, że byliśmy i jesteśmy zaskoczeni, jest zarazem tragiczny i paradoksalny. Od bez mała dziesięciu lat rozpaczliwie poszukujemy broni masowego rażenia i obcych nowych wrogów, czyli islamistycznych radykałów, którzy być może planują ich użycie. A teraz się przekonaliśmy, że naprawdę istnieją materiały nuklearne na sprzedaż i że naprawdę się ich używa do zabijania ludzi na Zachodzie. A mordercy nie są ani obcy, ani nowi, ani nawet islamistyczni.
Anne Applebaum, amerykańska publicystka, stała komentatorka „The Washington Post”. Specjalizuje się w stosunkach międzynarodowych, znawczyni spraw rosyjskich. Autorka „Gułagu”, monumentalnego dzieła o sowieckich obozach pracy, za który w 2004 roku otrzymała Nagrodę Pulitzera
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|