Skandal lustracyjny z abp. Stanisławem Wielgusem w roli głównej to skutek wcześniejszych decyzji hierarchii. Gdyby nie postawa biskupów, Kościół już dawno rozliczyłby swoją przeszłość i uchronił się przed gigantycznymi skandalami - pisze w "Fakcie" publicysta Tomasz Terlikowski.
"Upadać jest rzeczą ludzką, ale szatańską jest trwać w błędzie"- mawiał kard. Stefan Wyszyński. I słów tych trudno nie odnieść do obecnej
sytuacji. Niszczenie zwolenników lustracji, udawanie, że kolejne ujawniane dokumenty i raporty agentów w sutannach są całkowicie niewiarygodne, a księża, których dotyczą, są całkowicie
niewinni - mogło się wydawać skuteczną (choć niemoralną) metodą obrony dobrego imienia Kościoła jeszcze dwa lata temu. Jednak kolejne skandale lustracyjne wyraźnie pokazały, że zamiatanie
spraw pod dywan i rzucanie gromów na dziennikarzy i historyków zajmujących się lustracją jest działaniem nie tylko przynoszącym ujmę wiarygodności moralnej hierarchii, ale także
nieskutecznym. Badania i tak są bowiem prowadzone, a lepiej lub gorzej udokumentowane (w przypadku publikacji "Gazety Polskiej" raczej gorzej) teksty dziennikarskie
powstają.
Jak zatem powinno wyglądać działanie hierarchii w tej trudnej sprawie? I z moralnego i pragmatycznego punktu widzenia może być ono tylko jedno: prośba do IPN-u o natychmiastowe odtajnienie dokumentów i błyskawiczne ich przebadanie (tu standardy działań wyznaczyła redakcja "Więzi") i opublikowanie. Powtarzanie jak mantry zapewnień o "wierze w osobistą uczciwość abp. Wielgusa" niczego nie wyjaśnia, a wezwania do "szacunku dla Ojca Świętego" są zwyczajnym moralnym szantażem, mającym jedynie utrudnić konieczną dla polskiego Kościoła debatę. Jeśli zatem biskupi rzeczywiście chcą bronić dobrego imienia swojego współbrata i jeśli są pewni, że jest on niewinny – to nie powinni dostrzegać problemu w opublikowaniu dotyczących go materiałów.
Takie działania są jednak lekarstwem wyłącznie na ten konkretny lustracyjny skandal. Jeśli jednak chce się uniknąć kolejnych, to konieczne jest (i to natychmiast) powołanie sprawnie działającej komisji, która zajęłaby się opublikowaniem (z odpowiednimi komentarzami) wszystkich akt dotyczących Kościoła. Akcja taka trwałaby oczywiście wiele lat, ale wyraźnie pokazałaby, że hierarchia nie boi się prawdy i nie zamierza bronić agentów za wszelką cenę. Kolejnym krokiem byłoby powołanie specjalnej komisji pojednawczej, która mogłaby pomagać rzeczywiście skruszonym TW w pojednaniu się z Kościołem. Takie działania stałyby się wyrazistym świadectwem nie tylko moralnej mocy hierarchii, ale także duszpasterskim wzorem podnoszenia się z upadków dla milionów świeckich.
Ale dość tych marzeń. Reakcje biskupów na sprawę abp. Wielgusa wyraźnie pokazały, że takiej moralnej odnowy nie będzie. Rada Stała Konferencji Episkopatu nawet nie zająknęła się o konieczności weryfikacji oskarżeń "Gazety Polskiej", zamiast tego, jak zwykle potępiła "dziką lustrację" i oznajmiła, że "sam fakt rozmowy księdza z pracownikami komunistycznych służb bezpieczeństwa nie może świadczyć o niemoralnej współpracy, jako że niejednokrotnie miała ona charakter urzędowy, bądź też musiała być podjęta z racji naukowych czy duszpasterskich"… Podobne wyrazy zaufania skierował do abp. Wielgusa kardynał Stanisław Dziwisz, a ks. Paweł Ptasznik z sekcji polskiej zapewnił, że Benedykt XVI darzy nowo mianowanego metropolitę warszawskiego "pełnym zaufaniem".
Jednym słowem, zamiast dowodów na niewinność nowego metropolity warszawskiego lub choćby nadziei na wyjaśnienie jego sprawy, nakazano wiernym uwierzyć w czystość abp. Wielgusa. Problem polega tylko na tym, że wiara dotyczy rzeczy niewidzialnych, a nie jak najbardziej empirycznego faktu współpracy (lub jej braku) z bezpieką.
Skutki zaś takich decyzji będą opłakane. Nowy metropolita warszawski rozpocznie bowiem swoje urzędowanie w cieniu niewyjaśnionej (a jeśli "Gazeta Polska" lub kto inny opublikuje dokumenty to już wyjaśnionej) współpracy z bezpieką. Trudno zaś sobie wyobrazić, by takie podejrzenia (czy być może w przyszłości już nie podejrzenia) nie miały wpływu na autorytet metropolity. Czy biskupi naprawdę tego nie dostrzegają? Czy naprawdę są przekonani, że tak poważne zarzuty można przemilczeć? Czy nie mają świadomości, że w ten sposób podważają zaufanie do najbardziej szanowanej przez Polaków instytucji i w imię świętego spokoju dla agentów w sutannach rozmywają standardy, których Kościół od wieków nauczał?
Tomasz P. Terlikowski, publicysta Polskapresse
Jak zatem powinno wyglądać działanie hierarchii w tej trudnej sprawie? I z moralnego i pragmatycznego punktu widzenia może być ono tylko jedno: prośba do IPN-u o natychmiastowe odtajnienie dokumentów i błyskawiczne ich przebadanie (tu standardy działań wyznaczyła redakcja "Więzi") i opublikowanie. Powtarzanie jak mantry zapewnień o "wierze w osobistą uczciwość abp. Wielgusa" niczego nie wyjaśnia, a wezwania do "szacunku dla Ojca Świętego" są zwyczajnym moralnym szantażem, mającym jedynie utrudnić konieczną dla polskiego Kościoła debatę. Jeśli zatem biskupi rzeczywiście chcą bronić dobrego imienia swojego współbrata i jeśli są pewni, że jest on niewinny – to nie powinni dostrzegać problemu w opublikowaniu dotyczących go materiałów.
Takie działania są jednak lekarstwem wyłącznie na ten konkretny lustracyjny skandal. Jeśli jednak chce się uniknąć kolejnych, to konieczne jest (i to natychmiast) powołanie sprawnie działającej komisji, która zajęłaby się opublikowaniem (z odpowiednimi komentarzami) wszystkich akt dotyczących Kościoła. Akcja taka trwałaby oczywiście wiele lat, ale wyraźnie pokazałaby, że hierarchia nie boi się prawdy i nie zamierza bronić agentów za wszelką cenę. Kolejnym krokiem byłoby powołanie specjalnej komisji pojednawczej, która mogłaby pomagać rzeczywiście skruszonym TW w pojednaniu się z Kościołem. Takie działania stałyby się wyrazistym świadectwem nie tylko moralnej mocy hierarchii, ale także duszpasterskim wzorem podnoszenia się z upadków dla milionów świeckich.
Ale dość tych marzeń. Reakcje biskupów na sprawę abp. Wielgusa wyraźnie pokazały, że takiej moralnej odnowy nie będzie. Rada Stała Konferencji Episkopatu nawet nie zająknęła się o konieczności weryfikacji oskarżeń "Gazety Polskiej", zamiast tego, jak zwykle potępiła "dziką lustrację" i oznajmiła, że "sam fakt rozmowy księdza z pracownikami komunistycznych służb bezpieczeństwa nie może świadczyć o niemoralnej współpracy, jako że niejednokrotnie miała ona charakter urzędowy, bądź też musiała być podjęta z racji naukowych czy duszpasterskich"… Podobne wyrazy zaufania skierował do abp. Wielgusa kardynał Stanisław Dziwisz, a ks. Paweł Ptasznik z sekcji polskiej zapewnił, że Benedykt XVI darzy nowo mianowanego metropolitę warszawskiego "pełnym zaufaniem".
Jednym słowem, zamiast dowodów na niewinność nowego metropolity warszawskiego lub choćby nadziei na wyjaśnienie jego sprawy, nakazano wiernym uwierzyć w czystość abp. Wielgusa. Problem polega tylko na tym, że wiara dotyczy rzeczy niewidzialnych, a nie jak najbardziej empirycznego faktu współpracy (lub jej braku) z bezpieką.
Skutki zaś takich decyzji będą opłakane. Nowy metropolita warszawski rozpocznie bowiem swoje urzędowanie w cieniu niewyjaśnionej (a jeśli "Gazeta Polska" lub kto inny opublikuje dokumenty to już wyjaśnionej) współpracy z bezpieką. Trudno zaś sobie wyobrazić, by takie podejrzenia (czy być może w przyszłości już nie podejrzenia) nie miały wpływu na autorytet metropolity. Czy biskupi naprawdę tego nie dostrzegają? Czy naprawdę są przekonani, że tak poważne zarzuty można przemilczeć? Czy nie mają świadomości, że w ten sposób podważają zaufanie do najbardziej szanowanej przez Polaków instytucji i w imię świętego spokoju dla agentów w sutannach rozmywają standardy, których Kościół od wieków nauczał?
Tomasz P. Terlikowski, publicysta Polskapresse
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|