Nasza ekipa telewizyjnych "Faktów" w Rzymie była zupełnie nieprzygotowana na to, co się działo po śmierci Jana Pawła II - pisze w DZIENNIKU Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka "Faktów" TVN, była w Rzymie od zgonu Papieża do Jego pogrzebu.
Przede wszystkim dlatego, że ta śmierć osobiście nas poruszyła. Tak jak zresztą wszystkich, myślę. Więc najpierw musieliśmy się uporać z własnymi emocjami. I
to nie było łatwe, dlatego że każdy z nas przeżywał odejście Ojca Świętego. Ja także.
Kiedy dotarła do mnie wiadomość o Jego śmierci, doznałam trochę takiego uczucia, jakby się świat zawalił, kompletnie się rozsypał. Musiałam się jakoś pozbierać i jeszcze tej nocy po prostu rzuciłam się w wir pracy, jakby nawiązując do nauczania Jana Pawła II, że praca jest - jak pisał w jednej z encyklik, "Laborem exerces" - podstawowym wymiarem bytowania człowieka na ziemi. Więc pomyślałam, że teraz muszę dać z siebie wszystko.
To była też chęć zagłuszenia swoich emocji. Pracowałam prawie całą noc, a najgorszy był moment, kiedy wróciłam do hotelu i zostałam sama. I wtedy to wszystko nagle do mnie dotarło. Do tej pory trudno jest mi o tym mówić.
Zaskoczyły mnie te dzikie tłumy dziennikarzy przybyłych z całego świata, te wozy transmisyjne, relacje na żywo. Byłam przekonana, że będę to przeżywać sama, ewentualnie z moimi kolegami z redakcji, dziennikarzami, nie zdawałam sobie sprawy, że będę to przeżywać z całym światem.
Kiedy ciało Papieża wystawiono w Sali Klementyńskiej i jechałam tam, zaproszona, pożegnać się z Papieżem, zobaczyłam kłębiącą się kolejkę dyplomatów i różnych innych osób, które zostały zaproszone do Watykanu, żeby złożyć ostatni hołd Ojcu Świętemu, w końcu uświadomiłam sobie, co się dzieje. Wiedziałam oczywiście, że mnóstwo ludzi było związanych z Janem Pawłem II, odwiedzało go, więc to, że się tu znaleźli, nie było dziwne, a mimo to ta kolejka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Potem dotarłam do Sali Klementyńskiej i nie mogłam przekroczyć jej progu. Wchodziłam i cofałam się, wchodziłam i cofałam się i tak parę razy, bo po prostu bałam się tego momentu, nie wiedziałam, jak zareaguję, gdy zobaczę Papieża. I kiedy w końcu odważyłam się tam wejść i ujrzałam Jego twarz, nagle odzyskałam trochę spokoju.
Twarz Papieża, taka łagodna, pogodzona, pozwoliła mi wytłumić emocje. To był tylko moment, bo, oczywiście, każdy podchodził, klękał na parę sekund i wychodził, ale dzięki temu powróciła równowaga. Chociaż, oczywiście, strasznie ciężko było mi wtedy pracować, bo gdy wchodziłam na antenę na żywo, zdając relację z Rzymu, a jednocześnie słyszałam przez słuchawkę w uchu na przykład wieści z Wadowic, to, co się tam działo, albo widziałam gdzieś na podglądzie to, co się działo wtedy w Polsce, było mi strasznie trudno się opanować. Po prostu łzy mi płynęły ciurkiem, a jednocześnie robiłam wszystko, żeby tego nie było widać.
Uznałam bowiem, że nie mogę epatować na antenie swoimi uczuciami, bo przeżywam to nie tylko ja, lecz każdy człowiek w Polsce. Ja tu mam relacjonować dla innych - może nie sucho, wiadomo, że nikt nie oczekiwał, iż będę absolutnie obiektywnym dziennikarzem. Moim zadaniem było właśnie przekazać także emocje, ale nie swoje, tylko innych. To było dla mnie strasznie trudne, bo z jednej strony musiałam się jakoś opanować, a z drugiej nie potrafiłam. Przed każdym wejściem na żywo myślałam głównie o tym, żeby nie dać się ponieść emocjom.
Po tych pierwszych dwóch dniach do Rzymu zaczęli przyjeżdżać pielgrzymi. Papieża przeniesiono do Bazyliki Świętego Piotra i wtedy dopiero zobaczyłam prawdziwe tłumy. Kolejka do Ojca Świętego zrobiła się naprawdę ogromna. Wywarło to na mnie tak duże wrażenie, że w tej kolejce przestałam te sześć czy siedem dni dzielących nas od pogrzebu, w dzień i w nocy. Cały czas rozmawiałam ze stojącymi w niej ludźmi, nie tylko Polakami, także Amerykanami, Anglikami, Włochami, Filipińczykami... Powstała w tych dniach niesamowita wspólnota ludzi poruszonych tym, co się stało, a jednocześnie chcących być razem. I to mi strasznie pomogło.
Bo myśmy zupełnie się nie spodziewali - właściwie nikt się nie spodziewał - że tyle osób przyjedzie do Rzymu żegnać Papieża. Pamiętam, któregoś dnia pojechałam do hotelu i gdy wróciłam z powrotem, patrzę, a ta kolejka ma już kilka kilometrów, niknie gdzieś nad Tybrem. Podeszłam do tych ludzi, pytam ich, czy wiedzą, jak długo będą stali. Oni mi mówią, że tak, że 16 godzin. Mówili to z takimi pogodnymi minami, pewni, że muszą oddać hołd Ojcu Świętemu. Było w tym coś niesamowitego i ta atmosfera się udzielała.
Właśnie pielgrzymi strasznie pomogli nam, dziennikarzom - przynajmniej mnie. Ta kolejka była szalenie życzliwa, serdeczna, tam nie dochodziło do żadnych incydentów, jakie zwykle w kolejkach się zdarzają, jakichś złych emocji. Wręcz przeciwnie, wszyscy sobie nawzajem pomagali. Tam przecież były małe dzieci, które miały różne potrzeby, ktoś chciał się napić, ktoś skorzystać z toalety. W bocznych uliczkach młodzi ludzie spali w śpiworach... To wszystko razem sprawiło, że odejście Jana Pawła II nie było tak straszne, dlatego że nikt nie był samotny w tym czasie i to było w tych dniach największą wartością.
Miałam takie poczucie, że muszę pokazać to, co się dzieje, że to jest mój bardzo ważny obowiązek. Cała Polska widziała, jak Rzym, jak świat oddaje hołd Papieżowi. Pamiętam też inne niesamowite przeżycie, kiedy całą naszą faktową ekipą postanowiliśmy pójść do Papieża, no a nie mogliśmy stać w kolejce, bo musieliśmy pracować. Zaprzyjaźniony ksiądz umówił się z nami o 23.00 przy bocznym wejściu do Bazyliki i obiecał nas wpuścić. No więc staliśmy o umówionej porze pod tą boczną bramą, ale w końcu wyrzucono nas stamtąd. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nagle zobaczyliśmy podjeżdżające opancerzone samochody z amerykańskimi flagami, z których wysiedli Bill Clinton, George Bush i jego żona.
To było piękne, bo okazało się, że w obliczu śmierci Jana Pawła II wszyscy jesteśmy sobie równi, że ci wielcy tego świata są tacy sami jak zwykli ludzie, że wszyscy przeżywamy to samo, nasze emocje są wspólne. Po ich odjeździe weszliśmy do środka - było nas ze 14 osób - podchodziliśmy do Papieża, trzymając się za ręce, trochę drżeliśmy; ja też, choć już byłam trochę oswojona, bo przecież wcześniej widziałam Go w Sali Klementyńskiej. I wtedy podszedł do nas ksiądz Dziwisz, wziął mnie za rękę i rozmawiał z nami, dziękował nam za pracę. Jego ręka była całkowicie spokojna i on sam też był niesamowicie spokojny, a przecież przeżywał to bardziej niż my. Ten jego spokój udzielił się i nam.
Potem był pogrzeb. Miałam wejściówkę do pierwszych rzędów i wtedy pomyślałam sobie, że te dwie godziny mszy pogrzebowej wykorzystam tylko dla siebie, że teraz już nie pracuję, one są tylko dla mnie. Że chcę przez te dwie godziny być tylko pielgrzymem, tylko człowiekiem, a nie także dziennikarzem. Chciałam przeżyć tę śmierć po swojemu. Oczywiście, gdzieś tam z tyłu głowy wiedziałam, że muszę uważać, co mówi w swej homilii kardynał Ratzinger, bo potem to wszystko musiałam zrelacjonować, ale chciałam sobie dać ten czas tylko dla siebie jako człowieka, który też ma swoją odporność i nie może wciąż pracować. Chociaż wtedy właściwie wszyscy pracowaliśmy non stop, po kilkanaście godzin dziennie i właściwie nikt tego nie odczuwał. Codziennie miało się poczucie, że się robi najważniejszy materiał na świecie, w życiu, w dziennikarskiej karierze. No i wtedy na tej mszy - szalenie uroczystej - poddałam się nastrojowi chwili, urokowi pięknego głosu diakona, który śpiewał po łacinie: "Módlcie się za nami, módlcie się za nami". Do tej pory mam w uszach ten śpiew.
Potem rozmawiałam z opatem benedyktyńskim z Niemiec, szalenie ciepłym, który widząc te emocje u dziennikarzy, nie tylko polskich, także z CNN, Fox News, tłumaczył nam, jak to należy przeżywać: że trzeba się pogodzić, że Papież jest już w niebie... Tak troszkę jak dzieciom. Wszyscy byli bardzo poruszeni, nie widziałam u nikogo maski profesjonalizmu na twarzy. I nawet jeśli ktoś odczuwał mniejsze poruszenie, bo nie łudźmy się, nie dla każdego Papież musiał być ważną osobą w życiu, to potem to, co się działo w Rzymie, czyli ta kolejka, te tłumy ludzi, kazało nawet najbardziej obojętnym troszkę zweryfikować swoje opinie, swoje emocje i poddać się w jakimś sensie temu żalowi. Nie ma co mówić, ten tydzień był najważniejszym wydarzeniem w moim życiu.
W tych dniach zaskoczyło mnie też to, jak pięknie i dojrzale potrafią mówić o Papieżu i tym, ile znaczył w ich życiu, zwykli ludzie, w jak głęboki i niebanalny sposób. To nie były tylko puste zdania w rodzaju: szkoda, że odszedł, ale mądre refleksje na temat znaczenia tej śmierci dla ich codziennego życia. Oczywiście potem czas weryfikował te postawy. Ale mimo wszystko ta lekcja gdzieś w nas została. Wierzę, że będziemy umieli czerpać z tego doświadczenia. Mamy jakiś punkt odniesienia. Śmierć Papieża wyzwoliła w nas w tych dniach ogromne pokłady dobra, odbywaliśmy - jak to się później mówiło - narodowe rekolekcje i chociaż nie trwało to długo, dobrze, że coś takiego przeżyliśmy, bo dzięki temu mamy do czego się odwoływać. Myślę, że to nasze ówczesne pojednanie, gesty w postaci pogodzenia kibiców rywalizujących ze sobą drużyn, będzie procentować w przyszłości. Zawsze można do tego wrócić, przypomnieć sobie tamto doświadczenie, kiedy byliśmy lepsi, bo może pomóc nam znów stać się lepszymi.
Kiedy dotarła do mnie wiadomość o Jego śmierci, doznałam trochę takiego uczucia, jakby się świat zawalił, kompletnie się rozsypał. Musiałam się jakoś pozbierać i jeszcze tej nocy po prostu rzuciłam się w wir pracy, jakby nawiązując do nauczania Jana Pawła II, że praca jest - jak pisał w jednej z encyklik, "Laborem exerces" - podstawowym wymiarem bytowania człowieka na ziemi. Więc pomyślałam, że teraz muszę dać z siebie wszystko.
To była też chęć zagłuszenia swoich emocji. Pracowałam prawie całą noc, a najgorszy był moment, kiedy wróciłam do hotelu i zostałam sama. I wtedy to wszystko nagle do mnie dotarło. Do tej pory trudno jest mi o tym mówić.
Zaskoczyły mnie te dzikie tłumy dziennikarzy przybyłych z całego świata, te wozy transmisyjne, relacje na żywo. Byłam przekonana, że będę to przeżywać sama, ewentualnie z moimi kolegami z redakcji, dziennikarzami, nie zdawałam sobie sprawy, że będę to przeżywać z całym światem.
Kiedy ciało Papieża wystawiono w Sali Klementyńskiej i jechałam tam, zaproszona, pożegnać się z Papieżem, zobaczyłam kłębiącą się kolejkę dyplomatów i różnych innych osób, które zostały zaproszone do Watykanu, żeby złożyć ostatni hołd Ojcu Świętemu, w końcu uświadomiłam sobie, co się dzieje. Wiedziałam oczywiście, że mnóstwo ludzi było związanych z Janem Pawłem II, odwiedzało go, więc to, że się tu znaleźli, nie było dziwne, a mimo to ta kolejka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Potem dotarłam do Sali Klementyńskiej i nie mogłam przekroczyć jej progu. Wchodziłam i cofałam się, wchodziłam i cofałam się i tak parę razy, bo po prostu bałam się tego momentu, nie wiedziałam, jak zareaguję, gdy zobaczę Papieża. I kiedy w końcu odważyłam się tam wejść i ujrzałam Jego twarz, nagle odzyskałam trochę spokoju.
Twarz Papieża, taka łagodna, pogodzona, pozwoliła mi wytłumić emocje. To był tylko moment, bo, oczywiście, każdy podchodził, klękał na parę sekund i wychodził, ale dzięki temu powróciła równowaga. Chociaż, oczywiście, strasznie ciężko było mi wtedy pracować, bo gdy wchodziłam na antenę na żywo, zdając relację z Rzymu, a jednocześnie słyszałam przez słuchawkę w uchu na przykład wieści z Wadowic, to, co się tam działo, albo widziałam gdzieś na podglądzie to, co się działo wtedy w Polsce, było mi strasznie trudno się opanować. Po prostu łzy mi płynęły ciurkiem, a jednocześnie robiłam wszystko, żeby tego nie było widać.
Uznałam bowiem, że nie mogę epatować na antenie swoimi uczuciami, bo przeżywam to nie tylko ja, lecz każdy człowiek w Polsce. Ja tu mam relacjonować dla innych - może nie sucho, wiadomo, że nikt nie oczekiwał, iż będę absolutnie obiektywnym dziennikarzem. Moim zadaniem było właśnie przekazać także emocje, ale nie swoje, tylko innych. To było dla mnie strasznie trudne, bo z jednej strony musiałam się jakoś opanować, a z drugiej nie potrafiłam. Przed każdym wejściem na żywo myślałam głównie o tym, żeby nie dać się ponieść emocjom.
Po tych pierwszych dwóch dniach do Rzymu zaczęli przyjeżdżać pielgrzymi. Papieża przeniesiono do Bazyliki Świętego Piotra i wtedy dopiero zobaczyłam prawdziwe tłumy. Kolejka do Ojca Świętego zrobiła się naprawdę ogromna. Wywarło to na mnie tak duże wrażenie, że w tej kolejce przestałam te sześć czy siedem dni dzielących nas od pogrzebu, w dzień i w nocy. Cały czas rozmawiałam ze stojącymi w niej ludźmi, nie tylko Polakami, także Amerykanami, Anglikami, Włochami, Filipińczykami... Powstała w tych dniach niesamowita wspólnota ludzi poruszonych tym, co się stało, a jednocześnie chcących być razem. I to mi strasznie pomogło.
Bo myśmy zupełnie się nie spodziewali - właściwie nikt się nie spodziewał - że tyle osób przyjedzie do Rzymu żegnać Papieża. Pamiętam, któregoś dnia pojechałam do hotelu i gdy wróciłam z powrotem, patrzę, a ta kolejka ma już kilka kilometrów, niknie gdzieś nad Tybrem. Podeszłam do tych ludzi, pytam ich, czy wiedzą, jak długo będą stali. Oni mi mówią, że tak, że 16 godzin. Mówili to z takimi pogodnymi minami, pewni, że muszą oddać hołd Ojcu Świętemu. Było w tym coś niesamowitego i ta atmosfera się udzielała.
Właśnie pielgrzymi strasznie pomogli nam, dziennikarzom - przynajmniej mnie. Ta kolejka była szalenie życzliwa, serdeczna, tam nie dochodziło do żadnych incydentów, jakie zwykle w kolejkach się zdarzają, jakichś złych emocji. Wręcz przeciwnie, wszyscy sobie nawzajem pomagali. Tam przecież były małe dzieci, które miały różne potrzeby, ktoś chciał się napić, ktoś skorzystać z toalety. W bocznych uliczkach młodzi ludzie spali w śpiworach... To wszystko razem sprawiło, że odejście Jana Pawła II nie było tak straszne, dlatego że nikt nie był samotny w tym czasie i to było w tych dniach największą wartością.
Miałam takie poczucie, że muszę pokazać to, co się dzieje, że to jest mój bardzo ważny obowiązek. Cała Polska widziała, jak Rzym, jak świat oddaje hołd Papieżowi. Pamiętam też inne niesamowite przeżycie, kiedy całą naszą faktową ekipą postanowiliśmy pójść do Papieża, no a nie mogliśmy stać w kolejce, bo musieliśmy pracować. Zaprzyjaźniony ksiądz umówił się z nami o 23.00 przy bocznym wejściu do Bazyliki i obiecał nas wpuścić. No więc staliśmy o umówionej porze pod tą boczną bramą, ale w końcu wyrzucono nas stamtąd. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nagle zobaczyliśmy podjeżdżające opancerzone samochody z amerykańskimi flagami, z których wysiedli Bill Clinton, George Bush i jego żona.
To było piękne, bo okazało się, że w obliczu śmierci Jana Pawła II wszyscy jesteśmy sobie równi, że ci wielcy tego świata są tacy sami jak zwykli ludzie, że wszyscy przeżywamy to samo, nasze emocje są wspólne. Po ich odjeździe weszliśmy do środka - było nas ze 14 osób - podchodziliśmy do Papieża, trzymając się za ręce, trochę drżeliśmy; ja też, choć już byłam trochę oswojona, bo przecież wcześniej widziałam Go w Sali Klementyńskiej. I wtedy podszedł do nas ksiądz Dziwisz, wziął mnie za rękę i rozmawiał z nami, dziękował nam za pracę. Jego ręka była całkowicie spokojna i on sam też był niesamowicie spokojny, a przecież przeżywał to bardziej niż my. Ten jego spokój udzielił się i nam.
Potem był pogrzeb. Miałam wejściówkę do pierwszych rzędów i wtedy pomyślałam sobie, że te dwie godziny mszy pogrzebowej wykorzystam tylko dla siebie, że teraz już nie pracuję, one są tylko dla mnie. Że chcę przez te dwie godziny być tylko pielgrzymem, tylko człowiekiem, a nie także dziennikarzem. Chciałam przeżyć tę śmierć po swojemu. Oczywiście, gdzieś tam z tyłu głowy wiedziałam, że muszę uważać, co mówi w swej homilii kardynał Ratzinger, bo potem to wszystko musiałam zrelacjonować, ale chciałam sobie dać ten czas tylko dla siebie jako człowieka, który też ma swoją odporność i nie może wciąż pracować. Chociaż wtedy właściwie wszyscy pracowaliśmy non stop, po kilkanaście godzin dziennie i właściwie nikt tego nie odczuwał. Codziennie miało się poczucie, że się robi najważniejszy materiał na świecie, w życiu, w dziennikarskiej karierze. No i wtedy na tej mszy - szalenie uroczystej - poddałam się nastrojowi chwili, urokowi pięknego głosu diakona, który śpiewał po łacinie: "Módlcie się za nami, módlcie się za nami". Do tej pory mam w uszach ten śpiew.
Potem rozmawiałam z opatem benedyktyńskim z Niemiec, szalenie ciepłym, który widząc te emocje u dziennikarzy, nie tylko polskich, także z CNN, Fox News, tłumaczył nam, jak to należy przeżywać: że trzeba się pogodzić, że Papież jest już w niebie... Tak troszkę jak dzieciom. Wszyscy byli bardzo poruszeni, nie widziałam u nikogo maski profesjonalizmu na twarzy. I nawet jeśli ktoś odczuwał mniejsze poruszenie, bo nie łudźmy się, nie dla każdego Papież musiał być ważną osobą w życiu, to potem to, co się działo w Rzymie, czyli ta kolejka, te tłumy ludzi, kazało nawet najbardziej obojętnym troszkę zweryfikować swoje opinie, swoje emocje i poddać się w jakimś sensie temu żalowi. Nie ma co mówić, ten tydzień był najważniejszym wydarzeniem w moim życiu.
W tych dniach zaskoczyło mnie też to, jak pięknie i dojrzale potrafią mówić o Papieżu i tym, ile znaczył w ich życiu, zwykli ludzie, w jak głęboki i niebanalny sposób. To nie były tylko puste zdania w rodzaju: szkoda, że odszedł, ale mądre refleksje na temat znaczenia tej śmierci dla ich codziennego życia. Oczywiście potem czas weryfikował te postawy. Ale mimo wszystko ta lekcja gdzieś w nas została. Wierzę, że będziemy umieli czerpać z tego doświadczenia. Mamy jakiś punkt odniesienia. Śmierć Papieża wyzwoliła w nas w tych dniach ogromne pokłady dobra, odbywaliśmy - jak to się później mówiło - narodowe rekolekcje i chociaż nie trwało to długo, dobrze, że coś takiego przeżyliśmy, bo dzięki temu mamy do czego się odwoływać. Myślę, że to nasze ówczesne pojednanie, gesty w postaci pogodzenia kibiców rywalizujących ze sobą drużyn, będzie procentować w przyszłości. Zawsze można do tego wrócić, przypomnieć sobie tamto doświadczenie, kiedy byliśmy lepsi, bo może pomóc nam znów stać się lepszymi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|