Dziennik Gazeta Prawana logo

O leczeniu grypy trądem

13 października 2007, 14:00
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Nie wiadomo, jak ma postąpić podejrzana o łapówkarstwo posłanka SLD Małgorzata Ostrowska. Dopiero co Platforma Obywatelska wybawiła ją z rąk PiS-owskiego aparatu represji, a już poseł Rafał Grupiński radzi jej, aby zrzekła się immunitetu. Czyli aby wydała się na łaskę i niełaskę złej, upolitycznionej prokuratury - pisze Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.
Ten brak logiki to ilustracja dylematów opozycji, która nie może odmówić prawomocności obecnemu aparatowi państwowemu, ale chce ograniczyć jego prawo zajmowania się politykami opozycji. Donald Tusk ogłosił już zresztą rewizję swoich poglądów na zniesienie poselskiego immunitetu - do niedawna jednego z fundamentów programu PO. Tusk nie wyjaśnił jednak, czy immunitet na być zachowany na zawsze, czy do momentu aż straci władzę PiS.

Można by uznać ten epizod za kolejny przykład instrumentalnego stosowania wyborczych haseł. Gdyby nie szef klubu PO Bogdan Zdrojewski, który spróbował opatrzeć stanowisko partii głębszym uzasadnieniem. Można by je streścić tak: opowiemy się na powrót za skasowaniem immunitetu, gdy urząd prokuratora generalnego zostanie oddzielony od urzędu ministra sprawiedliwości.

Koniec manipulacji?
Przypomnijmy, że dziś prokuratura jest podporządkowana ministrowi i zorganizowana hierarchicznie. Prokurator cieszy się gwarancjami niezależności, ale tak naprawdę jego zwierzchnik ma możliwości wywierania na niego presji - formalnej i nieformalnej. Zdrojewski przypomniał o sporze, który toczy się w Polsce od dobrych paru lat.

W 2003 roku za rozdzieleniem obu funkcji opowiedział się SLD-owski minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk. On sam mógł być dowodem na obie tezy - że trzeba i że nie trzeba tak postąpić. To on zapewnił osłonę prokuratorom badającym sprawę starachowicką, która doprowadziła do procesu ważnych działaczy SLD. I to on przez pół roku nie zrobił nic ze swoją wiedzą na temat sprawy Rywina. A gdy śledztwo wreszcie się zaczęło, było prowadzone tak bojaźliwie, że prokuraturę musiała wyręczać sejmowa komisja śledcza.

Można też szukać wcześniejszych, nieraz drastycznych przykładów na konflikt prawa z polityką. Jerzego Jaskierni, który blokując śledztwo w sprawie wykształcenia Aleksandra Kwaśniewskiego, wymienił kierownictwo prokuratury warszawskiej. Czy Hanny Suchockiej, która przeszkadzała w badaniu sprawy inwigilacji prawicy, będąc sama jej bohaterką. Opozycja uważa, że obecny minister Zbigniew Ziobro także miesza prawo z polityką. I mimo że trudno mu odmówić zapału w forsowaniu sensownych zmian (na przykład usprawniania sądowych procedur), parę razy rzeczywiście dał się złapać na politycznej stronniczości. Choćby wtedy, gdy wspierał powagą swojego urzędu bałamutne oskarżenia posła Jacka Kurskiego wymierzone w PO.

Wszystko to byłoby argumentem na rzecz zmian postulowanych dziś przez opozycję. Idea niezależności prokuratury staje się zresztą ważnym składnikiem swoistej poprawności politycznej środowisk niechętnych obecnej władzy. Popiera ją nie tylko opozycja, także komentatorzy niektórych mediów (choć uczciwie powiedzmy w przypadku "Gazety Wyborczej" pogląd ten formułowano jeszcze przed dojściem PiS do władzy) i wielu prawników - nieraz tak szacownych jak Andrzej Zoll. Podstawowy argument jest prosty: skoro politycy manipulują prokuraturą, trzeba im odebrać narzędzie manipulacji.

Opozycja bez wątpliwości
W 2003 roku pisałem na łamach "Newsweeka" tekst sumujący argumenty zwolenników i przeciwników propozycji Kurczuka. Wówczas politycy byli dużo ostrożniejsi w osądach. PiS opowiadał się całkowicie za obecnym systemem - choć to przecież bracia Kaczyńscy padli ofiarą ukręcania łba śledztwu w sprawie inwigilacji. Ale też Ryszard Kalisz z SLD pytał wstrzemięźliwie: na czym po tej zmianie miałaby polegać odpowiedzialność rządu za politykę karną? A Jan Rokita zdecydowanie odrzucał ten pomysł, przestrzegając przed brakiem odpowiedzialności prokuratorskiej korporacji przed kimkolwiek.

Dziś Kalisz zmienił zdanie wraz z całą lewicą, a Rokita wśród pakietu swoich propozycji też wpisał pomysł rozdzielenia obu stanowisk. Racje opozycji przedstawia Julia Pitera, minister sprawiedliwości w gabinecie cieni PO. "To przy obecnym systemie prokuratorzy boją się podjąć decyzję, czy prowadzić jakiekolwiek śledztwo. Ich działania robią raczej wrażenie zbierania haków na polityków" - twierdzi posłanka. I formułuje konkretny postulat: prokurator generalny wybierany na sześć lat przez parlament. Niezależny jak rzecznik praw obywatelskich.

W 2003 roku Kalisz reprezentował partię rządzącą, a Rokita szykował się do przejęcia władzy po wyborach. Dziś obaj wypowiadają się z ław opozycji. Może wtedy kierowali się wasnym interesem, a dziś widzą lepiej realia?

Niekoniecznie. Twierdzę, że choć wiele obserwacji krytyków obecnego systemu jest trafnych, lekarstwo podsuwane nam przez opozycję jest gorsze od choroby. Leczenie grypy trądem nigdy nie dawało dobrych rezultatów.

Widmo korporacji
Zauważa to również wielu prawników. "Większość parlamentarna wybierze prokuratora generalnego. I co dalej?" - pyta profesor Andrzej Siemaszko. "Będzie on nadal polityczny, za to kompletnie niezależny od opinii publicznej" - odpowiada sam sobie.

Siemaszko to szef komisji kodyfikacyjnej przy ministrze sprawiedliwości. Ale jego wątpliwości podziela w dużej mierze Andrzej Rzepliński, zgłaszany niedawno przez PO na rzecznika praw obywatelskich. "Albo taki prokurator będzie uprawiał własną politykę, albo następna większość rządowa odwoła go, uchwalając specjalną ustawę" - przewiduje profesor.

Kropkę nad "i" stawia ogólnie szanowany były prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz: Ten pomysł SLD sprzed paru lat mógł być receptą na to, jak zachować wpływ na prokuraturę po przegranych wyborach.
Porównanie z rzecznikiem praw obywatelskich jest o tyle nietrafne, że od rzecznika zależy tak naprawdę niewiele. A prokuratura to przecież potężna struktura będąca - mimo ograniczenia przez sądy - panem życia, wolności i własności milionów obywateli. Mimowolnie nasuwa się tu analogia z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji dzielącą łupy, jakim zawsze były media publiczne. Wybierana przez polityków, stawała się owszem niezależna, ale czy bezstronna?

Puśćmy jednak na moment wodze fantazji i przyjmijmy, że politycy się samoograniczą. Czy wówczas będzie lepiej? Gdy pisałem w 2003 roku tekst o pomyśle Kurczuka, największymi entuzjastami reformy byli sami prokuratorzy. Zapewniali, że zależy im na autentycznej niezależności, że wykorzystają ją dla dobra prowadzonych przez nich śledztw. Ale czy na pewno - nie kwestionując szczerości tych deklaracji - taka byłaby główna konsekwencja tej zmiany?

"Kiedy słyszę o tak wielkim entuzjazmie prokuratorów dla reformy, zapala mi się w głowie lampka ostrzegawcza" - zauważa profesor Siemaszko. Rzepliński ujmuje to dosadniej: "Przy obecnej nieudolności, przy braku poszanowania prokuratorów dla prawa, ktoś musi patrzeć im na ręce".

Czy ten ktoś, ma być jednym z nich? Bo prokuratura to rzeczywiście korporacja. Wiele razy przyłapywana choćby na nadmiernej pobłażliwości wobec swoich członków. W 2002 roku śledztwo "Newsweeka" doprowadziło do zdemaskowania prokuratora katowickiego Jerzego Hopa, odpowiedzialnego za korupcję wielkich rozmiarów. Czy jego koledzy nie widzieli niczego nieprawidłowego w jego postępowaniu? Zapewne widzieli. I przymykali oczy.

Julia Pitera uważa, że wystarczającym zabezpieczeniem będzie dbałość prokuratora generalnego o własną opinię. "Przecież ten człowiek, wybierany na pojedynczą kadencję, będzie potem szukał dalszej kariery w wymiarze sprawiedliwości" - przekonuje. Czy jednak troska o własną reputację hamowała w Polsce kogokolwiek przed czymkolwiek?

Mieszane recepty
Różne państwa odmiennie rozwiązują tę kwestię. Minister sprawiedliwości jest prokuratorem generalnym w USA i we Francji - którym trudno przypisać brak praworządności. Są i kraje które - czasem, likwidując spuściznę po dyktaturze, jak Hiszpania czy Estonia - uniezależniły, też w różnym stopniu, prokuraturę od władzy wykonawczej.

Profesor Rzepliński słusznie zauważa: wszystko zależy od poziomu kultury prawnej w danym państwie. To mogłoby przemawiać w Polsce za oddzieleniem prokuratury od bieżącego władztwa ministra, bo żadna ekipa nie uniknęła pokusy upartyjniania wszystkiego co się rusza. Ale są przecież i inne argumenty.

Pojęcie "impossibilizm (niemożność - P.Z.) państwa" wymyślił wprawdzie Jarosław Kaczyński, ale nie on wymyślił samo zjawisko. Można narzekać na obecny stan śledztw, ale trudno sobie wyobrazić prokuratorów ożywionych z własnej woli wielką determinacją, aby się komukolwiek narażać. Aby popychać proces oczyszczania państwa do przodu. Tu potrzebna jest jednak wola polityczna. Kogoś, kto ponosi odpowiedzialność przed opinią publiczną. Także za błędy. Także za własną stronniczość.

Niezależnie myślący prawnicy, krytyczni wobec obecnej władzy i obecnego stanu prawnego, próbują szukać rozwiązań pośrednich. Adam Strzembosz proponuje, aby prokuratury działały - jak w Polsce międzywojennej - przy sądach. Minister zachowujący funkcję prokuratora generalnego mógłby na nie oddziaływać poprzez ogólne zalecenia, ale nie ingerencje w śledztwa.

Z kolei Rzepliński chciałby powierzyć władzę nad prokuraturą prokuratorowi krajowemu. Podlegałby on ministrowi sprawiedliwości, ale jego kandydaturę zatwierdzałby Sejm. Na dokładkę kwalifikowaną większością (na przykład 3/5) tak, aby stanowisko to otrzymał człowiek cieszący się zaufaniem nie tylko rządzących, ale i opozycji.

Obecna władza idzie w odwrotnym kierunku - wzmacniając, a nie osłabiając swój wpływ na prokuratury i z pewnością nie konsultując własnej polityki kadrowej z opozycją. To ostatnie wydaje się niestety, w obecnym stanie politycznych emocji, utopią. Czas pokaże, co będzie istotniejszym następstwem takiego kursu. Może rozliczenie choć drobnego ułamka afer - co było jedną z najważniejszych obietnic PiS w kampanii wyborczej, a co trudno osiągnąć bez ręcznego sterowania prokuratorami. A może przede wszystkim pomaganie sobie łokciami w politycznych rozgrywkach.

Niemniej taki ułomny system jest zawsze do rozliczenia - przynajmniej przy wyborczej urnie. To, co proponuje opozycja, to - w stanie czystym - recepta na jeszcze większe upolitycznienie prokuratury, albo na oddanie jej w ręce kolejnej bezkarnej korporacji. Może trzeba myśleć nad receptami mieszanymi. Ale nie warto się zastanawiać nad wylewaniem dziecka z kąpielą!
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj