"Prezydent Juszczenko, rozwiązując parlament, stanął w obronie konstytucji, suwerenności i narodowych interesów Ukrainy" - pisze w DZIENNIKU Borys Tarasiuk, były minister spraw zagranicznych Ukrainy. "Prezydent Juszczenko popełnił błąd. Na przyspieszonych wyborach może wygrać tylko Janukowycz" - odpowiada Gleb Pawłowski, doradca Kremla.
"Prezydent walczy o ocalenie demokracji"
Borys Tarasiuk, były minister spraw zagranicznych, współtwórca Naszej Ukrainy Wiktora Juszczenki
To, co się dzieje teraz na Ukrainie, nie jest kwestią politycznej walki na szczytach władzy. Tu nie o to chodzi. Prezydent wydał dekret o rozwiązaniu parlamentu, by uratować demokrację i wartości, jakie przyświecały pomarańczowej rewolucji.
To nie jest walka prezydenta z premierem i popierającą go koalicją o władzę, ale o to, jaka ma być Ukraina. Prezydent stanął w obronie konstytucji, suwerenności i narodowych interesów Ukrainy, a przede wszystkim państwowości jako takiej.
Nasz kraj przeżywa obecnie poważny kryzys polityczny, chociaż nie przyjął on jeszcze tak ostrej formy jak pomarańczowa rewolucja w 2004 roku. Partia Socjalistyczna, która do wyborów szła pod pomarańczowymi sztandarami, kiedy znalazła sie w parlamencie, przeszła do obozu Janukowycza. To zdrada wyborców i niedopuszczalne polityczne oszustwo. To był z ich strony obrzydliwy cynizm, ale dla dobra państwa i prezydent, i opozycja pozaparlamentarna jakoś się z tym pogodzili. Ale kiedy Janukowycz zaczął przeciągać na swoją stronę deputowanych Naszej Ukrainy, przekupywać ich i zastraszać, prezydent jako gwarant konstytucji nie mógł nie zareagować. Stanął więc na straży praw wyborców. Do tego zobowiązuje go ustawa zasadnicza.
Oczywiście, był to radykalny krok, ale zachowanie koalicji pokazało, że nie tylko nie jest ona skłonna do kompromisu, ale staje się coraz bardziej agresywna i bezwzględna. Ignoruje konstytucję, tworzy przepisy niezgodne z ustawą zasadniczą, próbuje przejąć kompetencje prezydenta. Nie można było tego dłużej tolerować. Jeśli prezydent nie zareagowałby, w kraju doszłoby do uzurpacji władzy. To z kolei, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, doprowadziłoby do autorytaryzmu i paraliżu instytucji władzy państwowej.
Prezydent jest otwarty na porozumienie. Chce szukać kompromisu, za każdym razem występował z propozycją negocjacji, ale zachowanie drugiej strony wykluczyło jakiekolwiek rozmowy. Dlatego rozwiązanie przez niego parlamentu było konieczne.
Koalicja nie uznała tej decyzji i ma do tego prawo. Ale ma jednocześnie obowiązek poddać się prezydenckiemu dekretowi pod groźbą odpowiedzialności karnej. Jeśli się z nim nie zgadza, powinna zwrócić się do Sądu Konstytucyjnego.
Trudno przewidzieć, jak dalej rozwinie się sytuacja. Nie można wykluczyć żadnego wariantu. Nie sądzę jednak, by doszło do otwartej konfrontacji. W czasie pomarańczowej rewolucji zagrożenie rozlewem krwi było większe. Reżim Kuczmy trzymał w gotowości bojowej specjalne oddział MSW, ale na szczęście starczyło mu rozsądku, by ich nie użyć. W obecnej sytuacji jedyną stroną, która może sprowokować siłowe rozwiązanie, jest rząd Janukowycza i koalicja. Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do tego. Tym bardziej że trzeba się też liczyć z nastrojami w społeczeństwie, które jest przeciwne użyciu siły.
Ukraińcy reagują tym razem mniej emocjonalnie niż w 2004 roku, ale nie są obojętni. Udowodnili to w sobotę w centrum Kijowa, gdzie zorganizowane mityngi zmobilizowały tysiące zwolenników i prezydenta, i koalicji. Dla mnie pocieszające jest to, że tych pierwszych było więcej.
"Juszczenko jest już na straconej pozycji"
Gleb Pawłowski, doradca Kremla, w 2004 roku kierował kampanią prezydencką Wiktora Janukowycza
Ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko popełnił w poniedziałek poważny błąd, rozwiązując parlament. Myślę, że do tego desperackiego i absolutnie bezsensownego kroku zachęciła go nie tylko opozycja, z którą się zbytnio nie lubi, ale przede wszystkim jego administracja, która boi się osłabienia pozycji prezydenta jeszcze bardziej niż on sam.
Obecna sytuacja zagraża stabilności państwa, co do tego zgadzają się wszyscy, nawet prezydent Juszczenko, który sam sprowokował tę sytuację. Polityka na Ukrainie do tej pory nie osiągnęła odpowiedniego standardu, jest wyjątkowo niestabilna i nieuporządkowana. Społeczeństwo odczuwa to na własnej skórze i odnosi się wyjątkowo krytycznie do politycznego chaosu i ciągłej niepewności przebiegu procesów politycznych w kraju. Trudno powiedzieć, że którakolwiek ze stron cieszy się społecznym autorytetem. Nie jest tak ani w wypadku prezydenta, ani Rady Najwyższej. Tylko Julii Tymoszenko udało się utrzymać jako taki poziom społecznego zaufania.
Mimo to na zwycięskiej pozycji jest w zasadzie tylko Wiktor Janukowycz, który na całej sytuacji może tylko zyskać. Praktycznie każdy obrót wydarzeń będzie dla niego korzystny. Dlatego nie ustąpi bez walki, a na przedterminowe wybory zgodzi się tylko na własnych warunkach. Ich wynik, nawet jeśli nie poprawi obecnego rozkładu głosów, to w najgorszym razie go potwierdzi. Stracić może tylko lider socjalistów Ołeksandr Moroz, którego partia może nie przekroczyć progu wyborczego. Premier Janukowycz zażąda na pewno jednoczesnych wyborów prezydenckich, chociaż Juszczenko zrobi wszystko, by do nich nie dopuścić.
Jak z tego wybrnąć? Sytuację powinien rozstrzygnąć Sąd Konstytucyjny i koalicja Janukowycza zapowiedziała już, że zwróci się do tej instancji. Problem w tym, że Sąd Konstytucyjny na Ukrainie nie jest do końca niezależny. Każda strona politycznego konfliktu wie dokładnie, iloma głosami w nim dysponuje. Dlatego trybunał nie spełnia zbyt dobrze swojej funkcji regulatora - niezależnej trzeciej instancji, która ma pomóc w rozstrzygnięciu sporu.
Myślę, że ta sytuacja daje Moskwie wyjątkowe instrumenty do ręki. Dzięki temu, że utrzymuje ona w miarę dobre stosunki ze wszystkimi uczestnikami sporu, może między nimi mediować. Tradycyjne dobre relacje z Partią Regionów i członkami większościowej koalicji, a także całkiem niezłe kontakty z Wiktorem Juszczenką i nawet z Julią Tymoszenko, każą przypuszczać, że Kreml wykorzysta wszystkie możliwości - może nawet bezpośrednie negocjacje - by zażegnać narastający kryzys. To leży w interesie wszystkich stron.
Myślę, że to społeczeństwo będzie czynnikiem, który zmusi strony do jakiegoś kompromisu. Politycy muszą się liczyć z tym, że ich zachowanie już dostatecznie rozdrażniło Ukraińców. I dlatego sądzę, że obu stronom starczy dobrej woli, by jakoś pokojowo rozwiązać powstały impas. To nie powinno trwać długo, bo data wyborów wyznaczona przez Juszczenkę jest dość bliska, a z drugiej strony parlament odmawia ich finansowania. To czasowe ograniczenie zapewne przyspieszy rozstrzygnięcie sytuacji, i albo zostaną przeniesione wybory, albo zostanie osiągnięty konsensus.
Nie sądzę więc, by doszło do otwartej konfrontacji, chociaż w takich sytuacjach bardzo trudno przewidywać rozwój wydarzeń i tu mogę się mylić.
Borys Tarasiuk, były minister spraw zagranicznych, współtwórca Naszej Ukrainy Wiktora Juszczenki
To, co się dzieje teraz na Ukrainie, nie jest kwestią politycznej walki na szczytach władzy. Tu nie o to chodzi. Prezydent wydał dekret o rozwiązaniu parlamentu, by uratować demokrację i wartości, jakie przyświecały pomarańczowej rewolucji.
To nie jest walka prezydenta z premierem i popierającą go koalicją o władzę, ale o to, jaka ma być Ukraina. Prezydent stanął w obronie konstytucji, suwerenności i narodowych interesów Ukrainy, a przede wszystkim państwowości jako takiej.
Nasz kraj przeżywa obecnie poważny kryzys polityczny, chociaż nie przyjął on jeszcze tak ostrej formy jak pomarańczowa rewolucja w 2004 roku. Partia Socjalistyczna, która do wyborów szła pod pomarańczowymi sztandarami, kiedy znalazła sie w parlamencie, przeszła do obozu Janukowycza. To zdrada wyborców i niedopuszczalne polityczne oszustwo. To był z ich strony obrzydliwy cynizm, ale dla dobra państwa i prezydent, i opozycja pozaparlamentarna jakoś się z tym pogodzili. Ale kiedy Janukowycz zaczął przeciągać na swoją stronę deputowanych Naszej Ukrainy, przekupywać ich i zastraszać, prezydent jako gwarant konstytucji nie mógł nie zareagować. Stanął więc na straży praw wyborców. Do tego zobowiązuje go ustawa zasadnicza.
Oczywiście, był to radykalny krok, ale zachowanie koalicji pokazało, że nie tylko nie jest ona skłonna do kompromisu, ale staje się coraz bardziej agresywna i bezwzględna. Ignoruje konstytucję, tworzy przepisy niezgodne z ustawą zasadniczą, próbuje przejąć kompetencje prezydenta. Nie można było tego dłużej tolerować. Jeśli prezydent nie zareagowałby, w kraju doszłoby do uzurpacji władzy. To z kolei, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, doprowadziłoby do autorytaryzmu i paraliżu instytucji władzy państwowej.
Prezydent jest otwarty na porozumienie. Chce szukać kompromisu, za każdym razem występował z propozycją negocjacji, ale zachowanie drugiej strony wykluczyło jakiekolwiek rozmowy. Dlatego rozwiązanie przez niego parlamentu było konieczne.
Koalicja nie uznała tej decyzji i ma do tego prawo. Ale ma jednocześnie obowiązek poddać się prezydenckiemu dekretowi pod groźbą odpowiedzialności karnej. Jeśli się z nim nie zgadza, powinna zwrócić się do Sądu Konstytucyjnego.
Trudno przewidzieć, jak dalej rozwinie się sytuacja. Nie można wykluczyć żadnego wariantu. Nie sądzę jednak, by doszło do otwartej konfrontacji. W czasie pomarańczowej rewolucji zagrożenie rozlewem krwi było większe. Reżim Kuczmy trzymał w gotowości bojowej specjalne oddział MSW, ale na szczęście starczyło mu rozsądku, by ich nie użyć. W obecnej sytuacji jedyną stroną, która może sprowokować siłowe rozwiązanie, jest rząd Janukowycza i koalicja. Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do tego. Tym bardziej że trzeba się też liczyć z nastrojami w społeczeństwie, które jest przeciwne użyciu siły.
Ukraińcy reagują tym razem mniej emocjonalnie niż w 2004 roku, ale nie są obojętni. Udowodnili to w sobotę w centrum Kijowa, gdzie zorganizowane mityngi zmobilizowały tysiące zwolenników i prezydenta, i koalicji. Dla mnie pocieszające jest to, że tych pierwszych było więcej.
"Juszczenko jest już na straconej pozycji"
Gleb Pawłowski, doradca Kremla, w 2004 roku kierował kampanią prezydencką Wiktora Janukowycza
Ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko popełnił w poniedziałek poważny błąd, rozwiązując parlament. Myślę, że do tego desperackiego i absolutnie bezsensownego kroku zachęciła go nie tylko opozycja, z którą się zbytnio nie lubi, ale przede wszystkim jego administracja, która boi się osłabienia pozycji prezydenta jeszcze bardziej niż on sam.
Obecna sytuacja zagraża stabilności państwa, co do tego zgadzają się wszyscy, nawet prezydent Juszczenko, który sam sprowokował tę sytuację. Polityka na Ukrainie do tej pory nie osiągnęła odpowiedniego standardu, jest wyjątkowo niestabilna i nieuporządkowana. Społeczeństwo odczuwa to na własnej skórze i odnosi się wyjątkowo krytycznie do politycznego chaosu i ciągłej niepewności przebiegu procesów politycznych w kraju. Trudno powiedzieć, że którakolwiek ze stron cieszy się społecznym autorytetem. Nie jest tak ani w wypadku prezydenta, ani Rady Najwyższej. Tylko Julii Tymoszenko udało się utrzymać jako taki poziom społecznego zaufania.
Mimo to na zwycięskiej pozycji jest w zasadzie tylko Wiktor Janukowycz, który na całej sytuacji może tylko zyskać. Praktycznie każdy obrót wydarzeń będzie dla niego korzystny. Dlatego nie ustąpi bez walki, a na przedterminowe wybory zgodzi się tylko na własnych warunkach. Ich wynik, nawet jeśli nie poprawi obecnego rozkładu głosów, to w najgorszym razie go potwierdzi. Stracić może tylko lider socjalistów Ołeksandr Moroz, którego partia może nie przekroczyć progu wyborczego. Premier Janukowycz zażąda na pewno jednoczesnych wyborów prezydenckich, chociaż Juszczenko zrobi wszystko, by do nich nie dopuścić.
Jak z tego wybrnąć? Sytuację powinien rozstrzygnąć Sąd Konstytucyjny i koalicja Janukowycza zapowiedziała już, że zwróci się do tej instancji. Problem w tym, że Sąd Konstytucyjny na Ukrainie nie jest do końca niezależny. Każda strona politycznego konfliktu wie dokładnie, iloma głosami w nim dysponuje. Dlatego trybunał nie spełnia zbyt dobrze swojej funkcji regulatora - niezależnej trzeciej instancji, która ma pomóc w rozstrzygnięciu sporu.
Myślę, że ta sytuacja daje Moskwie wyjątkowe instrumenty do ręki. Dzięki temu, że utrzymuje ona w miarę dobre stosunki ze wszystkimi uczestnikami sporu, może między nimi mediować. Tradycyjne dobre relacje z Partią Regionów i członkami większościowej koalicji, a także całkiem niezłe kontakty z Wiktorem Juszczenką i nawet z Julią Tymoszenko, każą przypuszczać, że Kreml wykorzysta wszystkie możliwości - może nawet bezpośrednie negocjacje - by zażegnać narastający kryzys. To leży w interesie wszystkich stron.
Myślę, że to społeczeństwo będzie czynnikiem, który zmusi strony do jakiegoś kompromisu. Politycy muszą się liczyć z tym, że ich zachowanie już dostatecznie rozdrażniło Ukraińców. I dlatego sądzę, że obu stronom starczy dobrej woli, by jakoś pokojowo rozwiązać powstały impas. To nie powinno trwać długo, bo data wyborów wyznaczona przez Juszczenkę jest dość bliska, a z drugiej strony parlament odmawia ich finansowania. To czasowe ograniczenie zapewne przyspieszy rozstrzygnięcie sytuacji, i albo zostaną przeniesione wybory, albo zostanie osiągnięty konsensus.
Nie sądzę więc, by doszło do otwartej konfrontacji, chociaż w takich sytuacjach bardzo trudno przewidywać rozwój wydarzeń i tu mogę się mylić.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|