Dotychczasowe interwencje ministra edukacji miały raczej charakter zakazowy i dyscyplinujący - obliczony na ukrócenie uczniowskiego "rozwydrzenia". Idea, by filozofia stała
się przedmiotem obowiązkowym, ma zupełnie inny charakter. Filozofia bowiem - tak, jak ją rozumiem - uczy myślenia swobodnego i otwartego, możliwie wolnego od dogmatyzmu.
Anarchiczne wolnomyślicielstwo
Nie chcę z góry zakładać wiedzy o tym, jak Roman Giertych rozumie filozofię i czego się po niej spodziewa, jako przedmiocie obowiązkowym. Chcę jedynie uświadomić jemu i innym zwolennikom
tego projektu, że filozofia nie jest dobrą sojuszniczką strategii z ducha "nadzorować i karać". Filozofia bowiem to nie tylko platońska nauka o dobru i arystotelesowska
wykładnia prawa naturalnego.
To nie tylko banalnie i nostalgicznie pojmowane "wykształcenie klasyczne", uczące greckiej racjonalności, rzymskiej postawy obywatelskiej i chrześcijańskiej wierności
objawieniu, to także sokratejski sceptycyzm i nietzscheański nihilizm. To nie tylko augustiańskie i tomaszowe pogodzenie wiary z wiedzą, ale także kartezjańska autonomia rozumu i marksowski
ateizm. Wprowadzając filozofię do szkół jako właśnie filozofię, a nie ideologię, minister Giertych musi więc liczyć się z "ryzykiem", że wyzwoli w ten sposób wśród
uczniów ferment anarchicznego wolnomyślicielstwa... I mam szczerą nadzieję, że z tym "zagrożeniem" się liczy.
Z mojego punktu widzenia nie jest to zresztą żadne zagrożenie, ale szansa. Moje doświadczenie dydaktyczne mówi mi, że dzisiejsza młodzież nie jest wcale intelektualnie niepokorna i nadmiernie
"rozwydrzona". Przeciwnie, jest raczej pozbawiona zmysłu krytycznego, a wytworzenie go uważam za najważniejszy cel filozoficznej paidei. Polska młodzież ma skłonność do
dogmatyzmu i ideologicznej ślepej wiary, które nie pozwalają jej na bezinteresownie krytyczny stosunek do rzeczywistości. Jest naturalnie konserwatywna, choć raczej nie w sensie ideowym, a
wyłącznie przystosowawczym. Współczesny kapitalizm, w którym można przeżyć tylko, włączając się w zażarty wyścig szczurów, wydaje się jej czymś na kształt drugiej natury, a z
naturą wszak się nie walczy.
Z drugiej strony ci, którzy chcieliby przyjąć postawę zaczepną wobec neoliberalnej rzeczywistości, rzucają się w języki krytyczne na sposób równie mało refleksyjny, raczej recytując
kolejne dogmaty, niż podając w wątpliwość dotychczasowe. Mówiąc językiem Sokratesa, młodzi ludzie wydają się całkowicie pogrążeni w jaskini doksy, czyli niekwestionowanej wiedzy
potocznej. Mówiąc językiem Kanta - żyją w złudnym przekonaniu, że opis świata, jakim się posługują, dotyka rzeczy samych w sobie, a nie tylko zjawisk.
Mówiąc językiem Marksa, nie są świadomi ideologicznego zabarwienia swojego światopoglądu, który wydaje im się naturalny i przezroczysty. Albo jeszcze inaczej, mówiąc językiem Richarda
Rorty’ego, najbardziej nam współczesnego filozofa amerykańskiego, używają języka nieironicznie, czyli bez poczucia, że jest on tylko jednym z wielu "słowników
skończonych", jakie wytworzyła nieustannie tocząca się "konwersacja ludzkości".
Komplikowanie spraw
To tylko mała próbka tego, do czego - jak sądzę - służy filozofia: do komplikowania spraw i mnożenia perspektyw wszędzie tam, gdzie wkrada się zdradliwa prostota. Jednak młodzi ludzie, z
jakimi zwykle mam do czynienia, ucząc na uniwersytecie nie tylko filozofii, odtrącają ów zmysł komplikacji jako niepotrzebne utrudnienie w ich i tak już trudnym życiu - bez reszty
podporządkowanym praktycznym wymogom konkurencji.
Podobnie odtrącają zmysł krytycyzmu, który mógłby osłabić ich sprawność adaptacyjną. Zmęczeni łączeniem pracy z nauką, zastraszeni perspektywą bezrobocia, skupieni na własnych
celach, nie nadają się na uczniów Sokratesa. Jestem przekonana, że gdyby pojawił się on dzisiaj wśród gromadki warszawskich studentów, ci nie tylko przepędziliby go z irytacją, ale też z
ulgą przyjęli wiadomość o jego skazaniu. "Ateński giez" nie miałby szans na szerzenie swego wywrotowego sceptycyzmu w świecie, w którym każdy akt kwestionujący uchodzi za
jednoznaczny z niebezpiecznym osłabieniem determinacji i witalności, a postawę krytyczną uważa się za zbytkowne malkontenctwo.
Nierzadko odnoszę wrażenie, że tych zagonionych i przerażonych młodych ludzi po prostu nie stać mentalnie na filozofię, której nie sposób uprawiać - a nie nawet zrozumieć - bez odrobiny
dystansu, luzu, swobody i czasu wolnego. Słowem - całej tej niezbędnej scenicznej otoczki, w jakiej toczą się sokratejskie "biesiady". Próba zainfekowania tych
zdyscyplinowanych "niewolników systemu" bakcylem filozoficznego krytycyzmu zwykle już się nie udaje. Przychodzi za późno. Ich układy odpornościowe są zbyt mocno ugruntowane
i sprawnie odrzucają obce ciała niewygodnych myśli.
Przedłużenie dzieciństwa
Szkoła wprawdzie też nie jest sceną biesiadną, jednak z punktu widzenia nauczania filozofii ma tę zaletę, że tego rodzaju infekcja może jeszcze się powieść. Filozofia bowiem ma w sobie
coś z dziecięcej choroby zakaźnej, którą dobrze jest przejść w młodym wieku. Dla wielu myślicieli Sokrates, ów filozof wzorcowy, pozostał wiecznym dzieckiem, dla którego filozofia
stanowiła jedynie przedłużenie pierwszego dociekliwego "dlaczego?". Wprowadzić filozofię do szkół to zatem jakby przedłużyć dzieciom to, co najlepsze z ich dzieciństwa:
pozwalać bez końca pytać "dlaczego?".
Bawić się dociekliwością, której nie ukróca znużone rodzicielskie "bo tak". Filozofia przedłuża dzieciństwo, ponieważ przedłuża zabawę. Zawiesza presję zasady
rzeczywistości, rozprasza nudę prozaicznej egzystencji, pozwala cieszyć się samym aktem dociekania i kwestionowania, oddalając konieczność udzielenia jednoznacznej odpowiedzi. Konieczność
tę usuwa na dobre, wytwarzając w filozoficznym adepcie poczucie, że każda jednoznaczna odpowiedź zawiera element arbitralny i dogmatyczny. Innymi słowy, uczy trwać w stanie dobrej
niepewności, czyli takiej, która nie tylko nie odbiera ochoty na życie i działanie, ale wręcz przeciwnie - uelastycznia i rozbudza ciekawość.
Piszę to nie tylko jako filozof z zawodu, ale także nauczyciel, który może porównać swą praktykę dydaktyczną na uniwersytecie i w szkołach średnich - zdecydowanie na korzyść tej drugiej.
Wiele lat temu, kiedy byłam doktorantką w PAN, dorabiałam jako "pani od etyki" w IX Liceum Ogólnokształcącym im. Klementyny Hoffmanowej. Było to w czasie, kiedy dopiero co
wprowadzono do szkół religię, a wraz z nią etykę. Dyrektor liceum od samego początku zrezygnował z zasady alternatywy - albo religia, albo etyka - i zachęcał uczniów, by chodzili na oba
przedmioty, sugerując nauczycielom etyki, by zamiast absurdalnego programu "moralności świeckiej" uczyli po prostu filozofii.
Dzięki temu Hoffmanowa miała przez kilka lat zupełnie przyzwoitą "nadplanową" filozofię, która cieszyła się wśród uczniów sporą popularnością. Ja też bardzo dobrze
wspominam tamte lekcje: skomplikowane pytania o naturę bytu, traktowane z pobłażliwym zdumieniem przez starszą i uodpornioną młodzież studencką, wchodziły w umysły nastolatków jak w
masło. Nie przerażała ich też wielość perspektyw i nieuzgadnialność możliwych odpowiedzi; lekcja filozofii uczyła ich, że relatywizm to nie żaden straszak ery
"postmodernistycznego wypalenia", lecz normalna kondycja ludzkiej myśli, znana ludzkości od ponad dwóch tysiącleci.
Dlatego raz jeszcze gorąco pragnę poprzeć pomysł ministra Giertycha, ażeby zafundować naszym uczniom porządny kurs filozofii. Chcę mieć tylko pewność, że dobrze się rozumiemy i że
będzie to rzeczywiście filozofia, a nie jakiś jej ideologicznie poprawny substytut, wpisujący się w dotychczasową poetykę "nadzoru i kary".
Agata Bielik-Robson, filozof, pracownik naukowy Instytutu Filozofii i Socjologii PAN i wykładowca Ośrodka Studiów Amerykańskich UW. Jej najważniejsze książki to: "Inna
nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości" i "Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia". Współpracuje z "Europą",
dodatkiem do DZIENNIKA