Chciałabym wierzyć, że lekarz, do którego się zwrócę o odebranie dziecka, będzie pracował dla mojego dobra. A nie dla dobra państwa - pisze Zuzanna Dąbrowska, zastępca szefa działu polityka.
Mój brzuch należy do mnie. Nie do państwa, nie do szpitala, nie do ministra, nie do premiera i na pewno nie do profesora Chazana. Dlatego decyzja o tym, czy i jak
urodzić dziecko, też należy do mnie. I do ojca dziecka. I chciałabym wierzyć, że lekarz, do którego się zwrócę o prowadzenie ciąży i odebranie dziecka, będzie pracował dla mojego dobra.
A nie jak profesor Chazan dla dobra państwa. Jestem ważniejsza. I moje dziecko jest ważniejsze, niż to, co profesor Chazan myśli o rodzeniu zgodnym z doktryną.
Mam dość tego, że wciąż zajmują się mną jacyś mężczyźni, którzy są przekonani, że jak tylko spuszczą mnie z oka, to natychmiast zrobię aborcję, a jak już zdecyduję się rodzić, to zaordynuję sobie cesarkę, bo tak mi będzie wygodniej. Mam dość facetów, którzy z powodu tego, że jestem kobietą, podejrzewają mnie o niezdolność do podejmowania słusznych decyzji i o to, że jak mi się nie zakaże, to natychmiast dla własnej wygody zrezygnuję z macierzyństwa i ruszę do walki z przyrostem naturalnym.
Profesor Chazan uważa, że poród to kara. I to dotkliwa. Dlatego wszystko ma się odbywać tak jak przed wiekami. Bez znieczulenia i tylko w naturalny sposób. Kiedyś ludzie mieli więcej dzieci. Rodziło się sześcioro, siedmioro albo więcej. Co prawda, tylko część z nich osiągała wiek dorosły, bo umieralność była znacznie wyższa, ale za to wszystko odbywało się zgodnie z bożą przepowiednią: w bólach rodzić będziesz. Bo zgrzeszyłaś.
Dzielnie wspiera go resort zdrowia, chcąc płacić szpitalom tyle samo za poród naturalny i cesarskie cięcie, mimo że koszty są nieporównywalne. Bo lekarze są też podejrzani - o to, że wolą robić cesarki, bo na nich dobrze zarabiają, a nie dlatego, że się kierują względami medycznymi.
Gdyby profesorowi rzeczywiście chodziło tylko o to, by w Polsce miał kto pracować na przyszłe emerytury, to musiałby zauważyć, że dzieci rodzi się mniej, ale za to - dzięki postępowi medycyny i opieki prenatalnej - to są dzieci zdrowe, mogące w przyszłości pracować na rodziców. Musiałby zauważyć, że najwięcej dzieci w Europie rodzi się w Skandynawii, tam gdzie macierzyństwo to nie ponure przekleństwo, tylko radość wzmocniona opieką państwa. Tam gdzie nie potrzeba zakazu aborcji, gdzie bez ograniczeń przeprowadza się cesarskie cięcia, wtedy kiedy sytuacja tego wymaga, a ojcowie korzystają z urlopów rodzicielskich.
Profesor tego nie widzi. Myśli, że kobiety nie rodzą, bo są złe, leniwe i tchórzliwe. Jest przekonany, że proszą o cesarskie cięcia, bo im się wydaje, że to wizyta u kosmetyczki. Nie rozumie, że najczęściej robią to dla własnego dobra i dobra dziecka. Ale profesor w ciąży nie był i nie będzie. Szkoda. Może by zrozumiał.
Mam dość tego, że wciąż zajmują się mną jacyś mężczyźni, którzy są przekonani, że jak tylko spuszczą mnie z oka, to natychmiast zrobię aborcję, a jak już zdecyduję się rodzić, to zaordynuję sobie cesarkę, bo tak mi będzie wygodniej. Mam dość facetów, którzy z powodu tego, że jestem kobietą, podejrzewają mnie o niezdolność do podejmowania słusznych decyzji i o to, że jak mi się nie zakaże, to natychmiast dla własnej wygody zrezygnuję z macierzyństwa i ruszę do walki z przyrostem naturalnym.
Profesor Chazan uważa, że poród to kara. I to dotkliwa. Dlatego wszystko ma się odbywać tak jak przed wiekami. Bez znieczulenia i tylko w naturalny sposób. Kiedyś ludzie mieli więcej dzieci. Rodziło się sześcioro, siedmioro albo więcej. Co prawda, tylko część z nich osiągała wiek dorosły, bo umieralność była znacznie wyższa, ale za to wszystko odbywało się zgodnie z bożą przepowiednią: w bólach rodzić będziesz. Bo zgrzeszyłaś.
Dzielnie wspiera go resort zdrowia, chcąc płacić szpitalom tyle samo za poród naturalny i cesarskie cięcie, mimo że koszty są nieporównywalne. Bo lekarze są też podejrzani - o to, że wolą robić cesarki, bo na nich dobrze zarabiają, a nie dlatego, że się kierują względami medycznymi.
Gdyby profesorowi rzeczywiście chodziło tylko o to, by w Polsce miał kto pracować na przyszłe emerytury, to musiałby zauważyć, że dzieci rodzi się mniej, ale za to - dzięki postępowi medycyny i opieki prenatalnej - to są dzieci zdrowe, mogące w przyszłości pracować na rodziców. Musiałby zauważyć, że najwięcej dzieci w Europie rodzi się w Skandynawii, tam gdzie macierzyństwo to nie ponure przekleństwo, tylko radość wzmocniona opieką państwa. Tam gdzie nie potrzeba zakazu aborcji, gdzie bez ograniczeń przeprowadza się cesarskie cięcia, wtedy kiedy sytuacja tego wymaga, a ojcowie korzystają z urlopów rodzicielskich.
Profesor tego nie widzi. Myśli, że kobiety nie rodzą, bo są złe, leniwe i tchórzliwe. Jest przekonany, że proszą o cesarskie cięcia, bo im się wydaje, że to wizyta u kosmetyczki. Nie rozumie, że najczęściej robią to dla własnego dobra i dobra dziecka. Ale profesor w ciąży nie był i nie będzie. Szkoda. Może by zrozumiał.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|