W telewizji mogliśmy usłyszeć, jak Nicolas Sarkozy obiecuje każdemu spośród pytających go obywateli w studiu mieszkanie, stypendium naukowe, pracę itd... Sarkozy nie działa przez dotyk, jak Ségolène Royal, i nie dotyka upośledzonych, jednak katalog jego propozycji nie tworzy spójnej wizji społeczeństwa - pisze w "Fakcie" francuski publicysta Guy Sorman.
Obecna kampania wyborcza we Francji nie przypomina żadnej z wcześniejszych. Jest też zupełnie odmienna od tego, czego się spodziewaliśmy, i nie za bardzo przypomina
to, co obserwować możemy w innych demokracjach. Zapowiada nowe formy polityki demokratycznej w naszym zdominowanym przez indywidualizm i bezpośrednią komunikację świecie.
Rozpad dawnych norm i przejście od ery mas do czasów poszukującej natychmiastowej gratyfikacji jednostki to śmiertelny cios dla niegdysiejszych wielkich ideologii. W największym stopniu dotyka to socjalistów, którzy po raz pierwszy nie odwołują się do marksizmu. Ich kandydatka, Ségolène Royal, nie odwołuje się zresztą właściwie do niczego, ponieważ jej kampania prezydencka w całości oparta jest na wsłuchiwaniu się w głosy obywateli oraz na ich uczestnictwie. Oto bez żadnego okresu przejściowego od walki klas francuska lewica przeszła do grupowej psychoterapii. Ségolène Royal to kandydatka cudotwórczyni; jest wcieleniem jednocześnie Matki Teresy i najstarszych mitów francuskiej monarchii. Widzieliśmy w telewizji, jak w antycznym geście dotyka paralityka - coś pomiędzy współczesnym współczuciem a cudotwórstwem średniowiecznych królów.
Zwolennicy tej pozbawionej wszelkiej ideologii (oprócz współczucia) nowej lewicy wyciągają z powyższego wniosek, że ich kandydatka należy do swoich czasów, na obraz i podobieństwo internetu, gdzie każdy dobiera sobie polityczne menu według własnych upodobań: internet odgrywa wielką rolę w komunikacji społecznej Royal. Twierdzi, że swoje decyzje będzie podejmowała, słuchając Francuzów: zapytana o stosunek do wejścia Turcji do UE, odpowiedziała, że podejmie decyzję, jaką podyktują jej Francuzi. Lewicowa pani prezydent byłaby więc niezbyt lewicowa; nie będzie kierowała narodem, to naród pokieruje nią. Również w życiu prywatnym jest postmodernistką. Nie jest mężatką, ale ma ze swym życiowym towarzyszem czwórkę dzieci; nie jest praktykująca, lecz wszyscy jej synowie zostali ochrzczeni, kiedy mieli około dwunastu lat "i byli dość dorośli, żeby zrozumieć". Przez Ségolène Royal "przemawia epoka", jak napisałby filozof Jacques Derrida.
Pozostałości klasycznej, marksistowskiej lewicy uchroniły się w całej mgławicy drobnych kandydatur - trockistowskich, ekologicznych, komunistycznych, alterglobalistycznych: malownicze postaci, z których każda przyciąga 1 do 2 procent nostalgicznych wyborców. Wszyscy jednak należą do archeologii i folkloru jako ostatni świadkowie pewnej epoki, kiedy wierzono jeszcze, że polityka może odmienić życie. Zauważmy również, że ta skrajna lewica nie definiuje się poprzez rewolucję, jaką ma zamiar poprowadzić, ani bezklasowe społeczeństwo, jakie stworzy; jej wspólnym odniesieniem jest nie tyle marksizm, co antyliberalizm. Nie jest to już skrajna lewica proponująca pewne rozwiązania, ale odrzucająca świat w jego rzeczywistej postaci: przeciw globalizacji i przeciw wolnej ekonomii (tymczasem socjaliści de facto zaakceptowali jedno i drugie).
Jeden z tych skrajnie lewicowych kandydatów, kultywujący swój galijski wygląd, José Bové w odpowiedzi na pytanie o swój program mówi, że "należy do ruchu oporu".
W porównaniu z obiema lewicami prawice pozostają bardziej klasyczne. Oczywiście, tak jak na lewicy, kandydaci również zarzucili rozległe projekty i wielkie ambicje: oni także próbują odpowiadać na konkretne przypadki, ulżyć bezpośrednim, osobistym troskom wyborcy. Podczas nowego rodzaju programów telewizyjnych mogliśmy usłyszeć, jak Nicolas Sarkozy obiecuje każdemu spośród pytających go obywateli w studiu mieszkanie, stypendium naukowe, pracę itd... Sarkozy nie działa przez dotyk, jak Ségolène Royal, i nie dotyka upośledzonych, jednak katalog jego propozycji nie tworzy spójnej, globalnej wizji społeczeństwa - podobnie jak na lewicy. Na pytanie: czy Sarkozy - albo Bayrou - są liberałami, nie można odpowiedzieć, bo ich postawy zmieniają się z minuty na minutę w zależności od rozmówców oraz - można się tego domyślać - od sondaży opinii publicznej.
Czynnikiem unifikującym tych prawicowych kandydatów (Bayrou przez całą swoją długą karierę polityczną był tylko na prawicy) pozostaje jednak afiszowanie się z nacjonalizmem: po tej stronie sceny politycznej bardziej niż na lewicy mówi się o dumie z bycia Francuzem. Ale co znaczy być Francuzem, nie zawsze jest jasne: albo określenie to obejmuje imigrantów, jak w przypadku Bayrou czy Sarkozy'ego, albo się bez nich obchodzi, jak w przypadku Villiersa czy Le Pena. Pomiędzy archaiczną lewicą, postmodernistycznym socjalizmem a nacjonalistycznymi prawicami panuje zadziwiający konsensus: polega on na pomijaniu milczeniem rzeczywistych problemów Francji, prawdziwej odpowiedzialności, jaką będzie musiał wziąć na siebie przyszły prezydent.
Najpierw ekonomia: jest w całkowitej stagnacji, przytłaczają ją deficyt państwowy i średniowieczne przepisy. Przed kampanią wyborczą nie było ani jednego komentatora, który wątpiłby, że redukcja wydatków państwowych i liberalizacja rynku pracy znajdą się w centrum debaty; oczekiwano, że to na te właśnie tematy kandydaci wypowiedzą się w sposób bardzo konkretny. A kandydaci poszli sobie gdzie indziej! Ségolène Royal opowiada nam o chrzcie swoich dzieci, zaś Nicolas Sarkozy rozprawia o tym, co wrodzone, a co nabyte w zachowaniach pedofilskich. Oczekiwaliśmy wysokiej polityki, nawet odrobiny ekonomii - a dostaliśmy byle jaką psychologię doprawioną filozofią rodem z bazaru.
Drugim prawdziwym problemem, z jakim przyjdzie się zmierzyć prezydentowi, jest polityka zagraniczna. Co prezydent zrobi w Europie i jakie ma plany odnośnie do reszty świata? Jaką postawę przyjmie wobec USA, Rosji, praw człowieka w Chinach? W jakich okolicznościach interweniowałaby francuska armia - już obecna w Afryce, Jugosławii, Afganistanie? W razie jakiego zagrożenia mogłaby posłużyć broń atomowa? A osaczający nas terroryzm, a Iran? Nie wiadomo. Jest to tym bardziej niepokojące, że w myśl naszej konstytucji, stworzonej przez generała de Gaulle'a w 1958 roku, szef państwa jest przede wszystkim gwarantem bezpieczeństwa narodowego; gospodarka pozostaje w zasadzie w rękach rządu i parlamentu, który wybierzemy później, w czerwcu.
Przemawia epoka. Bez wątpienia kandydaci nie są w pełni odpowiedzialni za własne, niekontrolowane zmiany psychologiczne. Oni tylko odpowiadają na oczekiwania pożądających czegoś jednostek, a nie odpowiedzialnych obywateli. Rozumując poprzez pryzmat osobistego szczęścia i natychmiastowej zapłaty, jednostki te w przyszłym prezydencie widzą opiekuńczego ojca, kochającą matkę i dzielnicowego psychoterapeutę. Nie chcą w tym stadium słyszeć żadnych zawierających historyczne echa tragicznych deklaracji. Aby zrozumieć tę kampanię wyborczą, nie trzeba czynić odniesień do historii Francji ani do podręczników ekonomii; czytajmy raczej kolorową prasę i przypomnijmy sobie Lady Di.
Guy Sorman - wybitny francuski publicysta polityczny i filozof. Po polsku ukazało się wiele jego książek, m.in. "Amerykańska rewolucja konserwatywna" (1984), "Made in USA" (2005) i "Rok Koguta" (2006)
Rozpad dawnych norm i przejście od ery mas do czasów poszukującej natychmiastowej gratyfikacji jednostki to śmiertelny cios dla niegdysiejszych wielkich ideologii. W największym stopniu dotyka to socjalistów, którzy po raz pierwszy nie odwołują się do marksizmu. Ich kandydatka, Ségolène Royal, nie odwołuje się zresztą właściwie do niczego, ponieważ jej kampania prezydencka w całości oparta jest na wsłuchiwaniu się w głosy obywateli oraz na ich uczestnictwie. Oto bez żadnego okresu przejściowego od walki klas francuska lewica przeszła do grupowej psychoterapii. Ségolène Royal to kandydatka cudotwórczyni; jest wcieleniem jednocześnie Matki Teresy i najstarszych mitów francuskiej monarchii. Widzieliśmy w telewizji, jak w antycznym geście dotyka paralityka - coś pomiędzy współczesnym współczuciem a cudotwórstwem średniowiecznych królów.
Zwolennicy tej pozbawionej wszelkiej ideologii (oprócz współczucia) nowej lewicy wyciągają z powyższego wniosek, że ich kandydatka należy do swoich czasów, na obraz i podobieństwo internetu, gdzie każdy dobiera sobie polityczne menu według własnych upodobań: internet odgrywa wielką rolę w komunikacji społecznej Royal. Twierdzi, że swoje decyzje będzie podejmowała, słuchając Francuzów: zapytana o stosunek do wejścia Turcji do UE, odpowiedziała, że podejmie decyzję, jaką podyktują jej Francuzi. Lewicowa pani prezydent byłaby więc niezbyt lewicowa; nie będzie kierowała narodem, to naród pokieruje nią. Również w życiu prywatnym jest postmodernistką. Nie jest mężatką, ale ma ze swym życiowym towarzyszem czwórkę dzieci; nie jest praktykująca, lecz wszyscy jej synowie zostali ochrzczeni, kiedy mieli około dwunastu lat "i byli dość dorośli, żeby zrozumieć". Przez Ségolène Royal "przemawia epoka", jak napisałby filozof Jacques Derrida.
Pozostałości klasycznej, marksistowskiej lewicy uchroniły się w całej mgławicy drobnych kandydatur - trockistowskich, ekologicznych, komunistycznych, alterglobalistycznych: malownicze postaci, z których każda przyciąga 1 do 2 procent nostalgicznych wyborców. Wszyscy jednak należą do archeologii i folkloru jako ostatni świadkowie pewnej epoki, kiedy wierzono jeszcze, że polityka może odmienić życie. Zauważmy również, że ta skrajna lewica nie definiuje się poprzez rewolucję, jaką ma zamiar poprowadzić, ani bezklasowe społeczeństwo, jakie stworzy; jej wspólnym odniesieniem jest nie tyle marksizm, co antyliberalizm. Nie jest to już skrajna lewica proponująca pewne rozwiązania, ale odrzucająca świat w jego rzeczywistej postaci: przeciw globalizacji i przeciw wolnej ekonomii (tymczasem socjaliści de facto zaakceptowali jedno i drugie).
Jeden z tych skrajnie lewicowych kandydatów, kultywujący swój galijski wygląd, José Bové w odpowiedzi na pytanie o swój program mówi, że "należy do ruchu oporu".
W porównaniu z obiema lewicami prawice pozostają bardziej klasyczne. Oczywiście, tak jak na lewicy, kandydaci również zarzucili rozległe projekty i wielkie ambicje: oni także próbują odpowiadać na konkretne przypadki, ulżyć bezpośrednim, osobistym troskom wyborcy. Podczas nowego rodzaju programów telewizyjnych mogliśmy usłyszeć, jak Nicolas Sarkozy obiecuje każdemu spośród pytających go obywateli w studiu mieszkanie, stypendium naukowe, pracę itd... Sarkozy nie działa przez dotyk, jak Ségolène Royal, i nie dotyka upośledzonych, jednak katalog jego propozycji nie tworzy spójnej, globalnej wizji społeczeństwa - podobnie jak na lewicy. Na pytanie: czy Sarkozy - albo Bayrou - są liberałami, nie można odpowiedzieć, bo ich postawy zmieniają się z minuty na minutę w zależności od rozmówców oraz - można się tego domyślać - od sondaży opinii publicznej.
Czynnikiem unifikującym tych prawicowych kandydatów (Bayrou przez całą swoją długą karierę polityczną był tylko na prawicy) pozostaje jednak afiszowanie się z nacjonalizmem: po tej stronie sceny politycznej bardziej niż na lewicy mówi się o dumie z bycia Francuzem. Ale co znaczy być Francuzem, nie zawsze jest jasne: albo określenie to obejmuje imigrantów, jak w przypadku Bayrou czy Sarkozy'ego, albo się bez nich obchodzi, jak w przypadku Villiersa czy Le Pena. Pomiędzy archaiczną lewicą, postmodernistycznym socjalizmem a nacjonalistycznymi prawicami panuje zadziwiający konsensus: polega on na pomijaniu milczeniem rzeczywistych problemów Francji, prawdziwej odpowiedzialności, jaką będzie musiał wziąć na siebie przyszły prezydent.
Najpierw ekonomia: jest w całkowitej stagnacji, przytłaczają ją deficyt państwowy i średniowieczne przepisy. Przed kampanią wyborczą nie było ani jednego komentatora, który wątpiłby, że redukcja wydatków państwowych i liberalizacja rynku pracy znajdą się w centrum debaty; oczekiwano, że to na te właśnie tematy kandydaci wypowiedzą się w sposób bardzo konkretny. A kandydaci poszli sobie gdzie indziej! Ségolène Royal opowiada nam o chrzcie swoich dzieci, zaś Nicolas Sarkozy rozprawia o tym, co wrodzone, a co nabyte w zachowaniach pedofilskich. Oczekiwaliśmy wysokiej polityki, nawet odrobiny ekonomii - a dostaliśmy byle jaką psychologię doprawioną filozofią rodem z bazaru.
Drugim prawdziwym problemem, z jakim przyjdzie się zmierzyć prezydentowi, jest polityka zagraniczna. Co prezydent zrobi w Europie i jakie ma plany odnośnie do reszty świata? Jaką postawę przyjmie wobec USA, Rosji, praw człowieka w Chinach? W jakich okolicznościach interweniowałaby francuska armia - już obecna w Afryce, Jugosławii, Afganistanie? W razie jakiego zagrożenia mogłaby posłużyć broń atomowa? A osaczający nas terroryzm, a Iran? Nie wiadomo. Jest to tym bardziej niepokojące, że w myśl naszej konstytucji, stworzonej przez generała de Gaulle'a w 1958 roku, szef państwa jest przede wszystkim gwarantem bezpieczeństwa narodowego; gospodarka pozostaje w zasadzie w rękach rządu i parlamentu, który wybierzemy później, w czerwcu.
Przemawia epoka. Bez wątpienia kandydaci nie są w pełni odpowiedzialni za własne, niekontrolowane zmiany psychologiczne. Oni tylko odpowiadają na oczekiwania pożądających czegoś jednostek, a nie odpowiedzialnych obywateli. Rozumując poprzez pryzmat osobistego szczęścia i natychmiastowej zapłaty, jednostki te w przyszłym prezydencie widzą opiekuńczego ojca, kochającą matkę i dzielnicowego psychoterapeutę. Nie chcą w tym stadium słyszeć żadnych zawierających historyczne echa tragicznych deklaracji. Aby zrozumieć tę kampanię wyborczą, nie trzeba czynić odniesień do historii Francji ani do podręczników ekonomii; czytajmy raczej kolorową prasę i przypomnijmy sobie Lady Di.
Guy Sorman - wybitny francuski publicysta polityczny i filozof. Po polsku ukazało się wiele jego książek, m.in. "Amerykańska rewolucja konserwatywna" (1984), "Made in USA" (2005) i "Rok Koguta" (2006)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|