Albo obecna ustawa lustracyjna, albo pełne otwarcie archiwów - powiedział wczoraj Lech Kaczyński. Czy jako prezydent powinien się wypowiadać tak dobitnie i jednoznacznie o bieżącej polityce? - pyta Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.
Ma do tego prawo. Mit prezydenta apolitycznego jest nie do utrzymania. Głowa państwa po to dysponuje prawem inicjatywy ustawodawczej i prawem weta, aby się angażować
w spory o kształt prawa.
I prezydent, i jego brat premier debatują o tym, co ma się stać po wyroku, gdy ten wyrok jeszcze nie zapadł. Powinni być ostrożni. Nawet jeśli są w prawie uważać Trybunał Konstytucyjny za ciało polityczne, mają jednak do czynienia z sądem.
Samo wrażenie nacisku na sąd to jednak co innego niż krytyka jego werdyktu. Na dokładkę takie wrażenie nie służy ich interesom. Zza kulis Trybunału słychać, że wrzawa podnoszona przez polityków usztywnia wahających się sędziów. Dlaczego? Bo nikt nie lubi podejmować werdyktu na rozkaz władzy.
Rozróżniłbym jednak wypowiedzi prezydenta od wypowiedzi premiera. Jarosław Kaczyński nie powinien się zastanawiać w tym momencie nad zmianą ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Gdy tak uczynił w USA - w odpowiedzi na orzeczenia Sądu Najwyższego, z którymi się nie zgadzał - Franklin Delano Roosevelt został oskarżony o dyktatorskie pokusy.
Natomiast Lech Kaczyński rozważa tylko, co ma się stać, gdy ustawa w obecnym kształcie straci moc. Politycy mają prawo na takie pytania odpowiadać.
Na dokładkę prezydent ma rację - jeśli Trybunał zakwestionuje ustawę, otwórzmy wreszcie archiwa jak najszerzej i tyle. Konstruowanie skomplikowanych procedur miało pomóc osobom lustrowanym w oczyszczeniu się przed sądem. Ale dowiadujemy się, że składanie lustracyjnych oświadczeń narusza godność. Więc pozwólmy opinii publicznej obejrzeć każdy papierek i przestańmy się tym wreszcie zajmować!
Mam tylko jedną wątpliwość. A co będzie, jeśli Trybunał zakwestionuje także i zasadę pełnej jawności? Prace nad lustracją przypominają od lat tor z przeszkodami. Każde kolejne rozwiązanie, każdy przepis dotykający przeszłości skrywanej w archiwach IPN jest w oczach wpływowych środowisk moralnie i konstytucyjnie podejrzany.
Wszak inspektor ochrony danych osobowych Ewa Kulesza dwa lata temu zaledwie potrafiła dowodzić z konstytucją w dłoni, że publikowanie informacji dotyczących agenturalnej,czy wręcz esbeckiej przeszłości, godzi w prawa obywatelskie. Zważywszy na wcześniejsze zaangażowanie części sędziów Trybunału w walkę z samą ideę lustracji (patrz artykuł powyżej), nie wykluczałbym i takiego obrotu sprawy.
I prezydent, i jego brat premier debatują o tym, co ma się stać po wyroku, gdy ten wyrok jeszcze nie zapadł. Powinni być ostrożni. Nawet jeśli są w prawie uważać Trybunał Konstytucyjny za ciało polityczne, mają jednak do czynienia z sądem.
Samo wrażenie nacisku na sąd to jednak co innego niż krytyka jego werdyktu. Na dokładkę takie wrażenie nie służy ich interesom. Zza kulis Trybunału słychać, że wrzawa podnoszona przez polityków usztywnia wahających się sędziów. Dlaczego? Bo nikt nie lubi podejmować werdyktu na rozkaz władzy.
Rozróżniłbym jednak wypowiedzi prezydenta od wypowiedzi premiera. Jarosław Kaczyński nie powinien się zastanawiać w tym momencie nad zmianą ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Gdy tak uczynił w USA - w odpowiedzi na orzeczenia Sądu Najwyższego, z którymi się nie zgadzał - Franklin Delano Roosevelt został oskarżony o dyktatorskie pokusy.
Natomiast Lech Kaczyński rozważa tylko, co ma się stać, gdy ustawa w obecnym kształcie straci moc. Politycy mają prawo na takie pytania odpowiadać.
Na dokładkę prezydent ma rację - jeśli Trybunał zakwestionuje ustawę, otwórzmy wreszcie archiwa jak najszerzej i tyle. Konstruowanie skomplikowanych procedur miało pomóc osobom lustrowanym w oczyszczeniu się przed sądem. Ale dowiadujemy się, że składanie lustracyjnych oświadczeń narusza godność. Więc pozwólmy opinii publicznej obejrzeć każdy papierek i przestańmy się tym wreszcie zajmować!
Mam tylko jedną wątpliwość. A co będzie, jeśli Trybunał zakwestionuje także i zasadę pełnej jawności? Prace nad lustracją przypominają od lat tor z przeszkodami. Każde kolejne rozwiązanie, każdy przepis dotykający przeszłości skrywanej w archiwach IPN jest w oczach wpływowych środowisk moralnie i konstytucyjnie podejrzany.
Wszak inspektor ochrony danych osobowych Ewa Kulesza dwa lata temu zaledwie potrafiła dowodzić z konstytucją w dłoni, że publikowanie informacji dotyczących agenturalnej,czy wręcz esbeckiej przeszłości, godzi w prawa obywatelskie. Zważywszy na wcześniejsze zaangażowanie części sędziów Trybunału w walkę z samą ideę lustracji (patrz artykuł powyżej), nie wykluczałbym i takiego obrotu sprawy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|