Prawo nie zostało złamane, ale skończyła się era Trybunału Konstytucyjnego jako grona zimnych ekspertów - tak opisuje pierwsze posiedzenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie lustracji Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
A więc taki finał ma bunt wykształciuchów w imię ducha praw i konstytucji, wbrew literze złej ustawy? A więc tak kończy się opowieść o strażnikach wartości -
jak nazywał siebie prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień? Tak wygląda realizacja wizji apolitycznego kręgu mędrców "transparentnie" - to określenie byłego prezesa
TK profesora Marka Safjana - pilnującego praw Rzeczypospolitej? Przecieram okulary i nie wierzę.
Tylko dwie godziny zajęło sędziom przekonanie samych siebie, że dawna publicystyczna aktywność części z nich w sprawie lustracji nie ma nic wspólnego z zadaniem, przed jakim stoją. Lekką ręką wyrzucili do kosza stos wycinków prasowych z przeszłości.
Profesor Ewa Łętowska zapomniała o liście otwartym, jaki podpisała w 1992 roku po głośniej uchwale lustracyjnej. Listu krytycznego nie tylko wobec metody przyjętej przez Antoniego Macierewicza, ale wobec samego otwierania esbeckich archiwów. Pada tam zdanie, iż wiara w możliwość ustalenia prawdy o ich zawartości jest "złudna". A jedyną korzyścią z dokończenia lustracji byłoby "wzięcie odwetu" na ludziach, których złamano lub którzy uwierzyli w komunizm.
Profesor Jerzy Stępień zapomniał o fragmencie wywiadu, w którym uznał, iż otwarcie zasobów IPN "jest absolutnie niedopuszczalne", a "najwyższą wartością jest godność, a nie prawda". Sędzia Marek Mazurkiewicz zapomniał o porównaniu, jakie wygłosił z sejmowej mównicy w lipcu 1992 roku, gdzie lustrację porównał do "wzorców ustaw norymberskich III Rzeszy czy stalinowskiego ustawodawstwa z czasów wielkiej czystki". Jerzy Ciemniewski zapomniał, że w 1994 roku deklarował sprzeciw wobec lustracji, bo "nie da się nigdy w sposób jasny i jednoznaczny ustalić, kto był tajnym współpracownikiem i jaką odegrał rolę".
Dlaczego zapomnieli? Bo to było dawno i przed progiem Trybunału. Ale przecież i za tą linią była poselska działalność Marka Kotlinowskiego. Ale były działacz LPR wyłączył się jednak z tej sprawy. Tej wrażliwości zabrakło pozostałym. Przy całym szacunku i zrozumieniu emocji sędziów tak ostro i tak często niesłusznie w przeszłości atakowanych, nie mogę uwierzyć, iż byli w stanie odseparować się od tych własnych przeżyć. Zwłaszcza iż dotyczą one tak delikatnej materii.
I rzecz nie tylko w tym, że sędziowie wybrali wąską interpretację "niezależności" i "bezstronności". Nie złamali przecież prawa. Ale swoją decyzją zmienili usytuowanie Trybunału w polskim życiu publicznym. Od dziś jest jasne, że obowiązuje u nas model podobny do amerykańskiego, w którym werdykty są wynikiem raczej politycznej gry sił niż zimnej, eksperckiej analizy prawa i takich wymogów wobec sędziów. Stało się, choć szkoda, że aż tak przypadkiem.
Jest tu na szczęście i dobra wiadomość. Polska publicystyka zyskała kilka dobrych piór. Serdecznie witamy.
Tylko dwie godziny zajęło sędziom przekonanie samych siebie, że dawna publicystyczna aktywność części z nich w sprawie lustracji nie ma nic wspólnego z zadaniem, przed jakim stoją. Lekką ręką wyrzucili do kosza stos wycinków prasowych z przeszłości.
Profesor Ewa Łętowska zapomniała o liście otwartym, jaki podpisała w 1992 roku po głośniej uchwale lustracyjnej. Listu krytycznego nie tylko wobec metody przyjętej przez Antoniego Macierewicza, ale wobec samego otwierania esbeckich archiwów. Pada tam zdanie, iż wiara w możliwość ustalenia prawdy o ich zawartości jest "złudna". A jedyną korzyścią z dokończenia lustracji byłoby "wzięcie odwetu" na ludziach, których złamano lub którzy uwierzyli w komunizm.
Profesor Jerzy Stępień zapomniał o fragmencie wywiadu, w którym uznał, iż otwarcie zasobów IPN "jest absolutnie niedopuszczalne", a "najwyższą wartością jest godność, a nie prawda". Sędzia Marek Mazurkiewicz zapomniał o porównaniu, jakie wygłosił z sejmowej mównicy w lipcu 1992 roku, gdzie lustrację porównał do "wzorców ustaw norymberskich III Rzeszy czy stalinowskiego ustawodawstwa z czasów wielkiej czystki". Jerzy Ciemniewski zapomniał, że w 1994 roku deklarował sprzeciw wobec lustracji, bo "nie da się nigdy w sposób jasny i jednoznaczny ustalić, kto był tajnym współpracownikiem i jaką odegrał rolę".
Dlaczego zapomnieli? Bo to było dawno i przed progiem Trybunału. Ale przecież i za tą linią była poselska działalność Marka Kotlinowskiego. Ale były działacz LPR wyłączył się jednak z tej sprawy. Tej wrażliwości zabrakło pozostałym. Przy całym szacunku i zrozumieniu emocji sędziów tak ostro i tak często niesłusznie w przeszłości atakowanych, nie mogę uwierzyć, iż byli w stanie odseparować się od tych własnych przeżyć. Zwłaszcza iż dotyczą one tak delikatnej materii.
I rzecz nie tylko w tym, że sędziowie wybrali wąską interpretację "niezależności" i "bezstronności". Nie złamali przecież prawa. Ale swoją decyzją zmienili usytuowanie Trybunału w polskim życiu publicznym. Od dziś jest jasne, że obowiązuje u nas model podobny do amerykańskiego, w którym werdykty są wynikiem raczej politycznej gry sił niż zimnej, eksperckiej analizy prawa i takich wymogów wobec sędziów. Stało się, choć szkoda, że aż tak przypadkiem.
Jest tu na szczęście i dobra wiadomość. Polska publicystyka zyskała kilka dobrych piór. Serdecznie witamy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|