Dziennik Gazeta Prawana logo

"W sporze o lustrację obie strony grały brutalnie"

13 października 2007, 14:53
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Po tej sprawie nic już nie będzie takie samo. Nigdy jeszcze spór władzy z Trybunałem Konstytucyjnym nie przybrał takiej formy i nie był prowadzony tak bezwzględnie - przez obie strony. I obie wyszły z niej mocno poranione. Ale nie tylko sam wynik batalii o lustrację jest wydarzeniem niemalże historycznym. Stało się coś jeszcze - pisze Michał Karnowski, publicysta DZIENNIKA.
Gdy Donald Tusk mówi, że mamy w Polsce kryzys konstytucyjny, mocno przesadza. Ale jednocześnie celnie nazywa stan klinczu, w jakim znalazła się większość parlamentarna z jednej i Trybunał z drugiej strony. Ten klincz pozornie ma swoje źródła w politycznej agresji Prawa i Sprawiedliwości.

Tak, tylko na tej jednej płaszczyźnie, opisuje to większość gazet, zwłaszcza te najbardziej zaangażowane w obronę III RP i jej patologii. I niby, na pozór, wszystko się zgadza: w III RP nikt specjalnie Trybunału nie atakował, a sędziowie wyrobili sobie markę zimnego, eksperckiego grona.

Niektóre werdykty, jak choćby ten z 1997 roku, wywodzący z Konstytucji prawo do życia dla dzieci nienarodzonych, zasługują na szczególny szacunek, także za odwagę wtedy wykazaną przez sędziów. Podobnie było w 2002 roku, kiedy sędziowie roznieśli w pył eseldowską reformę służb specjalnych.

Dlaczego więc wtedy strony przegrywające potrafiły zaakceptować werdykty, co najwyżej pokręciły nosami, ale nigdy nie podnosiły takiego krzyku, jak to robi obecna władza? To pytanie jest kluczem do zrozumienia istoty dzisiejszej sytuacji. Pomoże też odpowiedzieć na kolejne: czy mamy do czynienia po prostu, jak twierdzi lewica i środowisko „Gazety Wyborczej, z zamachem na demokratyczny ustrój państwa, czy też sprawa jest bardziej skomplikowana, a racje podzielone?

Zacznijmy od przyczyny. Bo nie jest przypadkiem, że tlący się wcześniej konflikt, będący de facto normalną w demokracji wymianą zdań, wybuchł z całą mocą właśnie w sprawie ustawy lustracyjnej. Emocje ujawnione przez sędziów - zwłaszcza prezesa Trybunału Jerzego Stępnia - pokazują, że ich stosunek do sprawy jest bardzo osobisty, przeżywają temat i tej ustawy i samego pomysłu otwarcia archiwów IPN. Sensowne i warte rozważenia argumenty przeplatały się z absurdalnymi tezami w słynnym wywiadzie prezesa Stępnia dla „Naszego Dziennika.

Jerzy Stępień stwierdził tam na przykład, że skoro stan prawny Służby Bezpieczeństwa był niejasny, a istniejące przepisy były tajne, to akta komunistycznej bezpieki wytworzono nielegalnie. A skoro tak - to należy je zniszczyć!

Wątpię, by ten wybitny prawnik wierzył w to, co mówił - bo według tej samej zasady powinniśmy zniszczyć lub co najmniej schować wszelkie dokumenty wytworzone przez licznych zaborców Polski. Chodzi zatem o coś innego. Zaryzykowałbym tezę, iż przyczyną tak widocznej, wyczuwalnej niemal przez skórę, niechęci sędziów do wszelkich lustracji, jest podświadome (a może i świadome) przyjęcie założenia, iż historyczna amnezja i darowanie win donosicieli i funkcjonariuszy SB jest fundamentem systemu ustrojowego III RP.

Jest w działaniu sędziów jakby obawa, że szerokie otwarcie archiwów i zmuszenie do testu prawdomówności rozmaitych zamkniętych środowisk, w tym także prawniczego, wywróci ich hierarchię do góry nogami. Że na uniwersytetach dzisiejsze autorytety mogą nie wytrzymać tej próby. Kilka takich przypadków już obserwowaliśmy.

O innych się plotkuje, o części napisała prasa. W każdym środowisku na odkrycie czekają przypadki osób złamanych na chwilę tylko, próbujących uciec przed bezpieką, żałujących i dzielnością próbujących potem zadośćuczynić. Ale i sprawy haniebne, donosicieli wieloletnich i płatnych, cynicznych i bezwzględnych, mających na sumieniu łamanie sumień i marzeń, werbowanie innych, a czasem i krew na rękach. A przecież to, co otwarto do tej pory, to nawet nie jeden procent zawartości akt.

W tym sensie tak szeroka i głęboka lustracja, jakiej chcą Kaczyńscy (i tak - przyznajmy - dziwacznie kompromisowa wobec wszystkich stron) musiała się spotkać z histerycznym buntem wielu środowisk. Musiała napotkać na wyjątkową ostrość sądu i tak już niechętnych tej ekipie sędziów.

Napotkał też niebywały pośpiech, zadziwiającą niechęć do odsunięcia werdyktu w czasie i mocną krytykę wobec przedstawiciela Sejmu próbującego zgodnych z prawem działań. A wszystko niepokojąco zbieżne z politycznymi celami lewicowej opozycji.

Taki sam zresztą opór napotka także propozycja Platformy Obywatelskiej, dziś wydaje się możliwa do zaakceptowania przez większość partii politycznych. Bo pomysł po prostu szerokiego otwarcia archiwów, bez żadnych list agentów i bez żadnych oświadczeń, w swej istocie także uderza, kto wie, czy nie mocniej, w to zapomnienie.

Naprawdę, ciekaw jestem, jaki byłby stosunek sędziów do takiej propozycji. Jeśli spojrzymy więc z tej strony, to możemy dostrzec tę delikatną, ale istotną różnicę pomiędzy obecnymi sporami władzy z sędziami a wcześniejszymi.

Wydarzenia ostatnich dni moim zdaniem uprawdopodobniły jeszcze tę tezę. I nie chodzi o zarejestrowanie dwóch sędziów jako kontakty operacyjne bezpieki - to o niczym nie przesądza. Dokumentów albo nie ma, albo przemawiają na korzyść sędziów. Jeden z nich miał nawet - wynika z nich - odmówić współpracy z powodów moralnych.

I to trzeba podkreślać. Ale fakt, iż sędziowie ci podjęli się rozpatrywania ustawy, która automatycznie umieszczała ich na listach sporządzanych przez Instytut Pamięci Narodowej, jest już poważną sprawą. Opinia publiczna miała prawo to wiedzieć, choć oczywiście byłoby lepiej, gdyby poinformowano ją o tym wcześniej. A już najlepiej, gdyby sami sędziowie to zrobili, o ile znali status, jaki nadała im SB.

Nie zrobili tego, więc dziś jedynym winnym sporu okazuje się poseł Mularczyk, ewentualnie rząd. To zbyt proste widzenie. Ten spór ma wiele stron i jest bardzo skomplikowany. Niejedna strona grała brutalnie, a używana przez antylustracyjne lobby argumentacja, niestety także za granicą, nie wystawia im najlepszego świadectwa.

Mam wrażenie, że tym razem zabrakło sędziom trochę wrażliwości, że w całej tej sprawie nie potrafili oderwać się od własnych emocji i dawnych tekstów czy wypowiedzi. Postanowili być brutalni, zapewne mając w pamięci wcześniejsze starcia z władzą. Ale natknęli się na reakcję bezwzględną i brutalną, choć nic nie wskazuje na razie, by była ona niezgodna z prawem.

Jeśli już więc kogoś mamy łajać - to obie strony. Ale lepiej pomyśleć o przyszłości, bo pytanie o granicę władzy sądowniczej i zakres swobody większości sejmowej w przeprowadzaniu zmian prawnych będzie powracało. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś będzie chciał w Polsce coś realnie zmienić.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj