W ostatni weekend zrobiłem sobie krótką przerwę w telewizyjnej relacji z wizyty Obamy na lekturę „Wojny i pokoju”. Pewnikiem umknęło mi kilka cennych wystąpień premiera, prezydenta i ministra obrony. Jeżeli znalazły się tam jakieś elektryzujące elementy polskiej polityki zagranicznej, to będę wdzięczny za e-mail. W gazetach nic nie było. Albo inaczej – to co było, niczym nie odbiegało od retorycznych wyszywanek przy okazji dyskusji o naprawie finansów publicznych, polityki energetycznej czy społecznej. Wydawałoby się taka okazja, a tu ani rząd, ani szczerze go nienawidząca opozycja nie wystąpili z czymś... z czymkolwiek. Na pół roku przed wyborami?
Nie wierzyłem kolegom w redakcji, że partie nie przygotowały żadnych zaskakujących rozwiązań. Niczego, co kazałoby wyborcom porzucić PO dla PiS czy PiS dla SLD. Telefony do partii mamy. Ale mamy też do najbliższej publicznej placówki służby zdrowia i efekt jest podobny. Jeżeli nawet odbiorą, to obiecują, że oddzwonią, i żadna ze stron w to nie wierzy.
Ile byśmy dyskutowali nad diagnozą i stanem intelektualnym polskiej klasy politycznej, za każdym razem dochodzimy do tych samych wniosków. To jest klasa. Spójna, zamknięta i tak stabilna, że nie musi się zajmować niczym z wyjątkiem samej siebie. Własnymi uprzedzeniami, telewizyjnymi wystąpieniami i czytaniem myśli prezesa swojej partii. Może to i dobrze, że zakazano partyjnych reklam. Skoro żadna partia na pół roku przed wyborami nie ma żadnego szczegółowego programu, którym mogłaby się pochwalić, to po co im billboardy.