A największym polskim problemem – myślałem profetycznie kilka lat temu – jest uznawanie, że Polska nie jest dla wszystkich. Że niektórzy, wskazani oczywiście przez nas, powinni czuć się w niej jak najgorzej, powinni wiedzieć, że tu nie jest ich miejsce. Mijają lata i inicjatywy, by blokować cudze marsze, rozrastają się jak pleśń. Bo też idea, że tak bardzo „już nie dajemy rady” wytrzymać tych innych Polaków i Polek, ogarnęła wiele zdrowych przedtem ludzkich umysłów. Polska staje się za ciasna.
Smutnym paradoksem może się wydawać aktywność ugrupowania Obywatele RP. Tworzą je ludzie przekonani, że bronią demokracji w niedemokratycznym społeczeństwie. W ramach walki o demokrację nie pozwalają innym korzystać z jej dobrodziejstw, a uzasadnienie znajdują w tym, że po prostu nie mogą już patrzeć na te wszystkie pochody obrzydliwych ludzi z PiS, ONR i katolickiej prawicy.
Ale to nie smutny paradoks, tylko oczywista oczywistość – w każdym społeczeństwie tworzą się grupy przekonane o swojej moralnej wyższości. Wyższości, którą, jeżeli nie można inaczej, trzeba wyegzekwować siłą. Kiedy nikt na nich nie patrzy z podziwem, stają się nerwowi i nieprzyjemni. Nie inaczej zachowują się zresztą kluby „Gazety Polskiej” czy niektórzy duchowni.
Reklama
Nieustannie podgrzewany konflikt nawiedzonych potrwa jeszcze kilka lat, a potem trzeba będzie przystąpić do mozolnego odbudowywania tego, co zniszczone.