Publicystka Naomi Bader przypomniała w tygodniku "Juedische Allgemeine" stary szmonces. Nowy Jork. Rok 1940. W kawiarni przy sąsiadujących stolikach siedzi dwóch Żydów. Jeden czyta "New York Timesa", drugi "Stuermera". Po minutach ukradkowego zerkania na siebie znad gazet pierwszy nie wytrzymuje: – Dlaczego czyta pan taką szmatę? Drugi na to: – A co pan czyta w swojej? Że my, Żydzi, jesteśmy prześladowani i nigdzie nie jesteśmy u siebie. Czytelnik "Stuermera" odpowiada z uśmiechem: – Ja wolę czytać, że do nas należą wszystkie banki i że kontrolujemy światową gospodarkę.

Popieranie AfD przez Żydów dla niektórych może też brzmieć jak dowcip. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby 20 członków grupy Juden in der AfD wypierało ze świadomości niektóre wypowiedzi partyjnych liderów. Tak, jakby Alexander Gauland, współprzewodniczący ugrupowania, nigdy nie twierdził, że okres socjalizmu narodowego był "ptasią kupą" w ponadtysiącletniej historii Niemiec. Tak, jakby nie słyszeli, jak Bjoern Hoecke, prominentny działacz AfD z Turyngii, nazywa pomnik Holokaustu w Berlinie pomnikiem hańby. Wreszcie tak, jakby nie wiedzieli o istnieniu Wolfganga Gedeona, deputowanego z Badenii-Wirtembergii, który otwarcie nazywa Żydów w AfD syjonistyczną organizacją lobbingową.

Dimitri Schulz, inicjator powstania grupy Juden in der AfD, a wcześniej współtwórca grupy Russlanddeutsche in der AfD, nie należy jednak do osób, które zamykają oczy na rzeczywistość. Radny z Wiesbaden mówi wprost, że wolałby nie być kolegą partyjnym takich osób jak Gedeon, natomiast wybacza Gaulandowi i Hoeckemu, "bo przeprosili". Przede wszystkim jednak Schulz, urodzony w Kirgistanie w 1987 r., po prostu należy do tych osób, które chociaż deklarują narodowość żydowską, to nie są w stanie identyfikować się z ofiarami Holokaustu. Bo ich historia rodzinna i społeczna jest inna. Żydzi pochodzący z byłego ZSRS nie czują się ofiarami Hitlera, tylko zdobywcami Berlina. To do nich jest skierowana inicjatywa AfD.

Od 1991 do 2004 r. osoby żydowskiego pochodzenia z byłego ZSRS i ich rodziny mogły otrzymać w RFN status uchodźcy. Była to decyzja polityczna, mająca nadać ramy prawne istniejącej de facto imigracji żydowskiej do Niemiec. Przedstawiano ją jako rodzaj zadośćuczynienia za Holokaust. Postanowiono Żydów przyjąć w kontyngencie (tak jak teraz Syryjczyków), rezygnując z wymagań zawartych w odpowiedniej ustawie (Kontingentfluechtlingsgesetz). W odróżnieniu np. od wietnamskich "Boatpeople" Żydzi nie musieli udowadniać, że grozi im prześladowanie w ojczyźnie. No i przy określaniu tego, kto jest uprawniony do imigracji, zastosowano kryterium etniczno-narodowe, a nie wynikające z Halachy. Prawo do wjazdu na teren Niemiec miały też zatem dzieci i wnukowie mężczyzn, którzy w sowieckim dokumencie tożsamości w rubryce "nacionalnost" mieli wpis "Jewriej". W efekcie spośród 220 tys. osób, które znalazły się w RFN, tylko 85 tys. mogło wstąpić do gmin żydowskich (Halacha). Osoby te uratowały de facto instytucjonalne życie żydowskie w Niemczech. Pod koniec lat 80. XX w. do gmin należało ok. 30 tys. osób. Gdyby nie imigracja, w Niemczech nie byłoby dziś gmin żydowskich poza dużymi miastami. Spośród 98 tys. osób, które są członkami gmin, ponad 90 proc. to imigranci z dawnego ZSRS. Notabene imigracja Żydów do Niemiec to tylko element szerszego zjawiska exodusu Żydów z byłego ZSRS do USA i Izraela.

Dlaczego o ich poparcie zabiega AfD? Z kilku powodów. Przedstawiciele tej grupy często żyją w ubóstwie i są niezadowoleni z niemieckiego establishmentu politycznego. W związku z tym poszukują politycznej alternatywy, z którą mogliby się identyfikować i która oferuje nadzieję na zmianę. Czują się oni zagrożeni przez politykę migracyjną Angeli Merkel, którą postrzegają jako import bliskowschodniego antysemityzmu. Są to osoby definiujące swoją tożsamość głównie na podstawie pochodzenia, a nie obywatelstwa. Jest dla nich też oczywiste, że Turcy czy Syryjczycy nigdy nie zostaną prawdziwymi Niemcami i nie znajdą z nimi (Żydami) wspólnego języka, bo nie będą w stanie identyfikować się z określonym kanonem przekonań (do których też należy niemiecka odpowiedzialność za Holokaust). W gruncie rzeczy, przekonania i ocena rzeczywistości Żydów z byłego ZSRS są bardzo zbliżone do tych, które reprezentują najważniejsi politycy AfD.

Powstanie grupy Juden in der AfD jest też zagrywką PR-ową i ma zdejmować z partii odium ugrupowania antysemickiego i neonazistowskiego. Nie to jest jednak głównym celem inicjatywy. Chodzi o mobilizację pasywnego dotychczas elektoratu. A w tym, jak pokazały dotychczasowe wybory, AfD jest bezkonkurencyjna.